
Zaczyna się druga runda rozgrywki prezydentem Lechem Kaczyńskim, przez Prawo i Sprawiedliwość sprawą ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego.
Od rana politycy PiS rozpoczęli kampanię medalną, przygotowującą do wojny wokół nie tylko tak zwanej ustawy kompetencyjnej – ale również samego aktu podpisania ratyfikacji.
Jacek Kurski z samego rana, w programie „Sygnały Dnia”, stwierdził, niby to hipotetycznie, że ratyfikacja umowy unijnej nie została zakończona.
Kurski wprawdzie przypomniał, że zgodę PiS na ratyfikację traktatu poprzedziła honorowa umowa między Lechem Kaczyńskim a premierem Tuskiem – ale okazuje się, że podpisanie jest uwarunkowane podpisaniem ustawy według projektu pisowskiego. Czyli do podpisania może nie dojść… oczywiście z winy PO – bo wszak wszystko jest winą Donalda…
Projekt autorstwa PiS zakłada, że wszystkie ważne decyzje dotyczące Unii Europejskiej (głównie sprawy głosowań, sił głosu – i oczywiście Karty Praw Podstawowych) były podejmowane przy zgodzie prezydenta, Sejmu, Senatu i rządu – jednocześnie.
Dość zgodna opinia specjalistów konstytucyjnych jest tak, że ten projekt rozszerza kompetencje urzędu prezydenckiego (także parlamentu) poza zapisy konstytucyjne , gdzie wyraźnie jest zapisane, że w sprawach polityki zagranicznej decyzje podejmuje rząd.
Poseł Karol Karski na konferencji prasowej w Sejmie stwierdził, że projekt ten jest zgodny z porozumieniem Kaczyńskiego i Tuska z Juraty – ale nie jest to jednak do udowodnienia. I dlatego, czego nikt do tej pory nie zauważył – projekt nie jest autorstwa kancelarii prezydenckiej – lecz właśnie PiS. Bo zawsze będzie można powiedzieć – to projekt zgodny z umową.
Potwierdzeniem tego są słowa posła Jarosława Zielińskiego, który „podduszony” przez redaktora Grzegorza Chlastę w popołudniowej audycji w radiu „TOK FM”, stwierdził mniej więcej, że PiS uważa że nie ma przeszkód, aby, aby w ustawie kompetencyjnej zostały zapisane takie kompetencje prezydenta, których nie ma w Konstytucji… Prawda, jakie pięknie słowa ze strony strażników prawa?!
O co w tej sprawie chodzi, poza awanturą?
Oczywiście – o integralność klubu Prawa i Sprawiedliwość, poszarpanego głosowaniami na temat ratyfikacji.
Po drugie – oczywiście pokazaniem, że „My”, czyli PiS – chcemy – tylko zła Platforma nie chce.
Ala naprawdę chodzi o to, aby przedłużyć maksymalnie akt ratyfikacji, do czasu referendum w Irlandii, które może się skończyć zwycięstwem eurosceptyków, aby Lech Kaczyński mógł tryumfalnie powiedzieć – oni nie chcą, to znaczy, że już nie ma po co podpisywać…
Tak właśnie się w polityce gra – umowy honorowe i interesy społeczne się nie liczą
Azrael




Najnowsze komentarze