Polityka subiektywnej pamięci

Polacy się nie lubią ze swoimi sąsiadami. Kiedy nawet oficjalnie się pisze i mówi o wielkiej przyjaźni, miłości, czy nawet braterstwie, to jednak gdzieś zawsze pozostaje przysłowiowe „ale”, czyli ta przyjaźń podszyta jest wypominkami, resentymentami, jest zawsze jakoś warunkowa. I w polskim odczuciu, to zawsze my, Polacy, jesteśmy tymi, którzy z takiej warunkowej przyjaźni powinni wyciągać więcej.

Hasło polityki historycznej w Polsce pojawiło się stosunkowo niedawno, i było ono od samego początku traktowane bardziej na użytek wewnętrzny, dla celów immanentnej polityki w kraju. Od samego początku nie była to prosta i naukowa refleksja nad historią, lecz raczej interpretacja, konieczna dla podkreślenia aktualnej linii politycznej formacji, dla której było to raczej narzędzie politycznego marketingu. W myśl starego orwellowskiego hasła, „Kto panuje nad przeszłością – panuje nad teraźniejszością”, polityczna tendencja, uznano, że jeżeli uda się zweryfikować historię, szczególnie tę najnowszą, ostatniego dwudziestolecia, na swoją korzyść, to zdobędzie się prymat w polityce bieżącej, że jeżeli uda się przemodelować świadomość historyczną społeczeństwa, to jednocześnie uda się je nakłonić do akceptacji określonego programu politycznego. Polityka historyczna weszła do kanonu działań ideologicznych, a także stała się elementem marketingu politycznego.

Polityka historyczna została zapisana już w 2005 roku w programie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości. Miała być ona jednym z fundamentów tworzenia tak zwanej IV RP. I była realizowana, miała wpływ zarówno na polską politykę zagraniczną, jak i na wewnętrzne relacje, szczególnie pomiędzy poszczególnymi partiami politycznymi, a społeczeństwem. Nie tylko była ona elementem rozgrywki politycznej wewnątrz kraju, stosowano ją również w polityce zagranicznej. Była szczególnie widoczna w kontaktach z Niemcami, gdzie konflikty, wynikające z zachowaniach różnych organizacji niemieckich uchodźców, powodowały gwałtowne reakcje polskiego rządu, urzędu prezydenckiego i mediów. I w wielu przypadkach są to reakcje słuszne, choć nie zawsze dobrze i skutecznie artykułowane. Nie zawsze adresat polskich protestów był dobrze wskazywany. Bo nie jest nim rząd Niemiec, który nie jest stroną w tego rodzaju konfliktach. Wynika to z braku znajomości zasad funkcjonowania demokracji i praw organizacji pozarządowych i prawa do swobody wypowiedzi w krajach o rozwiniętej demokracji.

Taka polityka historyczna, skuteczna i dająca dobre efekty, realizowana była też w stosunku do Ukrainy. Z dużymi sukcesami. Ale tylko do pewnego momentu, o czym dalej.

Do tej pory ważniejsza była polityka historyczna realizowana wewnątrz kraju. Bo tu można zobaczyć, jak instrumentalnie, wybiórczo była ona traktowana – i jak powoli zmieniała się w propagandę.

Carl Schmitt, wybitny niemiecki myśliciel, konserwatysta napisał, że esencją polityki jest walka, a z walką nierozerwalnie związany jest strach. Strach, który pozwala zmobilizować do konfrontacji i z przeciwnikiem, faktycznym, ale i urojonym, do zwierania szeregów, strach, który można przekuć w działanie zaplanowane jako rozgrywka z układem, którym można manipulować. Strach i wróg zastępuje dyskusje o realnych problemach Polski i pozwala instrumentalnie kierować zainteresowanie społeczeństwa ku tematom wtórnym.

Polityka historyczna, traktowana jak element ideologii, jest substytutem dyskusji o rozwoju Polski. Polskie partie polityczne, polska klasa polityczna epigonistycznie czerpie z różnych doktryn politycznych, tkwiących korzeniami w wieku XX, a nawet XIX, nie rozumie nowoczesnych doktryn politycznych albo je interpretuje w sposób wulgarny.

Czymś gorszym jednak od samego stosowania polityki historycznej w bieżącej polityce, były próby wprowadzenia jej w krwiobieg społeczeństwa. W trakcie rządów koalicji Prawa i Sprawiedliwości, Ligii Polskich Rodzin i Samoobrony powstał pomysł nauczania w szkołach wychowania patriotycznego. Biorąc pod uwagę poglądy ówczesnego ministra edukacji narodowej, Romana Giertycha, nie należało się spodziewać, że miała to być to nauka patriotyzmu odnoszącego się do przyszłości Polski, do jej miejsca w Europie, nauka o demokracji, otwartości światopoglądowej, tolerancji.
To miało być takie nauczanie patriotyzmu, gdzie wszelkie polskie resentymenty i poczucie tego, że Polska to naród wybrany – i skrzywdzony – musi, za wszelką cenę dostać od Europy, sąsiadów, Niemiec, Rosji – to co mu się należy. Nie sądzę, aby chciano nauczać o prawdziwej historii Europy, o prawdziwych przyczynach takich, a nie innych wyborach i motywacjach narodów. Polityka edukacyjna, jako element polityki historycznej, miała być wprowadzona w sposób bardzo prosty. Wystarczyłoby przeforsowanie pomysłu Romana Giertycha – czyli jednego „taniego” podręcznika dla wszystkich szkół… bez prawa wyboru, bez programów autorskich.

Polityka edukacyjna w polskiej szkole w czasach tak zwanej IV RP miała być zresztą poddana także indoktrynacji z innej strony. Do polskich szkół miała powrócić filozofia, ale nie taka, o jakiej się myśli powszechnie, nie, nie miano nauczać heglizmu, czy omawiać inne doktryny, które miały wpływ na historię Świata, czy nawet Polski – jak marksizm. Filozofia miała być nauczana w ramach… lekcji religii. Czyli – Tomasz z Akwinu, a w szczególności – oczywiście nauki Jana Pawła II.

Najbardziej zakłamaną sprawą w polskiej polityce historycznej, jest problem Powstania Warszawskiego, w wyniku którego 20.000 młodych Polaków poległo z bronią w ręku, a około 180.000 warszawiaków zostało wymordowanych. Niestety, w zbudowanym wielkim nakładem środków i z wielkim rozmachem muzeum nie dowiemy się tego, że Powstanie Warszawskie okazało się wielką tragedią narodu polskiego, nie osiągnęło żadnego celu militarnego i politycznego, a ci, którzy są za to powinni wziąć odpowiedzialność, nigdy się do błędów nie przyznali. O tym w odrębnym artykule.

Po zakończeniu, w niesławie, tak zwanego okresu IV RP, polityka historyczna bynajmniej nie zanikła, lecz zmieniał swoje konotacje. Teraz w jej zakresie są głównie sprawa międzynarodowe, z położeniem nacisku na Niemcy, a ostatnio na Ukrainę.

Erika Steinbach, polityk niemieckiej CDU i jednocześnie szefowa niemieckiego Związku Wypędzonych (BdV), zajęła w Polsce miejsce Franza Josefa Straussa, twórcy i wieloletniego szefa niemieckiej CSU, który za czasów komunizmu robił za czarnego luda imperializmu niemieckiego.

Od 1999 roku, kiedy objęła przewodnictwo związku, udało się jej tą organizację wyprowadzić z zaścianka politycznego na szerokie wody. Pobudziła nie tylko wśród członków ziomkostw poczucie krzywdy wypędzonych Niemców, ale również doprowadziła do zmiany optyki widzenia tego problemu przez polityków. Pokazuje Niemców nie tylko agresorów, ale również jako ofiary II wojny światowej, kładąc naciski na sprawy pamięci o ziemiach rodzinnych, dziś terytoriów Polski, Czech, krajów bałtyckich. Jej projekt Widocznego Znaku stał projektem rządowym, ma upamiętniać wypędzenia Niemców z dawnych kresów wschodnich. Erika Steinbach prowadzi w Niemczech swoją, autorską odmianę polityki historycznej. I tu zachodzi pytanie; Czy Niemcy mogą prowadzić taką politykę, która w Polsce jest odbierana jako element negacji niemieckich win i próba relatywizacji niemieckich zbrodni? Według mnie, dopóki polityka BdV nie stanie się podstawą polityki państwowej Niemiec i dopóki nie stanie się ona elementem ideologii państwa, dopóty nie jest ona groźna. Polska robi poważny błąd, że niezależnie od naszych wątpliwości co do motywacji i metod działań Eriki Steinbach, nie bierze w tym przedsięwzięciu udziału.

Muzeum Widocznego Znaku odpowiada na potrzeby milionów przesiedlonych Niemców z zachodnich ziem obecnej Polski, Czech, Prus Wschodnich i krajów bałtyckich, oraz ich rodzin. Decyzja rządu niemieckiego wejścia w ten projekt nie jest tylko realizacją woli Eriki Steinbach, jak by chciano to w Polsce tylko widzieć, ale jest to zadośćuczynienie postulatom obywateli Niemiec. Zgodnie z ich demokratyczną wolą. Widoczny Znak ma upamiętniać „stulecia wypędzeń”, oraz ma „przyczyniać się do wspólnego rozliczenia się z historią oraz do pojednania”. Ma to być coś w rodzaju żywego forum wymiany poglądów, i miejsce odświeżania pamięci.

Polacy już pogodzili się z tym projektem, odcinając się od uczestnictwa w nim w jakiejkolwiek formie, co uważam od dawna za poważny błąd. Zostawiając sobie tylko prawo do krytyki, tracimy możliwość realnego wpływu na to, co się dzieje w Berlinie.

Polityka historyczna Niemiec jest faktem i Polska na jej kształt ma tylko minimalny wpływ. Niemcy są krajem suwerennym i pełnoprawnym uczestnikiem życia międzynarodowego, z całkowitą autonomicznością decyzji wewnętrznych. Mogą – i chcą – robić własną politykę historyczną, niemiecką politykę narodową, rozliczając się z własnymi problemami, jako agresora II Wojny Światowej – oraz, czego nie możemy im zabronić – z własnymi problemami cierpień Narodu Niemieckiego. Prawa Niemców do odczytywania własnej historii w dowolny sposób – nie podlega dyskusji. Tak jak przypominanie przez Polaków, co było główną przyczyną exodusu niemieckiego po wojnie, czym były zbrodnie niemieckie, Jałta – a także polsko – niemieckie traktaty z początku lat 90. Tylko, że powinniśmy to robić nie stąd, z Warszawy, lecz uczestniczyć w projektach pamięci w Berlinie.

Inna sytuacja jest z naszym innym sąsiadem, z Ukrainą. Jak pamiętamy, kilka tygodni temu odbyła się na KUL-u, w Lublinie, uroczystość nadania doktoratu honoris causa prezydentowi Wiktorowi Juszczence, za jak napisano w laudacji, “działanie, dzięki któremu społeczeństwo Ukrainy weszło na drogę demokratycznych przemian”.

Dla wielu Polaków, środowisk kombatanckich, nie tylko kresowych, ta uroczystość nie była zbyt miła. Jak się okazało, decyzja katolickiej uczelni lubelskiej wzbudziła również poruszenie w sferach polskich polityków.

15 lipca polski Sejm przyjął uchwałę, w sprawie „tragicznego losu Polaków na Kresach Wschodnich”. Uchwała zawierała między innymi sformułowania, najostrzejsze od czasu nawiązania przez oba kraje stosunków dyplomatycznych, mówiące, że że w lipcu mija 66. rocznica „rozpoczęcia przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię na kresach II Rzeczypospolitej tzw. antypolskich akcji – masowych mordów o charakterze czystki etnicznej i znamionach ludobójczych”. Na Ukrainie uchwała polskiego parlamentu spotkała się z ostrą reakcją środowisk nacjonalistycznych.

Z Ukrainą jednak i z działalnością polityków ukraińskich jest jednak inny problem, niż z Niemcami, czy działalności niemieckich związków wypędzonych. Otóż Juszczenko i inni politycy jego formacji są zwolennikami wprowadzenia do życia społecznego i politycznego pamięci o OUN/UPA, która w pamięci Polaków jest organizacją zbrodniczą. Ale nie tylko wprowadzenie do życia społecznego, ale również uczynienia z niej podstawy ideologi politycznej i podstawy działania państwa.

Zbrodnie wołyńskie to jedna z najbardziej hańbiących i przemilczanych spraw w relacjach polsko – ukraińskich. Ale również w Polsce nie pisze się i nie mówi o polskiej polityce wynarodowień ziem Zachodniej Ukrainy. Dlaczego? Ponieważ choć nie była to tak krwawa i zbrodnicza działalność, jak ukraińskich nacjonalistów, ale jednak niezbyt chwalebna dla Polaków. A przecież II RP w oczach środowisk „patriotycznych” uchodzi za czas najlepszy w polskich dziejach.

Polskie relacje z Ukrainą nie zostaną naprawione do czasu, kiedy polscy i ukraińscy politycy nie podejmą oficjalnie rozmów celem wyjaśnienia całokształtu zbrodni wołyńskich, ale również ich praprzyczyn. Ważne jest to, aby w tym politycznym i historycznym dyskursie nie omijać spraw związanych z polskimi źródłami niepokojów na terenach ukraińskich w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Ale trzeba sobie, podobnie, jak w przypadku Niemiec, powiedzieć wyraźnie, że jeżeli Ukraina i jej demokratycznie wybrane władze będą chciały oprzeć swoją politykę państwową na podstawach ukraińskiego nacjonalizmu, to Polska nie będzie mogła nic w tej sprawie zrobić…

Polska polityka historyczna, w wymiarze międzynarodowym jest doraźna, bez żadnego planu, wybiórcza, pomijając sprawy istotne – nie dla pamięci historycznej, ale dla przyszłości kraju. Dlatego na przykład symbolem upadku komunizmu nie będzie Stocznia Gdańska, „Solidarność” i Okrągły Stół, lecz obalenie Muru Berlińskiego.

Doraźność polskiej polityki historycznej powoduje również to, że wolna Polska tak mało zrobiła dla polskiej emigracji na Wschodzie, polskiej emigracji żydowskiej z roku 1968, emigracji solidarnościowej, Polaków w Kazachstanie, na Białorusi – a więcej zajmują się tym, co dla swojego narodu robią Niemcy. Smutna to konstatacja.

Azrael

2 Thoughts on “Polityka subiektywnej pamięci

  1. Roman Strokosz on 26/07/2009 at 00:16 said:

    Drogi Azraelu!
    Nie powinnismy mowic o polityce histiorycznej, gdyz cos takiego wlasciwie nie istnieje i istniec nie powinno. Mozemy mowic o dyplomacji na gruncie historii, gdyz ksztaltowanie stosunkow bilateralnych z drugimi krajami zawsze i wszedzie budowane jest wprost lub w znaczacym sensie na wspolnych doswiadczeniach historycznych.daletgo nie wierze by pomiedzy Polska a Rosja, Poslka a Ukraina, Polska a Niemcami czy nawet Polska i Czechami byly tak dalece przyjazne stosunk. Co najwyzej poprawne dobrosasiedzkie stosunki.Z kazdym z sasiadow mamy dosc odredne, wrecz wojownicze doswiadczenia z przeszlosci.Czy my bylismy winni czy nie, to juz teraz nie tak ma zanczenie, jak to ze my Polacy szczerze powiedziawszy nigdzie nie jestesmy lubiani i mile widziani. A dlaczego? No ta uczciwie i z rekami na sercu uderzmy sie w piers jako Polacy w wielu krajacgh przebywajacy nielegalnie, pracujacy na czarno, spekulujcy i nie zawsze uczciwe, naduzywajacy alkohol, ze juz nie powiem o prostytucji, gdzie w Hiszpanii Wloszech Belgii i Francji, a w mniejszym stopniu w Niemczech polskie prostytutki maja pewna marke ( pod watpliwa pozytywna reputacja). Jaki wiec jest wizerunek Polaka w swiecie? Polak hudraulik, budowlany, sprzatacz,spekulant. sporadycznie mowi sie o tych przypadkach, gdzie osiagniecia Polakow maja szeroki wymiar swioatowy w nauce, kulturze sztuce medycynie itd itp.
    Tak wiec o skromnosci !!!!!!!!Nie dawaj o sobie zapomniec!
    Powstanie Warszawskie – ten watek zawsze wzbudzal emocje i goraca dyskusje.
    Nie wiem kto wymyslil bajke, ze Powstanie wybuchlo bo mialy byc jakies gwarancje pomocy od znajdujacych sie na wschodnim wybrzezu Wisly wojsk radzieckich. Wekszej bzdury trudno sie doszukac.
    A moze Powstancy chcieli przed natarciem Armii Radzieckiej wyzwolic Warszawe, by dac ja wolna w podarunku dla Rzadu Londynskiego? Chyba nikt nie ma watpliwosci,ze Rzad w Londynie nie bardzo byl zainteresowany ppowstanie wolnej enklawy pomiedzy terenami zajetymi przez Hitlerowcow i w czesci juz wyzwolona przez armie radziecka wschodnie Rzeczypospolitej?
    Jaki wiec byl sens powstania? Kto niesie odpowiedzialnosc za jego wywolanie i te ogromne ofiary?
    Reasumujac Azraelu polska dyplomacja nie moze byc zdominowana historycznym rozpamietywaniem a wrecz podyktowana wspolczesnymi realiami i wlasciwa ich analiza.
    W podtekscie mamy do czynienia cos, co nazywa sie godnosc obyuwatela Polski.Czyz nie jak Cie widza, Tak Cie Pisza?
    Pozdrawiam Azraelu

  2. RMPL on 27/07/2009 at 12:01 said:

    Intrygują mnie pewne publikacje jakie pojawiają się jak zwykle w okolicach rocznicy Powstania. Intrygują to chyba najwłaściwsze określenie. Z jednej strony mamy kontrowersyjny artykuł/wspomnienia byłego żołnierza powstania i jak widać z materiału jego wielkiego krytyka który podaje liczbę 1800 zabitych Niemców. Liczby i statystyka w obliczu ludzkiej tragedii nie powinny być ważne ale jest coś w nas takiego że kiedy ktoś zarysowuje aż taką dysproporcje liczbowa 1800 Niemców a 20 000 Powstańców i ponad 200 tys cywilów, to rodzi to oburzenie.

    Obserwowałem różne komentarze na forach i w ostatnich dniach ta liczba robi swoistą „furorę”.

    Kłopot w tym że wygląda to na celową manipulacje, mnie zachęciło to do sięgnięcia do różnych materiałów, które nie zmniejszają co prawda rozmiarów haktomby Powstania ale jednak nieco inaczej przedstawiają liczby. Dla porządku – ok. 10tys Niemców zabitych i 9tys rannych i bardzo podobne liczby po stronie Powstańców co nie zmienia faktu masowego, zaplanowanego mordu na cywilach(oceny od 120-200 tys biorąc pod uwagę tych którzy zginęli w obozach przejściowych i koncentracyjnych, czy zniszczenia 85% infrastruktury Warszawy i wypędzenia ponad 600 tys. mieszkańców.

    Z drugiej strony w weekend odbył się koncert na terenie Muzeum Powstania. Pomysł na prezentacje całkiem niezły, nowoczesna forma przekazu etc. ale … w przerwach między występami na telebimie na tle ujęć z Powstania słyszymy: „Lipiec 1944 Rosjanie nawołują do Powstania w Warszawie”, „Akcja BURZA ma na celu wspomaganie aliantów w wyzwalaniu Polski”, „Radziecka zdrada”.
    Czy takich komunikatów Rosjanie nie puszczali ? Źródła wskazują że tak, ale przedstawienie tego niemal jak podstawy do wybuchu powstania, to podobna manipulacja jak w przypadku wspomnianych zaniżonych liczb. Nieco subtelniejsza ale jednak…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

  • Facebook