
Blogerzy piszący o sprawach społecznych, politycznych, o mediach – coraz częściej są zauważani poza internetem. Są czytani, cytowani, drukowani nawet w mediach papierowych – i zapraszani do mediów elektronicznych, już nie tylko jako ciekawostka przyrodnicza, enfant terrible mediów – lecz jako ludzie opiniotwórczy. Tacy, którzy choć występują poza głównym nurtem dziennikarstwa – zaczynają być czytani nie tylko przez pasjonatów internetu, ludzi młodych – lecz także przez samych dziennikarzy, politologów czy nawet polityków. I ci, choć jeszcze z poczuciem wyższości – zaczynają nawet odpisywać i polemizować. Eryk Mistewicz, specjalista marketingu politycznego, chyba jako pierwszy zauważył, że blogerzy polityczni to nie tylko ludzie, którzy komentują – lecz wręcz nadają dyskusjom społeczno – politycznym trendy. I że ich głos jest równie ważny, co głos „uznanych” autorytetów.
„Dziennik” zderzył w dwóch artykułach – wywiadach głos blogerów i dziennikarzy mainstreamu. Pierwszy wywiad jak się okazuje, nie był stricte wywiadem – lecz zapisem czata dziennikarza Marcelego Sommera z kilkoma blogerami. To błąd tych blogerów, ponieważ wiem z doświadczenia, a już kilku wywiadów udzieliłem, że wywiad face to face daje inne możliwości ekspresji i niuansowania wypowiedzi, riposty i panowania nad słowem, niż walenie w klawiaturę, bez kontaktu bezpośredniego. Tym bardziej, że ci blogerzy nie są do końca reprezentatywni w poglądach dla całej sfery publicystyki internetowej – a do tego jeden z nich jest nie do końca spełnionym „tfurcą”, z dość rozdętym ego. Sommer, wprawdzie tylko adept dziennikarstwa, jednak był na tyle sprytny, że dość łatwo „rozprowadził” blogerów. Ale zostawmy to ocenie czytelników – nie będę kopał, bądź co bądź – kolegów.





Najnowsze komentarze