
Bronisław Wildstein, obecnie „Rzeczpospolita”, uważa, że jest przede wszystkim dziennikarzem, koniecznie z dodatkiem „niezależny”, a następnie literatem. Tak chce być odbierany, jako dziennikarz pełen pasji i nie uwiązany na żadnym “pasku zależności” politycznych. Dlatego tak impulsywnie zareagował kilka tygodni temu, kiedy Stefan Niesiołowski w trakcie programu telewizji TVP Info, “Forum”, określił go jako dziennikarza pisowskiego.
Jednak trudno się Wildsteinowi utrzymać w konwencji pisania niezależnego i poważnego. Kilka dnia temu, w krótkim artykule pasja znów dała znać o sobie. Wildstein ma bowiem drugą pasję – lustrację. Chyba większą, niż pisanie.
Ale najpierw o pamięci. Wildstein pisze między innymi;
IIeś razy, publicznie, również na piśmie, w ostrych słowach krytykowałem tę nominację [Piotra Farfała na stanowisko prezesa TVP]. Uznawanie jednak, że człowieka na całe życie definiuje to, co uczynił, mając niespełna 17 lat, a uczynek polegał na współpracy z, zgódźmy się, paskudną gazetką, jest dla mnie nie do przyjęcia. Zwłaszcza przez ludzi i środowiska, które kazały zapomnieć o bez porównania gorszych uczynkach osobników zdecydowanie dojrzałych.
Nie przypominam sobie, abyś protestowała, kiedy człowiek mający krew na rękach, nadzorca aparatu represji totalitarnego państwa, który nigdy nie rozliczył się z własną przeszłością, ogłaszany był człowiekiem honoru. Ładnie wyglądałaś, trzymając mikrofon. Nie ośmielę się zasugerować, że to dlatego, iż zadzieranie z Michnikiem, a nawet Kiszczakiem, jest zdecydowanie bardziej niebezpieczne, niż potępianie szefa konkurencyjnej stacji.
Moniko, nie zaczynałaś kariery w podziemnym radiu czy gazetce. Nigdy nie podnosiłbym tego, ale Twój moralny rygoryzm każe zacząć dumać nad tymi sprawami.
Rozbierzmy ten akapit; Otóż nasz redaktor krytykował nominację Piotra Farfała, ale nie wtedy, kiedy był on jego zastępcą, kiedy pełnił obowiązki prezesa telewizji publicznej. Wtedy był cacy „cały on nasz” był, bo szedł ręka, w rękę z Panem Bronisławem, nominatem pisowskim. Zaczął przeszkadzać, wtedy, kiedy Wildstein znów „wybił się” na niezależność. I właściwie, jeżeli uważa, że to Farfał robił mając lat 17, już się przedawniło, to czemu protestował, tak ostro, jak sam twierdzi?! Czy Farfał złamał prawo? Ukradł coś? Jeden akapit – a tyle w nim niekonsekwencji.
Dalej zarzuca BW Monice Olejnik, że nie pisała ona w gazetach opozycyjnych i nie udzielała się w opozycji. A gdzie wówczas był nasz mistrz pióra? Był w Wiedniu i Paryżu… był tam, gdzie łatwość sądów i odwaga wobec PRL i stanu wojennego, odwaga pisania i bezkompromisowość groziła może tym, że ktoś obrażony mógł Panu Bronisławowi najwyżej dać w pysk na les Champs Élysées…
Kiedyś Przemysław Gintrowski, w połowie lat ’80, przy wódce powiedział mi, że choć Jacek Kaczmarski, to przyjaciel, to ma jednak do niego żal, że jest tam, w Paryżu, Monachium, a nie tu, w Warszawie, gdzie on się codziennie zmaga z rzeczywistością. Później, spotkałem się z opiniami, że że ludzie, którzy stan wojenny i najtrudniejsze lata 80 spędzili za granicą – czują, że są traktowani przez tych, którzy tu zostali – inaczej, trochę jak ciało obce, jak ludzie, którym coś się zarzuca. I często ten podświadomy ostracyzm niwelować chcą radykalizmem swoich sądów, a także takim mściwym podejściem do innych.
Ale to nie wszystko w tym krótkim artykule bulwersującego;
Najbardziej zastanawiające jest zdanie ostatnie przytoczonego akapitu; Nie można go odczytać inaczej, jak groźby dzikiej lustracji i ujawnienia czegoś, co mogłoby Monikę Olejnik skompromitować. To jest po prostu szantaż! I to nie moralny, lecz ordynarny szantaż – nie podskakuj, bo znajdą się na ciebie kwity!
Tak właśnie wygląda moralność jednego z piewców IV RP…To modelowy przykład dziennikarstwa pałkarskiego, ubranego w zręczną formę.
Azrael
„Rzeczpospolita”, „Krzyczącej Monice”
Najnowsze komentarze