
Dorn wraca. Wraca do łask, wraca na swoje stanowisko, wiceszefa Prawa i Sprawiedliwości.
Wyobrażam sobie scenę pojednania;
Ludwik zajeżdża przed siedzibę partii na Nowogrodzkiej, wchodzi do biura, kieruje się do gabinetu, wchodzi, Kaczyński wstaje zza biurka i panowie rzucają się sobie w ramiona. Oczywiście, Ludwik musi wcześniej paść na kolana… o to w tym chodzi…. a rogu pokoju stoi brat Lech.
Dorn w ciągu roku dwa razy odchodził – i notujemy również dwa powroty. Najpierw burzliwie rozstał się z MSWiA, po konflikcie ze Zbigniewem Ziobro, po czym wrócił na stanowisko wicepremiera ds. Informatyzacji, aby uchwycić wreszcie laskę Marszałka Sejmu Państwa.
Drugie odejście to była słynny list „bandy trojga”, jego, Zalewskiego i Ujazdowskiego, zawieszenie panów w prawach członka partii, odwołanie z funkcji, brak zgody na występy na parteitagu w Warszawie. I potem dwaj wiceszefowie sami odeszli, Dorn zdecydował się na zostanie w PiS, motywując to swoją organiczną wiarą w partię i wodza… skąd my to znamy? Niektórzy twierdzili, że cała ta szopka z listami, dyskusjami, odejściami i medialną zabawą – to była praca zlecona dla Dorna przez Jarosława Kaczyńskiego, aby popatrzeć, kto za wodzem, kto przeciw, kto się wstrzymał. Taka zabawa, aby się policzyć.
Zresztą sam kongres, na ulicy Prądzyńskiego, był nie spotkaniem programowym – lecz raczej wiecem poparcia dla Kaczyńskiego, miał tyle wspólnego z kongresem partii demokratycznej – co plenum PZPR z dyskusją programową. To było tylko odnowienie mandatu przywódczego wodza, lekko, ale to bardzo lekko zachwianego przez Dorna, Zalewskiego i Ujazdowskiego. Bo ich listy do Kaczyńskiego, wypowiedzi dla mediów, głosy poparcia dla nich z terenu – miały znaczenie czysto medialne. PiS to Kaczyński, Kaczyński to partia, program wodza programem partii, partia podąża w słusznym kierunku wytyczonym przez Josefa Wis… pardon, Jarosława Kaczyńskiego.
Nastąpiła kilkutygodniowa przerwa – i oto „trzeci bliźniak” wraca na łono partii.
Oczywiście zachodzi pytanie – po co?




Najnowsze komentarze