
Ostatnie notowania jedynego ugrupowania sejmowego, które się przyznaje oficjalnie do lewicy – Lewicy i Demokratów – są rzeczywiście zasmucające. Powinny być zasmucające dla wszystkich polityków, niezależnie od opcji politycznej, bo dobra, klarowna opozycja podnosi jakość debaty i powinna być krytykiem działalności rządu. Lewica zawsze też jest wyczulona na sprawy społeczne, mniejszości, socjalne.
W wyborach LiD uzyskał 13% poparcia – obecny sondaż daje tej formacji wyborczej tylko 4%.
Czy to koniec lewicy, przynajmniej w tej formie organizacyjnej? Opinie, jak zwykle są podzielone. Jedni politolodzy twierdzą, że to koniec tej formacji w tym kształcie – inni wskazują na odbitą falę powyborczą, która w dalszym ciągu daje wysoki bonus dla wygranej w wyborach Platformy Obywatelskiej – i trend spadkowy LiD się odwróci.
Do tej pory to prawica miała monopol na spektakularne rozpadanie się i znikanie ze sceny politycznej partii.
Kto dziś pamięta takie nazwy, jak Partia Chrześcijańskich Demokratów, ROP czy KPN? Tylko historycy i niedobitki tamtych formacji, najczęściej funkcjonujący poza polityką w ogóle – lub będący członkami innych ugrupowań. Któż pamięta kogoś takiego, jak Łączkowski, ile razy w ciągu ostatniego roku zostało wymienione w publikatorach nazwisko Mariana Krzaklewskiego, w kontekście spraw bieżących, a nawet „Solidarności”?.
Są tacy, którzy świadomie odeszli od polityki, zajmując się innymi sprawami, biznesem, czy nauką, jak Wiesław Walendziak, czy Zbigniew Bujak.




Najnowsze komentarze