
Powrót syna marnotrawnego, czy działania z konieczności, czyli braku kasy? Działania podjęte ad hoc – czy może jednak przemyślane? Czy Tomasz Lis sprzeniewierzył się swoim poglądom, czy może właśnie posuwa się krok dalej?
Tomasz Lis skorzystał z propozycji Andrzeja Urbańskiego i przekroczył bramu Telewizji Polskiej na Woronicza, zwanej satyrycznie „publiczną”. Dlaczego satyrycznie – chyba nie trzeba specjalnie tłumaczyć wytrawnym czytelnikom. On, który przez ostatnie dwa lata walił w tą telewizję, jak w czambuł.
Tomasz Lis i jego kariera zatoczyli koło. Właśnie tu zaczynał karierę jako dziennikarz newsowi, biegający z mikrofonem po Sejmie (niektórym z tamtych czasów, czyli początku lat ’90 tak zostało), potem były „Wiadomości”, stąd wyfrunął do USA, na stanowisko korespondenta, gdzie rozwinął skrzydła.
Potem już znamy – TVN i budowa redakcji informacyjnej, potem (po rozstaniu na tle „sondaży prezydenckich”) Polsat – i znów po kilku latach szumne odejście. W międzyczasie kilka książek – na tematy amerykańskie, potem polskie, setki felietonów. I zmiana pozycji – z dziennikarza z nerwem i dobrym piórem – w komentatora – nie tylko dziennikarskiego – ale i politycznego. Oczywiście – w tak zwanym „środowisku”, które szczególnie w ostatnich latach powoli zaczęło się zmieniać w psiarnię, pełną ujadających na siebie więcej lub raczej mniej utalentowanych żurnalistów – jego postać budziła złość, wściekłość i próby spychania go z piedestału. Ale karawana jedzie dalej…
A Lis, tak jak wzrostem przerasta 90% populacji – tak również talentami dokonuje tego samego. I to jemu przychodzi łatwo – inni muszą sobie wypracować w pocie czoła – albo sobie kupić, mniejszymi, lub większymi koniunkturalnymi kompromisami.
Co poniektórzy zacierali ręce – po odejściu z TVN, potem z Polsatu, że Lis dostawał „kopa”. Tylko, że za każdym takim spektakularnym odejściem Tomasz Lis coś tracił – ale również coś zyskiwał. I nigdy, po powrocie z USA nie stracił niezależności.
Tomasz Lis nie musi starać się o pracę, nie musi się kręcić za czymś – to w dalszym ciągu on jest osobą poszukiwaną, o którą się zabiega i którą się chce mieć we własnej stacji. I co z tego, że panowie z „Dziennika”, „Rzepy” i inni „niezależni” (sic!) imputują mu, że niepotrzebnie wszedł w rolę komentatora i w ostatnim szczególnie okresie jego poglądy polityczne były dość zdecydowane?! Zrobił to, bo uważał, że tak trzeba i tak jest właśnie w danej chwili konieczne – i tego od niego oczekują jego widzowie. I to jego zaangażowanie przeniosło mu wzrost popularności.




Najnowsze komentarze