Archive for Czerwiec 15th, 2009

Czytanki (nie)oszołomów – 15 czerwca

Posted 15 cze 2009 — by Azrael
Category Czytanki (nie)oszołomów, Media, PiS, Polityka, Polska, Popaprańcy, demokracja

Dziś w lekko zapomnianym cyklu doskonały tekst p. Romy Przybyłowskiej w Studio Opinii, o sprawie aktorki Anny Cugier-Kotki. Perełka!

——————————————————————————————————

Pół kantem, pół serio

Jakie czasy – takie formaty. Polska od tygodnia śledzi „na żywo“ – rozterki i dramaty heroiny marketingu. Suspensu nie brakuje. O samym napadzie nadal nic pewnego – w jakim odbył się świecie: realnym czy wirtualnym. Aktorka, choć stale coś wnosi (pewnie z inspiracji reżysera), robi wrażenie, jakby jej przy tym nie było. Miotana sprzecznościami i pogubiona jak uczniak, jakoś nie przyswoiła, co się tak naprawdę zdarzyło…I kiedy? W sobotę… a może w piątek (jak doniosła Rzplita)? I komu w końcu nieszczęsna ma wierzyć: swoim słowom – czy własnym oczom? Jeszcze gorzej z nami, którzy mogliśmy towarzyszyć jej rozterkom i dość różnym próbom ujęcia faktów, nie będąc w stanie nadążyć z dobrą wiarą za kolejną wersją. Zwłaszcza, gdy jedyny napastnik zaczął się „rozmnażać“, a zadane ciosy – przemieszczać na ciele. Dramaturgia faktów też nie przystawała do zachowań bohaterki. Gwałt zadany nietykalności człowieka był tylko częścią gwałtu dokonanego na logice zdarzeń.

Nie często się zdarza, żeby aktor za reklamowane treści – obrywał osobiście. A już aktorka o puszystym nazwisku, z dużą zdolnością przystosowania poglądów – to prawdziwa rzadkość. Kiedy została niecnie zrepresjonowana, w biały dzień, pod zwyczajnym sklepem, przez nieznanych sprawców – było ciekawe, za którą partię dała… głowę. Tym gorzej, że w ostatnim spocie ufała jeszcze PiS-owi. Mniejsza o partie – na ręczny „dyskurs“ pod budką przyzwolenia nie ma. Jakby nie było – poturbowano kobietę…może nawet opozycjonistkę. Dla reputacji kraju, gdzie podstawowe wolności są (znowuż!) „poważnie zagrożone“, nie jest to błahostka. Kto wie, czy nie minęliśmy już Białorusi… a może teraz już trzymamy kurs na Chiny? Nic dziwnego, że w szczerym odruchu potępienia opinia publiczna zapragnęła dopaść bandziorów, nawet wykształconych „z twarzy“. Toteż, zagryzając paznokcie, oczekiwaliśmy, kiedy bohaterka wreszcie złoży zeznanie, a policja zacznie ścigać. Mijały dni, ale akcja stała w miejscu. Dziwnym trafem aktorkę, sprawną w udzielaniu wywiadów, dopadało gwałtowne zmęczenie, gdy trzeba było złożyć zeznania. 5 dób minęło od napadu zanim dojrzała jako ofiara i policja mogła z nią porozmawiać w zaciszu domowym. Nie wiemy, czy sińce się uchowały, obdukcja – nie bardzo.

W końcu to „kryminal“, a zgodnie z zasadami gatunku, wątpliwości i suspens powinny wciąż rosnąć. Choć trudno się oprzeć wrażeniu, że fakt, który „wyciekł“ do prasy, był jeszcze mocno niedojrzały. Poszedł pod walce – zanim zdołał się wyklarować (stosownie do potrzeb) i obrosnąć w sensowne realia. Nie wszystko da się zapiąć od razu na ostatni guzik…

Czas wreszcie wyjaśnić, że byliśmy świadkami śmiałego eksperymentu z dziedziny reklamy hybrydowej, która jest oryginalnym osiągnięciem pis-aru. Otóż słynny spotowy serial, który z powodu wewnętrznej przemiany bohaterki narobił tyle hałasu – niezauważenie przeszedł w „reality show“ z tą samą aktorką w roli głównej… O ile pierwsza część tej political-fiction była dziełem fachowców i nie wykraczała poza kadry zamówionych klipów, o tyle dalszy tok scenariusza, już w normalnych realiach (jeśli można mówić o normalności), powstawał na żywo – w pełnej improwizacji „reżyserów rzeczywistości“. I wcale nie jest pewne, że został już zakończony. Potwierdzają to nie tylko kolejne korekty, dokonane przez aktorkę w Superstacji, a potem w TVN24 – gdzie zawsze jest coś „nie tak“. Wciąż nie mamy pewności, czy p. Ania wie, w czym gra, i rozróżnia światy: np. kiedy kończy się rzeczywistość filmowo-reklamowa, a zaczyna polityczna gra w „realu“? Budząc sprzeczne wrażenia, zamiast w klimacie współczucia znalazła się „w kręgu podejrzeń“- jak mówi jej ostatni klient. Czy o to chodziło? ….

Całość artykuły można przeczytać w Studio Opinii.

Dlaczego nie lubimy Kaczyńskich?

To pytanie pada dość często; Dlaczego właściwie nie lubimy Jarosława Kaczyńskiego i jego brata, zasiadającego teraz w Pałacu Namiestnikowskim? Dlaczego tak media, inteligencja, młodzież, w większości nie lubi, i nie ma zaufania do braci i Prawa i Sprawiedliwości? Daje temu wyraz zarówno przy urnie wyborczej, jak i w sztywnych sondażach, gdzie Kaczyńscy są na czele tabel polityków, których nie lubimy i do których nie mamy zaufania.

Na pierwszym miejscu zwolennicy PiS i Kaczyńskich stawiają media, które oskarżane są o spisek skierowany ostrzem w ich stronę. Na drugim miejscu są kabareciarze, z Szymonem Majewskim i Kubą Wojewódzkim. Dalej idzie opozycja. I muszę się przyznać – jest to prawda.

Tak, media są w większości negatywnie nastawione przeciwko Kaczyńskim. Tylko, że oni są sami sobie winni. Już od czasu prezydentury Richarda Nixona wiadomo, że wojna z prasą, mediami, dla polityka nie może się skończyć dobrze. Nie wiadomo, jakby się skończyła afera Watergate, nie wiadomo, czy Bob Woodward i Carl Bernstein nie zostaliby zatrzymani przez wydawców „Washington Post”, gdyby nie wieloletnia wojna amerykańskiego prezydenta z mediami.

Jarosław Kaczyński po kolei zalicza redakcje i stacje telewizyjne do układu. Nie wymienia już tego zybertowskiego hasła, ale wiadomo o co chodzi. W tym układzie, oprócz oczywiście „Gazety Wyborczej” Michnika, jest i TVN, i RMF FM, i wydawnictwa niemieckojęzyczne Axel Springera, ostatnio dołączyło do tego grona Radio ZET. Brakuje tylko w tym przekazie prawniczego sformułowania, że działają w porozumieniu i w zmowie…

Media jednak, z natury rzeczy w demokracji pluralistyczne i niezależne, odpowiadają na potrzebę społeczną. A ta społeczna potrzeba jest taka, że „lud” potrzebuje wroga. I bracia na tego wroga, „czarnego luda” nadają się doskonale. Dlaczego? Ponieważ mało kto zdaje sobie sprawę, że korzenie mentalne i intelektualne Kaczyńskiego tkwią głęboko w PRL. Jego styl uprawiania polityki, demagogiczny, pełen fobii, zakłamań i strachów, jest wielce podobny do tego, jaki był dziełem Władysława Gomułki.

Kaczyński chce być rzecznikiem odrzuconych i przegranych. I udaje mu się to. Tylko, że od kilku lat przegrywając wszystko co było do przegrania, i w wyborach, i w rządzie dusz społeczeństwa, sam się stał postacią przegraną. I to nie tylko wśród oponentów politycznych, ale również wśród zwolenników ideowych partii. Kaczyński przestał być lubiany także wśród zwolenników PiS.

Ostatni konflikt na linii Jarosław Kaczyński – Zbigniew Ziobro pokazał, że nawet partyjny beton PiS, Szczypińska czy Jakubiak, zobaczył, co i kto jest problemem tej partii. Jeżeli ex narzeczona prezesa Jarosława Kaczyńskiego staje po stronie młodego aspiranta, to świat się wali.

Nie potrzebne są żadne rozliczenia, żadne analizy. Czas po prostu na to, aby polityków nielubianych, nieskutecznych usunąć. Czas na emeryturę.

Azrael