
Mówi się i pisze, że Lech Kaczyński ma kiepski public relations. Że jego specjaliści od wizerunku, głównie Michał Kamiński, nie potrafią wymodelować postaci prezydenta jako męża stanu, osoby szacownej, dostojnej, a jednocześnie elokwentnej, dowcipnej, za jaką uchodzi wśród swoich długoletnich znajomych.
Zaczepki Janusza Palikota, zamiast być ignorowane, wzbudzają tylko nerwowe reakcje i zupełnie nie potrzebne riposty – również ze strony samego Kaczyńskiego. Ten PR przynosi tylko Kaczyńskiemu szkody. Działa za to dobrze czarny PR, który pokazuje złe strony prezydenta – jak dla mnie osobiście – prawdziwe – ale ja jego admiratorem nie jestem, czego nie ukrywam specjalnie.
Ten zły PR w kancelarii prezydenckiej, wynika z tego, że Kaczyński się po prostu nie poddaje modelowaniu i obróbce medialnej. Jak by go nie ustawić i wskazać – i tak wygląda zawsze jak zagubiony belfer, z krzywym, sztucznym uśmiechem.
Z drugiej strony, jego adwersarz, premier Tusk, poddaje się tej obróbce chętnie i, niestety, bezkrytycznie.
Kilka dni temu otrzymaliśmy informację, że premier sam uratował zdziczałego kotka w kancelarii w Alejach Ujazdowskich, każąc go odłowić i zawieźć do lecznicy. A firma która to zrobiła – otrzymała specjalne, dodatkowe środki finansowe, jako organizacja pożytku publicznego. Dobra twarz premiera, piękny gest. Tylko, że ten gest może być doskonale wykorzystany przez specjalistów od czarengo PR. Patrzcie, premier pochyla się nad kotkiem i nad firmą od zwierząt, a nie ma czasu zająć się projektem lekarstw dla dzieci z hemofilią… Demagogia? Oczywiście – ale właśnie na tym polegają zasady PR.
Dziś dowiadujemy się, że Donald Tusk jest zdrów jak koń pociągowy. Ma wszystko w normie, doskonałą wydolność, OB, ciśnienie, ba, nawet wyniki wydolnościowe, jak u wyczynowego sportowca.
Komunikat ten ukazuje się w kilka dni po tym, kiedy Lech Kaczyński oświadcza, że raportu o swoim stanie zdrowia nie opublikuje… no, bo nie i już. Tusk z kolej stwierdza, że stan zdrowia prezydenta go nie interesuje.
Można by powiedzieć – punkty dla premiera. Problem jest tylko taki, że jest to niesmaczne. I nieeleganckie, wprost niegodne stanowiska.
Zapewne nie zostało to wymyślone przez samego Tuska, lecz podsunięte mu przez własnych spin doctorów. I ciemny lud to kupi. Niestety.
Od czasu Machu Picchu i sławetnego wystąpienia Donalda Tuska w czapce wełnianej, tudzież przepychania lokomotywy w Andach – z PR premiera jest coraz gorzej.
Narzędzia reklamy i marketingu są w polityce powszechne i coraz bardziej wpływają na jej oblicze. Odbiorca polityki, wyborca – jest mamiony, manipulowany, sterowany i niestety – coraz częściej – oszukiwany przez marketing polityczny. Nie ma zwycięstwa w polityce bez niego, bez umiejętności operowania mediami i zdolnościami manipulacji.
Niestety, to co robi w tej chwili Donald Tusk i jego otoczenie – to już nie jest marketing polityczny, PR – to jest po prostu tani lans. Już nie chodzi o zdobycie przewagi politycznej, lecz o pokazanie się, o to aby naród zobaczył, jacy jesteśmy wspaniali i silni.
Do tej pory sformułowanie „lans” zarezerwowane było dla gwiazdeczek popkultury, dla takiej Herbuś, młodej Kwaśniewskiej czy Olivera Janiaka. Teraz lans wkroczył do polityki.
Prekursorem lansu w polskiej polityce był niegdyś Aleksander Kwaśniewski, który doskonale potrafił, wespół ze swoją żoną, go realizować. Było to jednak na wysokim poziomie, w otoczeniu przyjaciół z Zachodu, wręcz koronowanych głów, jak choćby królowa Zofia hiszpańska.
Potem lans robił Kazio Marcinkiewicz. Ale był to nasz, własny, przaśny lans. Rodem z wodewilu, a sam Marcinkiewicz bardziej przypominał komiwojażera, niż premiera.
Dobrze by było, aby Donald Tusk zaprzestał tych tanich zagrywek. Są poniżej poziomu, mam nadzieję, większości jego wyborców.
Azrael
Najnowsze komentarze