Życie po tarczy, czyli co dalej z polską polityką zagraniczną


Część Polaków, po wczorajszej decyzji administracji amerykańskiej o rezygnacji z instalacji na terenie Polski części systemu tarczy antyrakietowej obudziła się zapewne z wielkim kacem. To ci, którzy wierzyli, że nasze relacje specjalne ze Stanami Zjednoczonymi, z początku lat 90. ubiegłego wieku trwają i trwać będą, aż do zatracenia się w miłości. Ich wielkie ego, rozdęte iluzorycznym sojuszem, dostało od Amerykanów bolesnego kopniaka. Zasłużonego, bo za brak realizmu należy zapłacić – i powinno to boleć.
Inni, i jest ich większość, obudzili się z ulgą, że problem, który wisiał nad Polską i naszymi relacjami z sąsiadami, Niemcami, Rosją, ale także z Unią Europejską, niczym miecz (a nie tarcza…) Damoklesa – został usunięty. To realiści i pragmatycy polityczni, którzy zamiast wsłuchiwać się w bełkot amerykańskich konserwatystów, słuchali Zbigniewa Brzezińskiego. A on już od wielu, wielu miesięcy wspominał, że Polska jest tylko partnerem, ale nie strategicznym, a tak naprawdę dla USA i jej nowej administracji liczy się Europa jako blok państw, potem takie kraje, jak Niemcy, Wielka Brytania, Francja, równoważna im Rosja, a potem dopiero kraje Europy Wschodniej. Było wiadome już od 4 listopada ubiegłego roku, od dnia wyborów Obamy na 44. prezydenta USA, że temat tarczy, w takim wymiarze – umiera. Polska musi odłożyć swoje plany i rojenia bycia partnerem wyjątkowym, opierające się na tym, że 10 rakiet balistycznych i 300 amerykańskich żołnierzy pod Słupskiem czyni z nas mocarstwo regionalne. Przypominało to pozycję ratlerka, który myśli, że wyszczerzając jeden ząb, przestraszy doga – rosyjskiego doga. Bo przecież w podtekście instalacji systemu tarczy w Polsce i Czech stało przekonanie naszych polityków, że jest to narzędzie oddziaływania nie na Iran i Koreę Północną, ale na Rosję. Dlatego polski rząd podpisał kompromitujące dla naszego prestiżu, co widać po roku, porozumienie o instalacji systemów, z odchodzącą administrację republikańską USA.

Barack Obama powiedział na wczorajszej konferencji wyraźnie, dobitnie – dla Ameryki najważniejsze jest bezpieczeństwo jego terytorium, potem jego wojsk, na koniec – bezpieczeństwo partnerów politycznych. I amerykański prezydent przyjął, że drogą do realizacji tego projektu jest zmiana planów strategicznych i technicznych systemów antyrakietowych, z drogich i niesprawdzonych systemów stacjonarnych, na rozwiązania mobilne. Drugą stroną zmiany strategii jest kissingerowski model polityczny, polegający na układaniu się z mocnymi i szukanie z nimi porozumienia. Nawet kosztem oddania pewnych sfer wpływów i interesów. Dotyczy to także naszego rejonu, w kontekście współpracy USA z Rosją. Dla Obamy Europa jest warta tylko w przypadku, kiedy stanowi monolit polityczno- ekonomiczny, do tego współpracujący z Rosją. A główne interesy Amerykanów skupiają się w Azji i Ameryce Południowej.

Jest całkowicie jasne, że dla wyrównania relacji z Rosją i uzyskania jej wsparcia w sprawach konfliktów w Iranie, Iraku i Afganistanie, potrzebna jest pewna zapłata, pewne ustępstwa. Najwygodniejsze, a do tego oszczędzające środki budżetowe, okazało się zrezygnowanie z wątpliwego projektu tarczy. Co też uczyniono. I spotkało się to z pełną aprobatą NATO (wypowiedź szefa tej organizacji, AndersaFogh Rassmusena, nie pozostawiała żadnych wątpliwości), krajów Unii Europejskiej (Angela Merkel), i oczywiście Rosji. To wyraźny znak, że Polska i jej starania były traktowane w CAŁEJ Europie co najwyżej wstrzemięźliwie. Nie należy traktować tego tylko jako sukces Kremla – to tylko odbicie realizmu politycznego nowego porządku, jaki chce wprowadzić Barack Obama.
Zostawmy jednak już sprawy tarczy – zastanówmy się, jak powinna wyglądać polska polityka zagraniczna; Jak do tej pory polska polityka wspierana była iluzorycznym partnerstwem strategicznym ze Stanami Zjednoczonymi. Byliśmy jedynym krajem Świata, który uważał się za ważnego, strategicznego partnera, bez podpisanej żadnej umowy o gwarancjach bezpieczeństwa ze strony USA, bez umowy o programach wzmocnienia i unowocześnienia naszej armii. Tak, offset za “Jaszczębie”, F-16, pomoc logistyczna w Iraku i Afganistanie – ale to my per saldo dokładamy do tego interesu – finansowo, i jak się okazało wczoraj – prestiżowo. Warto się zastanowić, jak powinna wyglądać nasza polityka zagraniczna bez tarczy, czyli amerykańskiej parasolki…

To, że polityka zagraniczna Polski jest w głębokim impasie, wiemy już dawno, że nie ma pomysłu idei, pragmatyzmu i realizmu. Jest w permanentnym kryzysie, właściwie od czasu, kiedy Polska zakończyła “długi marsz” od roku 1991, wejściem w 2004, jako pełnoprawny członek, w skład Unii Europejskiej. Od tego czasu, w zależności od tego, jaki rząd był u władzy, polityka miała różne priorytety. Generalnie trudną w niej znaleźć priorytety, taktykę, w sytuacjach krótkoterminowych, jak i strategię – nie na kadencję danego rządu, lecz na lat 10, 20, 30.

Wydawałoby się, że Polska, po wejściu w skład struktury obronnej Paktu Północnoatlantyckiego uzyskała wystarczające gwarancje bezpieczeństwa, gwarancje w Europie i od Stanów Zjednoczonych, największego i najsilniejszego partnera tego układu. Polscy politycy szukali jednak rozwiązań alternatywnych, rozwiązań sojuszy ponad strukturami natowskimi. Polacy, godząc się na instalację tarczy antyrakietowej, sądzili że budują sobie pozycję bufora pomiędzy krajami “starej Unii”, a Rosją. Okazało się to bolesną mrzonką.

Polska polityka zagraniczna jest całkowicie niespójna, podzielona pomiędzy dwa ośrodki władzy wykonawczej, rząd i MSZ, oraz Kancelarię Prezydenta. Oba te ośrodki, konkurencyjne również w sprawach polityki wewnętrznej, prowadzą swoistą “wojnę zagraniczną”, nie opartą o żadne rzetelne analizy i oceny sytuacji międzynarodowej – w skali regionu i całego globu. Krańcowym tego przykładem było właśnie podpisanie umowy o instalację systemu tarczy antyrakietowej, w momencie, kiedy jasne już było dla każdego rozsądnie myślącego analityka, że administracja nowego prezydenta, będzie traktowała ten pomysł z dużym dystansem. Dystansem wynikającym ze zmiany strategii polityki zagranicznej, a także sytuacji wewnętrznej w samych Stanach Zjednoczonych.

Polska już rok temu, po wyborach amerykańskich i po konflikcie kaukaskim, powinna przedefiniować swoją strategią obronną – w ramach uporządkowania na nowo polskiej dyplomacji.

Powinna być ona szerzej sformułowana i powinna brać pod uwagę czynniki nie tylko militarnego zagrożenia Polski – ale również ekonomiczne i uwarunkowania geopolityczne. Polska doktryna obronna bezpieczeństwa narodowego powinna brać pod uwagę miejsce Polski w układzie geograficznym. I przyjąć, że Polska posiada głównie regionalne interesy, związane z Unią Europejską i Rosją. Polska nie była, nie jest i nie będzie nigdy mocarstwem regionalnym i nie będzie czegoś takiego, jak sojusz strategiczny i gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA.

Jedynym układem ponadregionalnym, do którego powinniśmy się odnosić – jest Unia Europejska i NATO. Oczywiście – zagrożenia globalne mają dla Polski ogromne znaczenie – choćby właśnie takie, jak kwestie zagrożenia naszego bezpieczeństwa energetycznego, czy sprawy przepływów kapitału – ale tylko w ramach struktury regionalnej Unii Europejskiej Polska może stawić czoło tym problemom. Próby usytuowania Polski jako partnera strategicznego USA w Europie, nawet biorąc pod uwagę realną możliwość wchłonięcia przez Rosję Białorusi i Ukrainy – mogą się dla naszego kraju skończyć poważnymi problemami.

Polska jest zbyt małym krajem, w obliczu Rosji, a także Niemiec, dla których naturalnym partnerem pozostaje Francja, aby próbować budować niezależną strukturę polityczną i system bezpieczeństwa w oparciu o “egzotyczny sojusz” ze Stanami Zjednoczonymi. Rojenia polskiej prawicy, że możemy stać się w Europie Centralnej nowym Izraelem, mocarstwem regionalnym, były tak absurdalne, jak to, że moglibyśmy w ramach takiego porozumienia otrzymać broń nuklearną. Po pierwsze, o sile Izraela stanowi jego położenie geograficzne i bufor wobec państw islamskich, po drugie – pozycja i siła lobby żydowskiego w samym USA. Poza tym, co już wielokrotnie wskazywał wspomniany już Zbigniew Brzeziński – Europa ma dla Stanów Zjednoczonych znaczenie jako spójny system polityczny i ekonomiczny. Najlepiej powiązany spójnym porozumieniem politycznym.

Ważnym elementem, na który polscy politycy powinni zwrócić uwagę, jest to, że dogmat o jednobiegunowym profilu świata został obalony. Amerykańskie porażki i uwikłanie się w wojnę w Iraku i Afganistanie, konflikt z Iranem, straszak Korei Północnej, a przede wszystkim obalenie mitu imperium finansowego – każą wysnuć tezę, że system jednobiegunowy zmienił się w wielobiegunowy, którego elementami są wciąż Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Rosja, Chiny, razem z Indiami, a także rosnąca w siłę Brazylia. Dlatego właśnie nasza doktryna w polityce zagranicznej powinna być jak najbliżej związana z Unią Europejską.

Polska polityka wschodnia, prowadzona kilka lat przez ośrodek prezydencki, pozostający praktycznie poza kontrolą Ministerstwa Spraw Zagranicznych, to rzecz, który już przyniosła Polsce duże szkody. Działania Lecha Kaczyńskiego, oceniane przez jego zwolenników jako pokazanie romantycznego stylu uprawiania polityki, na Zachodzie oceniane jest jako pospolite awanturnictwo. Nie uzgodnione podróże, wypowiedzi i działania Lecha Kaczyńskiego przyczyniły się do obniżenia standardów dyplomatycznych i osłabienia pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Polska polityka za czasów prezydentury George’a W. Busha kierowała się bardziej interesami USA w regionie Kaukazu, niż prawdziwą polską racją stanu. Rosyjskie zachowanie na Kaukazie nosi oczywiście znamiona neoimperializmu, ale nie powinniśmy zapomnieć, że przyczyną tego były działania Stanów Zjednoczonych i niektórych państwa Unii Europejskiej, w tym głównie Polski, które popychały Gruzję do konfliktu o Abchazję i Osetię Południową.

Polska polityka zagraniczna musi wziąć pod uwagę doktrynę polityczną Rosji, tzw. doktrynę Miedwiediewa, która została zdefiniowana jednoznacznie po konflikcie kaukaskim. Rosjanie, od zawsze, jeszcze za czasów Związku Radzieckiego, stosują politykę dyplomacji totalnej. Rosja, poza członkostwem w ONZ, nie jest związana żadnymi umowami partnerskimi z krajami europejskimi i Stanami Zjednoczonymi. Poza przestrzeganiem konwencji międzynarodowych, nic Rosjanom nie wiąże rąk. Podpisanie przez Rosję umowy z Unią Europejską, o wzajemnym partnerstwie (którą zresztą blokowała do tej pory Polska) może spowodować regres polityczny i ekonomiczny wobec Rosji. Rosjanie odbudowują swoją strefę wpływów i dają wyraźny sygnał również innym państwom tego regionu, że w wypadku, kiedy ich interesy (faktyczne, czy urojone) zostaną zagrożone – nie cofną się przed rozwiązaniami ostatecznymi. Jest to skierowane również w stronę Ukrainy i innych państw regionu. Częścią tej polityki to sprawy oddziaływania surowcami i swoimi wielkimi holdingami paliwowymi. Jest to retoryka siły i pewności swojego oddziaływania na UE. Jest to również sygnał dla Europy, dla NATO, że współpraca z tym krajem jest możliwa – ale nie na warunkach narzuconych Federacji Rosyjskiej. To Europa będzie musiała wybrać, czy tworzyć z Rosją wspólną sferę ekonomiczną i polityczną. Do tego rozwiązania przekonany jest Kreml, takie rozwiązanie i taki projekt będzie popierała administracja Baracka Obamy.

Biorąc pod uwagę miejsce Polski na mapie i wszelkie uwarunkowania geopolityczne, Polska nie może prowadzić polityki innej, niż we współpracy z Unią Europejską. Nie możemy prowadzić polityki mocarstwowej, ze względu na nasze ograniczenia. A są to ograniczenia natury ekonomicznej, politycznej i militarnej. Nasze sąsiedztwo, pomiędzy Rosją, krajem o ciągotach do autorytaryzmu i Niemcami, państwem o silnie wykształconym i będącym stabilną podstawą ustroju demokratycznym, każe nam budować politykę o zasadę współistnienia w tym układzie. Polska historia trudnego współżycia z tymi dwoma nacjami, Rosjanami i Niemcami, narzuca na społeczeństwo i na samych polityków poważne ograniczenia. Pomysł, że sojusz z Rosją i Niemcami może Polsce przynieść wielostronne korzyści ekonomiczne i polityczne, że mariaż polityczny z silnymi państwami jest lepszy niż ze słabymi – nie może się przebić do naszej świadomości. To poważny błąd, to spojrzenie świadczące o braku realizmu politycznego. Sam rzucenie takiego pomysłu powoduje zarzut wspierania “partii rosyjskiej” albo niemieckiej, a nawet oskarżenie o agenturalność. Jak słusznie zauważył swego czasu Ryszard Bugaj, w artykule dla “Rzeczpospolitej”, jakoś nikomu nie przeszkadza działanie w Polsce dużo silniejszej “partii amerykańskiej”, dzięki której jesteśmy w Iraku i Afganistanie.

Miejsce Polski i polskiej dyplomacji jest w Europie, w Unii Europejskiej i Rosji. Nie jest tym miejscem ani Gruzja, ani Azerbejdżan, nie jest polskim interesem wątpliwa możliwość wejścia Ukrainy i Gruzji do NATO. Najważniejszym polskim zadaniem w krótkim czasie jest nasze, wspólne europejskiej bezpieczeństwo energetyczne. Ważny dla polskich interesów i dla naszego bezpieczeństwa Pakiet Klimatyczny – a także polskie negocjacje nowych kontraktów na dostawy gazu i ropy z Rosji. A w dłuższy czasie, takim który podlega planowaniu strategicznemu, jest stworzenie warunków stabilnego działania całej Unii Europejskiej, przy zapewnieniu Polsce należnego jej miejsca.

Miejsce Polski jest w Unii Europejskiej i tu powinniśmy szukać naszego bezpieczeństwa.

Europejska strategia bezpieczeństwa opiera się na trzech podstawowych zasadach, po pierwsze, zapobieganie konfliktom, po drugie, rozwiązywanie konfliktów formie dyskusji i po trzecie, budowanie bezpieczeństwa w oparciu o relacje wielostronne. Także z partnerami z poza Unii – Rosją i USA. To są kwantyfikatory bezpieczeństwa – w tym także Polski. System obronny NATO, jak do tej pory, chroni nas doskonale. Polska ma do odrobienia pewne zaległości w kontaktach z NATO. Więcej – jako kraj graniczny Unii Euroatlantyckiej ma obowiązek stawiania zadań i problemów, jak choćby właśnie spraw bezpieczeństwa energetycznego.

Polska ma jeszcze jedno zadania, a właściwie zaniechanie w swojej polityce zagranicznej – to brak podpisu Lecha Kaczyńskiego pod Traktatem Lizbońskim. Teraz, dzień po tym, co nam zakomunikowała strona amerykańska, gdyby został wykonany tak demonstracyjny gest, jak podpisanie TL – byłoby to doskonała odpowiedź na amerykańską arogancję. Ale to trudne do zrozumienia.

Bo pomimo wielokrotnie powtarzania, udowadniania, że Traktat Lizboński jest uporządkowaniem prawa i procedur Unii Europejskiej, nie zagraża polskiej państwowości i nie zagraża naszej suwerenności, bo sami już jej część za pomocniczość UE oddaliśmy – do genetycznych patriotów to nie dociera. A jego podpisanie byłoby bardzo ważnym krokiem, podnoszącym nasz prestiż.

Azrael

11 Comments

  1. [...] reklama bjfs przed chwilą #media interesujący rodzimy blog z rozbudowanymi wpisami: azraelk.eu/…rczy-czyli-co-dalej-z-pol… [...]

  2. hagmarek mówi:

    I had a dream…
    Przeczytalem komentarze do tego tekstu autorstwa: Lecha Kaczynskiego (et consortes), Donalda Tuska (et consortes), Radka Sikorskiego (et consortes) oraz wielu innych proamerykanskich wazeliniarzy…

    **********************************************************************
    Polecam lekture wywiadu prof. Zbigniewa Brzezinskiego

    http://www.rp.pl/artykul/364944.html

  3. Roman Strokosz mówi:

    Nie ma sensu rozpatrywac w roznych aspektach decyzji z Waszyngtonu w sprawie tarczy. Chyba jest doskonala okazja nie co inaczej popatrzec na polska dyplomacj chocby w okresie minionych 15-tu lat.Nie ma Polska szczescia do Ministrow Spraw Zagranicznych profesjonalnie przygotowanych, myslacych poprawnie i realistycznie, konstatujacych fakty a nie domniemania, umiejacych prognozowac czyli przewidywac.Polska szkola dyplomacji jest mizerna, zbyt krotkowzroczna i emocjonalna a nie wyrachowana, sprawna w grze politycznej budzaca szacunek , zaufanie i respekt nie tylko w kraju ale w stosunkach miedzynarodowych.Mam pytanie.Ktora Polska uczelnia prowadzi studia politologiczne. studia z akresu prawa miedzynarodowego i filozofii stosunkow miedzyanrodowych? Jesli tak!, to jakiego pokroju Polska dysponuje kadra naukowo dydatktyczna?
    Kolejna nauczka wrecz kompromitujaca polska dyplomacje!To wszystko bylo latwe do przewidzenia, latwe do zaprezentowania innego polskiego stanowiska i uwarunkowan. Tzw. sojusznik na gebe zostal wypuszczony w maliny na wlasne zyczenie.
    Gdyby jedna z dyscyplin olimpijskich bylo fobiowanie na zyczenie i wedle potrzeby, to Polska bylaby chyba dozywotnim zlotym medalistom.
    W kontekscie zblizajacych sie wyborow prezydenckich chyba jednak warto sie zastanowic nad kilkoma kwestiami:
    1.Konstytucyjne uwarunkowania praw i obowiazkow oraz odpowiedzzialnosci Prezydenta RP, a w szczegolnosci odppowiedzialnosi.
    2.Kryteria wymagane od kandydata na Prezydenta i ich obligatoryjnosc.
    3.Czy obecnie lansowani kandydaci moga gwarantowac realne, efektywne realizowania zadana panstwowych w imie rozwoju gospodarczego, bezpieczenstwa oraz pokojowaego wspolistnienia na arenie miedzynarodowej?
    4. Czy w obliczu braku gwarancji spelniajacych powyzsze trzy punkty wogole Polsce jest potrzebny urzad Prezydenta?
    5.Zachodzi pilna potrzeba przemodelowania systemowo – programowego edukacji ekonomiczno-politycznej w Polsce i po czesci prawniczej na rzecz podniesienia poziomu wymagan i jakosci absolwentow.poki co jestesmy na prownicji i to bardzo glebokiej.
    Zycze wszystkim milego odpoczynku sobotnio – niedzielnego niestety nie na tarczy sukcesow polskiej dyplomacji a raczej w cieniu wstydu i kompromitacji

  4. Awawa mówi:

    dobry tekst. dziękuję.

  5. Tetryk56 mówi:

    Bardzo dobry tekst, jedno drobne sprostowanie: Polska była kiedyś mocarstwem regionalnym. Tyle, że strasznie dawno temu…

  6. Valdo mówi:

    …tarcza ,tarcza i po tarczy…..Doskonaly tekst jak zawsze u Ciebie.O calej sprawie dowiedzialem sie z wczorajszej prasy amerykanskiej.

  7. wojtek mówi:

    Doskonały tekst i analiza.
    Ale z kaczkami, dopóki są oni mocni w polityce (prezydentura)to się nie uda.
    Zbyt wiele w nich fobii, uraz, megalomanii, a tacy jak oni jest te 20-30% społeczeństwa.To pogrobowcy naszych najgorszych tradycji, które przedstawiają jako patriotyzm.
    Grożniejsze jest jednak to, że jedyna obecnie partia, dla której nie ma alternatywy i która mogłaby i chyba potrafiła sensownie przemeblować naszą politykę zagraniczną,
    nie może nic zrobić z uwagi na wybory prezydenckie i parlamentarne.
    Boją się powtórki “dziadka z Wermahtu” i kto wie czy nie mają racji.
    Pozostaje czekać, bo już po wyborach prezydenckich sytuacja będzie dużo lepsza, a pole manewru większe.

  8. bubulina mówi:

    W życiu codziennym widzę namiastkę tych pobożnych zyczeń,brak planowania i dalekowzroczności.Wmawia się nam,że udział naszych w Afganistanie,to profilaktyka antyterrorystyczna.Polak przed i po szkodzie głupi.

  9. TAKiNIE mówi:

    Prosze sie przyjrzec jak polska dyplomacja negocjowala w Waszyngtonie : Artykul i wywiad Polskie Radio i PAP
    http://www.polskieradio.pl/publicystyka/artykul.aspx?id=114107

  10. Ryszard Bugaj mówi:

    [...] Życie po tarczy, czyli co dalej z polską polityką zagraniczną Azrael – zwykłe pisanie – PeopleRank: 9 – 18-09-2009 …Ryszard Bugaj, w artykule dla “Rzeczpospolitej”, jakoś nikomu nie przeszkadza działanie w Polsce dużo silniejszej “partii amerykańskiej”, dzięki której jesteśmy w Iraku i Afganistanie. Miejsce Polski i polskiej dyplomacji jest w Europie,… Osoby wymienione : Angela Merkel  Barak Obama  wszystkie %n wiadomości » + głosowanie [...]

Leave a Reply