
Rocznicy wyborów czerwcowych postanowiłem nie obchodzić. Może inaczej – nie tyle nie obchodzić, co nie ulegać tak zwanym nastrojom wspominkowym, a tym bardziej skupiać się na oficjalnych, dętych, napuszonych uroczystościach, obowiązkowo z mszami, przemówieniami, flagami i rytualnym, wyborczym jazgotem, czyje i dlaczego jest to święto.
Człowiekiem „Solidarności” nie byłem, opozycji innej też nie, do establishmentu, czy jak się wtedy mówiło, „aparatu” – też nie należałem. Dlatego i wtedy i dziś do 4 czerwca mam dystans, nie pamiętam jakoś tego napięcia, nerwów i oczekiwań. Choć na wybory poszedłem chętnie, a ich wyniki przyjąłem z nadzieją. Bardziej utkwił mi w pamięci okres dwóch tygodni, do drugiej tury, gdzie właśnie wtedy okazało się, jak trzeźwo obie strony potrafiły się dogadać. I zwycięska drużyna Lecha Wałęsy, i komuniści.
Komunizm nie skończył się 4 czerwca 1989 roku. On się skończył, moralnie i politycznie, 13 grudnia 1981 roku. To właśnie w tę zimową noc nastąpiło bankructwo partii, komunizmu. To co się działo przez następnych osiem lat, było tylko utrzymywaniem trupa w pionie. Społeczeństwo uległo, ale się nie złamało, wbrew pozorom to komuniści sami sobie przetrącili kręgosłupy. I tylko kwestią czasu było to, kiedy społeczeństwo i opozycja wygra. Choć niewielu w to wierzyło…
Nie ma jedności w społeczeństwie, czy 4 czerwca jest tą datą, którą należy świętować. Jest to kwestia pokoleniowa. Dla 50 – 60 – latków ważna jest data sierpniowa, z roku 1980, strajki sierpniowe i porozumienie dające „S”. 40 – latkowie właśnie chcą świętować 4 czerwca, a może inną datę tego roku (na przykład datę powołania rządu Tadeusza Mazowieckiego). Dwudziestolatkowie, urodzeni w 1989 roku datę, jaką uważają za ważną – wybiorą sobie chyba dopiero w przyszłości.





Najnowsze komentarze