
Czasem się mówi – „historia go rozliczy”. Pani Anny Fotygi historia zapewne nie rozliczy za nic, bo na szczęście dla polskiej polityki, była ona (mam nadzieję, że będzie można mówić w czasie przeszłym) na tyle niesamodzielnym politykiem, nie podejmującym żadnych decyzji bez konsultacji ze swoimi zwierzchnikami – Lechem Kaczyńskim i po części jego bratem, Jarosławem, że nie udało się jej nic popsuć.
Wczorajsza dymisja Anny Fotygi ze stanowiska szefa kancelarii prezydenta, swoistego prime ministra pisowskiego „rządu na uchodźstwie” nie była specjalnym zaskoczeniem. Mówiło się o tym od kilku miesięcy. Szefowanie kancelarii, składającej się z kilkuset osób, to ciężka i wymagająca reżimu i różnorakich zdolności praca. Organizacyjna, merytoryczna, stresująca. Praca, która wymaga także zdolności politycznych i to specyficznego rodzaju, bo nie od dziś wiadomo, że dwór Lecha Kaczyńskiego to nie jedna drużyna, lecz różne koterie, które się ze sobą ścierają. Łopiński, Kamiński, nowy zaciąg pisowski, nawet borowiki, chroniące Lecha Kaczyńskiego – wszyscy chcą mieć dostęp do ucha „monarchy”. Nie mówiąc o kobietach, głównie o minister Małgorzacie Bochenek, która walczyła niegdyś z Elżbietą Jakubiak – a teraz właśnie z Fotygą.
Z przykrością stwierdzam, że działalność Anny Fotygi, na każdym stanowisku, która piastowała – to była pomyłka. Pomyłka głównie jej promotora, Lecha Kaczyńskiego. Jego podziękowanie za jej wkład w negocjacje z Amerykanami, w sprawie tarczy antyrakietowej – zabrzmiały jak niezbyt udany żart.




Najnowsze komentarze