
Jest, przyleciał, wszedł do sali obrad, poklepał premiera Donalda Tuska, uśmiechnął się szeroka szparą po dolnej piątce do prezydenta Sarkozy’ego. Tryumfuje – osiągnął to co chciał – i we własnym mniemaniu może zapisać to po stronie „ma”, jako aktyw polityczny. Do swojej kampanii wyborczej. A spocony spin doctor, Misio Kamiński postawił na swoim. A Polska?
Kaczyńskiemu się wydaje, że przyjechał tam jako przywódca – a jest i będzie, nie tylko w kuluarach, jak sądzę, ale również w prasie zachodniej, określany jako figurant. Wszedł na salę, zasiadł za stołem – ale już po 10 minutach musiał ją opuścić, ustępując miejsca ministrowi, który się zna na tym, na czym Kaczyński się nie zna. Bo nie zna się na niczym. Przeszedł do sali obok i zapewne wdał się w mądre dyskusje. Ze spoconym Kamińskim u boku…




Najnowsze komentarze