Dziś w ramach stałego, acz trochę ostatnio zapomnianego cyklu, mini nowelka mojego serdecznego druha blogowego, Galopującego Majora.
Futurystyczna, ale głęboko osadzona w realiach i problemach naszego kraju i aktualnych dyskusji o moralności, etyce – i niestety, również polityce…
————————————————————————
Barbarzyńcy
Pierwszy raz barbarzyńcami poczuliśmy się u rodziców. Może zabrzmi to śmiesznie, ale zawsze myślałam, że akurat u nich będziemy bezpieczni. To Marek powiedział, że chcemy mieć dziecko. Ja za bardzo się bałam. Może rzeczywiście, przy całym moim wyszczekaniu, to właśnie ich się obawiam najbardziej. Z początku było nawet miło. Ojciec uśmiechnął się, wyciągnął portfel i spytał się czy dziecko musi być prima sort. Zawsze tak mówił, gdy dawał nam kasę. Kiedyś mnie to nawet śmieszyło. Matka ofuknęła go wzrokiem, rzuciła mi się na szyję i uradowana szepnęła: nareszcie. I że pomogą, i że jak najszybciej musimy się przeprowadzić do lepszej dzielnicy. Najlepiej sprawę załatwić od razu, bo potem już nie ma czasu.
- Czasu będzie aż nadto – przerwał jej Marek – zamierzamy spłodzić to dziecko. I naturalnie urodzić.
- Jak to spłodzić, urodzić? Fizycznie?
Potem były krzyki. O wstydzie, o nieodpowiedzialności, świńskiej grypie prababki, sąsiadach, kwarantannie, i o barbarzyńcach. To chyba ubodło najbardziej. Mieliśmy ryzykować zdrowie naszych dzieci, jak jakieś dzikusy. W imię wsobnych zachcianek – jak powiedział ojciec. Szybko wyszliśmy. Poczułam się jak wygnaniec, parę godzin płakałam.
Drugi raz był w kolejce. Okazało się, że tych barbarzyńców w Warszawie jest więcej, o wiele więcej. I akurat wtedy, w ten cholernie upalny dzień, gdy padły wszystkie serwery, chyba wszyscy razem stali do tej jedynej, hinduskiej lecznicy. Z godziny na godzinę, polewając głowę lodowatą wodą stałam w tej kolejce wściekła, i z coraz bardziej obłędnym wzrokiem obmyślałam jak wejść bez kolejki. Albo chociaż wykłuć komuś oczy. Zaczęłam naprawdę czuć się jak dzikuska.





Najnowsze komentarze