
Jest jedna dobra sprawa, związana z ogłoszoną trzydniową żałobą, po tragedii górniczej w „Halembie” – zakończyły się wybory!
Dla mnie osobiście, mieszkańca warszawskiego Żoliborza – one się nawet nie zaczęły… Ale przynajmniej muszę oglądać bzdurnych spotów wyborczych, sztucznie uśmiechniętego, z wysokim, mającym wskazywać na inteligencję czołem, Kazia, ani słuchać sepleniącej, uśmiechniętej po eskimosku, Hani.
I nie tylko o wygląd zewnętrzny tych „indywiduów” medialnych tu chodzi…
Właśnie medialnych. Bo to nie były wybory powszechne obywateli, którzy mają wskazać najlepszego ze swoich przedstawicieli, lecz walka agencji reklamowych i PR – i pieniędzy i dostępu do mediów.
Waldemar Pawlak powiedział, że dziura w moście nie jest polityczna… Mylił się! Może u niego, „na wiosce”, nie – w Warszawie, politycy „zgotowali nam taki los”, że wszystko jest polityczne. Nawet dziura… bo ona była wykonana ze złego asfaltu przez układ Piskorskiego i teraz Hania za niego odpowiada.
Kampania w Warszawie nie dotyczyła meritum – rozwoju miasta i zarządzania jego substancją – była odbiciem walk na górze partyjnej, nawet jeżeli kandydaci deklarowali wybudowanie 5 mostów, 3 linii metra i Disneylandu 2. Walk politycznych, PO z PiS-em, III RP z tzw. IV RP, Donalda z Jarkiem. Znalazło do najlepszy obraz po I turze wyborów, gdzie mizdrzenie się Hani Gronkiewicz Waltz do Marka Borowskiego ( i vice versa ), zostało brutalnie przerwane przez Donalda Tuska – bo on, polityk z Gdańska, wie co Warszawa potrzebuje, najlepiej.
Samorząd w Warszawie, w takiej postaci – nie ma racji bytu. Ja i 99 % mieszkańców mojej dzielnicy nie zna swoich radnych. Więc jak mam ich wybierać ? Na podstawie ulotki, bilboardu, czy czegoś innego?
Powiedzmy sobie szczerze – w tej ordynacji wyborczej, gdzie rolę odgrywają partie – główną rolę grają pieniądze i właśnie marketing polityczny. Chyba, że ktoś się nazywa Kononowicz… Zresztą mnie nie interesują ci radni, wybierani w ten sposób i wyłaniani do kandydowania w ten sposób, na podstawie sztucznej, pro partyjnej ordynacji.
A więc dlatego w ramach kampanii nie patrzy się na Pana XYZ jako działacza samorządowego, lecz na członka partii ABC.
Jak napisał prof. Jerzy Przystawa , Don Kichot polskiej demokracji;
[...] żadnemu normalnemu człowiekowi nie przyjdzie do głowy wybieranie swoich przedstawicieli w sposób tak wyrafinowany i niezrozumiały, jaki oferują niezliczone warianty tzw. proporcjonalnych ordynacji wyborczych. Mając do dyspozycji takie przykłady, jak prosty, naturalny, czytelny i zrozumiały sposób, jakim posługują się od setek lat Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Kanada, Indie i dziesiątki innych krajów, normalni ludzie nie wpadną na pomysły „dontów”, „santlagów”, „herów” czy „drupów”. Mieszkańcy Kłodzka, Gołdapi, Słubic, Wambierzyc, Nysy czy Kościerzyny z całą pewnością wybiorą coś, co każdy z nich w lot zrozumie i o czym będą wiedzieli, że jest szeroko na świecie stosowane. Nieszczęście „dontów” czy „drupów” spotkać może najwyżej mieszkańców wielkich metropolii, jak Warszawa czy Wrocław, gdzie mieszka wielu utytułowanych politologów i konstytucjonalistów, którzy są w stanie narzucić inny punkt widzenia. Ale jestem przekonany, że nawet mieszkańcy Warszawy, gdyby dali sobie narzucić partyjny sposób wyboru władz samorządowych, widząc jak inaczej sprawy wyglądają w Mińsku Mazowieckim, Pułtusku czy Otwocku, szybko doprowadziliby do odpowiedniego zreformowania ordynacji wyborczej.
Miejmy nadzieję, że jego słowa się kiedyś sprawdzą…
Nie ma znaczenia, kto z dwójki kandydatów wygra – żadne z nich nie jest ani wizjonerem, ani administratorem. A takie miasto – to nic innego jak skomplikowana firma, którą trzeba rządzić jak korporacją. Obietnice bezpieczeństwa i policji na ulicach – to dla maluczkich. Jeżeli wygra Marcinkiewicz – istnieje prawdopodobieństwo, że PO i lewica się zjednoczą w Radzie – przeciw prezydentowi. Jeżeli Haneczka – to istnieje duże prawdopodobieństwo, że minister Gęsicka, pod dyktando swojego szefa zrobi wszystko, aby „niewdzięczne” miasto dostało jak najmniej środków Unii.
W ogóle z punktu widzenia warszawiaka nie ma znaczenia kto wygra… bo to nie jest miasto, tylko perła w koronie „zwycięskiego ugrupowania”… Szkoda…
Na szczeblu Rady Miasta jest jeszcze gorzej… Uhhh, już widzę te podchody, te koalicje, te kuluarowe rozmowy, przeciąganie radnych… za co ? Aaaa, za nasze pieniążki, drodzy wyborcy.
Teraz się tego już nie zmieni… A mnie się marzy, że radni Warszawy złożą legitymacje przed wejściem na salę, podpiszą rotę ślubowania, podpiszą zeznanie majątkowe, a następnie w formie umowy powiernictwa przekażą zarządzanie środkami finansowymi i miastem wybranej firmie… fachowej, autoryzowanej, i tylko raz w miesiącu będą się zbierać w celach kontrolnych i planistycznych… Mogą nawet brać diety…
Można pomarzyć ? Można, a co…
Azrael









Samo się nie zrobi
(link do mnie; bo do „trybuny” nie linkuję. u mnie takiej koalicji nie będzie…;-)
Też mam problem z tym, na kogo głosować. Mieszkam w Krakowie (choć stąd nie pochodzę) i kogo mam do wyboru? Majchrowskiego i Terleckiego. I mam dylemat:czy oddać nieważny głos, czy zagłosować na Majchrowskiego tylko dlatego, żeby nie wygrał kandydat z PiSu…Tak źle i tak niedobrze. Obaj kandydaci ograniczają się do wywieszenia bilbordów na głównych ulicach miasta, generalnie do reklamy. Co jest o tyle dziwne, że żaden z nich jakoś za specjalnie nie wygląda:), więc może powinni zachęcać programem, planami, merytorycznie.
Też mi brakowało jakichś bezpośrednich spotkań z wyborcami, O tym, na kogo głosować w wyborach w I turze decydowałam na podstawie skąpych notek o kandydatach w internecie. To o wiele za mało…
Ja myślę, że dobrymi samorządowcami mogą być ludzie, którzy mają już za sobą jakąś działalność na rzecz miasta, dzielnicy, w której mieszkają. Którzy już się w tym sprawdzili, którym się chciało coś poprawić, mimo że nie pobierali za to żadnej diety. Którzy kontaktowali się jako petenci z administracją i wiedzą, że to droga przez mękę i że coś trzeba zmienić. Którzy są znani wyborcom, bo już coś dla nich zrobili.
Generalnie: byliby to ludzie z inicjatywą, a nie z legitymacją partyjną (czasami to się nie wyklucza, choć rzadko). Mam nadzieję, że dożyję tych czasów…
@Azrael
chyba nie zgodze sie z twoja diagnoza
uwazam, ze jak wygra marcinkiewicz to na 100% powstanie POPiS w radzie
a wlasnie jak wygra gronkiewicz-waltz to w radzie powstanie mniej lub bardziej formalna koalicja PO i LiD
zgadzam sie jednak, ze ani waltz ani marcinkiewicz nie sa zbyt dobrymi kandydatami i ciezko na nich oddac glos
jednak mimo wszystko w tych wyborach jest cel nadrzedny – wykopac PiS z Warszawy
no, ale mnie jest latwo dawac rady
bo jako, ze mieszkam w Gdyni nie mam takich problemow
Tak na moje, to normalnym zjawiskiem jest polityka w szamorządzie – partie, te sprawy. W Niemczech poszczególnymi landami rządzi socjaldemokracja, bądź chadecja, miastami podobnie – gej-burmistrz Berlina to przecież osoba bardzo polityczna. W USA jest przecież zupełnie to samo. Inną zupełnie kwestią jest jakość tej polityki, na którą niebagatelny wpływ ma centralizacja. Przecież republikański Arnold jest republikaninem tylko z nazwy, inaczej nie dostałby drugiej kadencji w The Sunshine State. W Polsce po prostu stawia się za mocny nacisk na jednolitość partii. Stąd też i obrzydzenie polityką w samorządach.
Zasada wiodąca – pożegnac Kazia bo już patrzeć się nie da na te jego bajania. I choć HGW nie jest mi „na rekę” wyjątkowo oddam łos na nią.
Jan Maria ogłosił, że kto weźmie Warszawę, ten wygra wybory samorządowe. Choć na rozstrzygnięcie w raczej prestiżowej „bitwie warszawskiej” trzeba było poczekać dwa tygodnie dłużej, to Boruta miał jednak rację.