
Już obśmiano Nobla dla Baracka Obamy – jedni z przymrużeniem oka, inni złośliwie i wręcz chamsko, jak to dziennikarze Igor Janke i Marek Magierowski dziś w porannej audycji w radio TOK FM. Cóż, tak kultura.
Polska jest krajem o największym zaufanie do Unii Europejskiej, z drugiej strony krajem, w którym stosunek do nowego prezydenta USA jest co najwyżej ambiwalentny. Dlaczego? Bo zabrał nam nasze kochane rakietki, przestał nas kochać, nie uznaje naszej wyjątkowości, pokazał nam miejsce w szeregu, a do tego smakują mu bardziej bliny z kawiorem, niż schabowy… Ot, polski zaścianek.
Tak, Obama nic jeszcze w dziedzinie pokoju szeroko rozumianego nie zrobił, prowadzi do tego wojny różnych częściach globu, Norwedzy to kraj antybushowski, nawet jak w Oslo rządzili konserwatyści, do tego w tym roku przypada 20. rocznica wydarzeń w Pekinie, na Placu Tiananmen, więc Chińczykom by się należało. Ale Komitet Noblowski stwierdził w tym roku, że woli dać nagrodę na zachętę komuś, kto MOŻE więcej, kto inaczej odczytuje politykę, kto wprowadził do polityki zagranicznej, jak by to powiedział Eryk Mistewicz – nowe zasady narracji dyplomatycznej. W uzasadnieniu Komitetu noblowskiego stwierdzono, że nagroda została przyznana za „ponadprzeciętne wysiłki we wzmacnianiu dyplomacji międzynarodowej oraz współpracę między ludźmi”, a także wzięto pod uwagę zwłaszcza jego wizję świata bez broni nuklearnej.
Ta nagroda to znak, dla USA, ale również dla Europy, że czas konfliktów i rozwiązywania ich zbrojenie mija. I nie dlatego że Amerykanie przegrywają w Afganistanie (potrzebują tam nowych 40.000 żołnierzy), ale dlatego, że na dłuższą metę jest to zabawa nie prowadząca donikąd. Obama (za radą Henry’ego Kissingera) zrozumiał to i zaczął tworzyć nie tylko nowy klimat polityczny, ale jednocześnie zrozumiał, że w tym przypadku, kiedy USA jest dalej (jeszcze) jedynym mocarstwem globanym, to jego polityka powinna być z założenie globalna i wielostronna. Stąd między innymi traktowanie Europy jako jednego bloku państw, stąd wdrożenie polityki zacieśniania współpracy i rozbrojenia z Rosją, a także pierwsze próby zbliżenia z Chinami – i zauważenie istnienia Afryki (Hilary Clinton spędziła tam ostatnio aż 11 dni…). Jako instrumenty polityki mają służyć negocjacje i dialog – a nie marines i F-15.
Wizja Baracka Obamy to świat wielobiegunowy, pozbawiony broni atomowej. Doskonale zdaje sobie on sprawę, że dwie kadencje to będzie za mało, aby ten efekt uzyskać, ale może w tym czasie złożyć pod to podwaliny. Nie będzie czekał z trudnymi tematami, przynajmniej w polityce zagranicznej, ponieważ krajowa reforma zdrowia nie zapowiada się najlepiej, do drugiej kadencji. Inne trudne sprawy, czyli kwestie klimatyczne, prawa człowieka, są również w jego portfolio postępowania na arenie światowej.
Nobel Obamy został przyjęty i skomentowany przez polityków całego Świata bardzo dobrze (oprócz Hugo Chaveza…), a sam Obama powiedział;
„Nie uważam nagrody za uhonorowanie moich osiągnięć, lecz za potwierdzenie amerykańskiego przywództwa na rzecz aspiracji ludzi z wszystkich narodów”.
Tak, to może być przywództwo zupełnie w innej formule, dużo skuteczniejsze, niż ostatni 8 lat Busha…
Azrael





Najnowsze komentarze