Stan zdrowia głowy państwa

Lech Kaczyński, pełniący obowiązki prezydenta naszego pięknego kraju (z mandatu społecznego, wobec którego powinien być odpowiedzialny) oświadczył dziś, że badaniom lekarskim się nie podda i raportu o swoim stanie zdrowia nie poda.

Czyli krucjata Janusza Palikota, chcącego, aby Lech Kaczyński pokazał, że jest w pełni władz zdrowia somatycznego i psychicznego, spaliła na panewce.
Lech Kaczyński swą odmowę ujawnienia swego stanu zdrowia umotywował tym, że może dotyczyć to każdego kto podpadł, oraz tym, że przecież widać w ostatnich miesiącach udzielił stu przemówień, i gołym okiem widać było, że żadnych zdrowotnych wad nie ma…

Zostawmy wady ukryte Pana Lecha. Rzeczywiście, w wieku 59 lat o pewnych wadach już mówić nie wypada. Ale to co widać gołym okiem, każe wątpić, czy to, co widać, jest normą.
Głowa państwa… właśnie, o głowę chodzi. Ten wieczny bełkocik, te różne Benuery, Pereiry, przemówienia z „głowy”, czyli jak mówią – z niczego, problemy z koordynacją rąk, głowy, przemówienia improwizowane, ale głównie bez sensu, lub obrażające innych – każą nam przychylić się ku wnioskowi Janusza Palikota o złożeniu w Sejmie ustawy zmuszającej Lecha Kaczyńskiego do ujawnienia, czy jest zdrowy na ciele i umyśle.

Każdy polityk jest podejrzany. Jedni bardziej, inni mniej. Norma wśród polityków, szczególnie ta dotyczące psyche, jest znacznie zaniżona. Właśnie dlatego my, obywatele, ci, którzy brali udział w wyborach, mamy prawo ŻĄDAĆ od głowy państwa odpowiedzialności za to, co mówi, robi i jak się zachowuje.
Lech Kaczyński ma „psi” obowiązek ujawnić stan zdrowia, bo jak przykłady Johna F. Kennedy’ego, Ronalda Reagana czy Winstona Churchilla wskazują, tamci mając ukryte choroby, pełnili swe obowiązki doskonale.

Więc na co cierpi Lech Kaczyński, że aż 65% respondentów badań opinii publicznej twierdzi, że źle sprawuje swój urząd i że właśnie gołym okiem widać, że głowa państwa ma problemy właśnie…z głową?

Azrael

Korupcja polityczna

Waldemar Pawlak we wczorajszej audycji radiowej „Sygnały Dnia”, w PR I, popisał się wyjątkową szczerością.

Na pytanie dziennikarza o raport Julii Pitery, dotyczący nepotyzmu w spółkach i fundacjach nadzorowanych przez Polskie Stronnictwo Ludowe, odpowiedział szczerze, że on nie widzi nic zdrożnego w zatrudnianiu dzieci, żon i pociotków w firmach zarządzanych przez funkcjonariuszy partyjnych.

Sformułował to elegancko i niemal patriotycznie, że przecież każdy może być dumny, jeżeli syn lub córka kontynuuje dzieło rodzica, a jeżeli ktoś ma kwalifikacje – to praca mu się należy w Polsce, a nie w Irlandii czy Londynie…

I wszystko się zgadza. Niby się zgadza, bo rzeczywiście – nie ma przepisów zakazujących zatrudnianie rodzin, jeżeli spełniają one kryteria formalne. Jest tylko zwyczaj polityczny, że rodzinę powinno się trzymać z daleka od synekur, które mogą być podejrzane, jako polityczny, a może i korupcyjny łup partyjny.

Zewsząd na prostą polityczną prawdę polskiej polityki posypały się gromy – i ze strony opozycji, i ze strony publicystów, jak choćby Grzegorza Miecugowa w dzisiejszej „Polsce”, które bardzo emocjonalnie stwierdził, że Pawlak nie dość, że sprzeniewierzył się swojemu wizerunkowi politycznemu sprawnego technokraty, to jeszcze robi z nas, podatników, idiotów.

Rozumiem święte oburzenie i nie pochwalam tego rodzaju działań, zresztą w PSL nie będących nowością. Tylko, że polska praktyka, działająca na styku polityki, biznesu i administracji państwa jest pełna tego rodzaju działań, które można nazwać szeroko rozumianą korupcją polityczną.

Nepotyzm jest składnikiem szerszej formuły kupczenia stanowiskami i przywilejami, czyli kumoterstwa.

Continue Reading →