
Stara prawda mówi, że nauczyciel, który uczy w szkole ponad 20 lat – rzadko kiedy jest już człowiekiem zdrowym. Albo dopadają go choroby zawodowe, typu zapalenia gardła i krtani albo bóle kręgosłupa albo… niestety, podlega pewnym schorzeniom o charakterze neurologicznym – żeby nie powiedzieć ostrzej…
Te same przypadłości, spotęgowane jednak, dopadają również polityków. Słuchając Zbigniewa Romaszewskiego, który od roku 1989 zasiada w ławach Senatu RP i beż żenady twierdzi, że potrzeba my stanowisk wicemarszałka ze względu na samochód i kasę – już wiem, że nie jest to człowiek z lat 70, KOR-u i Radia „Solidarność” z lat 80. ubiegłego wieku, lecz czystej krwi zawodowy aparatczyk. Jak ktoś tego nie widzi – to trudno…
Jednak klinicznym przykładem tego rodzaju schorzeń jest Jarosław Kaczyński. Człowiek, który tkwi w polityce i działalności opozycyjnej od lat 70. i nigdy, poza krótkim epizodem redaktora naczelnego Tygodnika „Solidarność” nie zajmował się normalną pracą zawodową. Kaczyński to modelowy przykład znanego z czasów bolszewickich zawodowego rewolucjonisty, doktrynalnego, zapatrzonego w siebie, oderwanego od rzeczywistości. Jeżeli dodamy do tego jego cechy osobowościowe – czyli nieufność, zawiść, mściwość – to będziemy mieli pełny obraz tego człowieka. Jego zachowanie, wypowiedzi i relacje z ludźmi mogłyby być przedmiotem badań klinicznych i powstania nowej specjalizacji w polskiej psychiatrii – czyli właśnie psychopatologii politycznej. Choć nie czarujmy się – kandydatów do badań jest więcej – choćby wspomniany wcześniej senator Romaszewski – czy słynny Stefan „Motylek” Niesiołowski.




Najnowsze komentarze