Guru Bronisław Wildstein poucza

Rzetelność dziennikarska i etyka to określenia uzupełniające się. I dość odległe polskim dziennikarzom, niezależnie gdzie piszą. Czy jest to prasa codzienna, magazyny i tygodniki, czy po prostu internet. Jakość polskiego dziennikarstwa jest żałośnie niska i na nic zdają się tu korporacyjne działania, wmawiające nam, czytelnikom, widzom i słuchaczom, że jest dobrze, lepiej niż przed laty. Zależność dziennikarzy nie tylko od wydawców, ale również od grup wpływów politycznych, czy biznesowych jest aż nadto widoczna.

Są jednak tacy dziennikarze, którzy gotowi są bronić dziennikarskiej „prawdy i niezależności”, nawoływać do przestrzegania kanonów zawodu, jego posłania i etyki. Słuszna pozycja, gdyby nie to, że sami nie trzymają się standardów niezależnego, rzetelnego dziennikarstwa.

O Bronisławie Wildsteinie, publicyście „Rzeczp0spolitej”, a nie taka dawno niezależnym szefie telewizji publicznej (sic!) pisałem już wielokrotnie, pokazując nie tylko jego przekłamania, polityczne uzależnienie i miałkość przekazu, ale również nierzetelność intelektualną. Pan redaktor Wildstein jednak, od czasu napisania powieści z kluczem, „Dolina nicości” ma status guru, wyroczni dziennikarskiej, żeby nie napisać, „świętej krowy” dziennikarstwa polskiego. Jest postrzegany przez dużą grupę środowisk prawicowych nie tylko jako zdolny, wybitny publicysta, ale również jako pewien punkt odniesienia i drogowskaz moralny.Co nie powie, lub co nie napisze, jest słowem prawdy, czystej prawdy moralnej, etycznej i zawodowej. Zajął pozycję PONAD środowiskiem dziennikarskim – i wszedł na postument przeznaczony dla guru, którego się słucha, ale z którym się nie polemizuje, ponieważ głosi prawdy objawione, nie podlegające dyskusji. Szkoda jednak, że jego czytelnicy (wyznawcy) nie potrafią tego, co wychodzi spod jego pióra czasem odnieść do kontekstu szerszego, niż czysta zawartość artykułu.

Redaktor Wildstein napisał wczoraj rzecz tak manipulacyjną, jakiej do tej pory nawet u niego nie czytałem. Artykulik pod tytułem „Ta bezwstydna jawność”, umieszczony na portalu „Rzeczpospolitej” jest tak kuriozalnie intelektualnie zakłamany, że aż trzeba go przytoczyć i rozebrać w całości. Dotyczy on postaw (złych w założeniach) dziennikarzy (oczywiście tylko tych poza „R”) w sprawie afer ujawnionych przez Mariusza Kamińskiego.

Pisze pan redaktor;

Dziennikarze są od ujawniania. Od podawania faktów, nie tylko tych oficjalnie nam dostarczanych przez rozmaite gremia, ale od wyszarpywania tych, które ci sami chcą przed nami ukryć.

Zgoda, pod wszakże takim warunkiem, że fakty te zostały zdobyte zgodnie z kanonem rzetelności i uczciwości dziennikarskiej, a nie zostały przekazane dziennikarzowi jako tak zwana „wrzutka” służb specjalnych. Tak się stało w przypadku afery stoczniowej, gdzie ewidentnie dziennikarze „Wprost” otrzymali dokumenty CBA od funkcjonariuszy służby, a ich publikacja miała na celu rozpętanie afery o charakterze politcznym. Dziennikarze nic nie „wyszarpnęli”. Oni po prostu posłużyli jako pas transmisyjny CBA – a służyć to miało nie ujawnieniu faktów, lecz określonym skutkom politycznym.

Dziennikarze są agentami społeczeństwa, muszą być jego oczami i uszami. Powinni docierać tam, gdzie zwykły obywatel ma kłopoty z dotarciem, i dzielić się z nim wiedzą, którą w inny sposób trudno mu uzyskać. Media to dosłownie pośrednicy. To dzięki nim szeroka zbiorowość może zdobyć informacje, które pozwalają jej osądzić stan rzeczy w ich państwie, ocenić polityków i ich rządy. I to w ten sposób media powinny egzekwować swoją kontrolną funkcję.

To co się przedostało do prasy zarówno w sprawach afery hazardowej i drugiej, stoczniowej (w wyniku bardzo kontrolowanych przecieków) wskazuje na to, że świat mediów, dziennikarze stali nie tyle agentami społeczeństwa, co narzędziami w rękach agentów służb. I mają służyć zamydleniu oczu obywateli. Media stały się pośrednikiem – od służb do obywatela, ale nie ma to nic wspólnego z obiektywną prawdą, lecz zostało zmontowane w formę prowokacji i manipulacji. Nie wiele to ma wspólnego ani z przedstawieniem stanu faktycznego, ani z funkcją kontrolną mediów.

Piszę oczywistości? Ale okazuje się, że nie w III RP. Tu jawność zawsze była na cenzurowanym. Walczyli z nią ludzie na dziennikarskich etatach reprezentujący instytucje, które nazywają się mediami. Przypomnijmy tych, którzy ostrzegali przed powołaniem komisji śledczej w sprawie Rywina, lękając się, że jej prace doprowadzą do “obryzgania wszystkich” – jak powiedział klasyk tej formacji.

Tu mamy odwołanie się do etyki Pana Wildsteina. Według niego jawność była zawsze cenzurowana, dziennikarze byli korporacyjnymi funkcjonariuszami. Gdzieś w podtekście jest wielokrotnie, a właściwie prawie zawsze przytaczany mit zbrodniczej III RP, powstałej na skutek spisku Okrągłego Stołu. Kto zna publicystykę Bronisława Wildsteina, wie, że jego pogląd na to jest prosty i zdeklarowany; III Rzeczpospolita powstała ze spisku i jest bękartem, a ci którzy jej bronią – są w tym spisku. Nasz redaktor tworzy własny mit, mit odrzucony i przegranych, którzy przez te wszystkie lata nie mogli się wypowiadać, występować, ani w żaden sposób realizować. To oni właśnie mają monopol na określanie tego, co jest białe, aż do oślepienia blaskiem, a co jest czarną, ponurą dziurą.

Dziś mamy do czynienia z kolejną kampanią funkcjonariuszy III RP w dziennikarskich przybraniach. Gazety opublikowały sprawy, które kompromitują znaczących polityków partii rządzącej. Ci się bronią, jak umieją, i oskarżają służbę, która sprawę wykryła, o prowokację, a dziennikarzy o współudział. Okazuje się, że znajdują medialnych sprzymierzeńców, dla których problemami nie są skandaliczne konszachty liderów partii rządzącej z szemranymi biznesmenami, nie jest przeciek, który pali śledztwo w tej sprawie, nie są dziwacznie nieudolne i naruszające reguły próby sprzedaży stoczni, nie – dla nich problemem jest ujawnienie tych spraw.

Nie, problemem nie jest ujawnienie korupcyjnych związków polityków z biznesem, czy nieudolności urzędników państwowych. Problemem jest to, jak to się robi i jak ma to mieć cel. Dla Wildsteina jest jednoznaczne, że ci, którzy bronią praw polityków do obrony i przedstawienie całego obszaru działań administracji w sprawie stoczniowej, to funkcjonariusze mediów. Natomiast ci, jak dziennikarze „Wprost” i „Rzeczpospolitej”, wykorzystywani przez Mariusza Kamińskiego i CBA jako megafony w walce politycznej, na rzecz Prawa i Sprawiedliwości, to białe gołąbki dziennikarstwa, niosące prawdę i li tylko prawdę… Kompletne pomylenie pojęć służby i zadań dziennikarstwa, szczególnie w kontekście dobra społecznego i państwa.

Pisząc tak manipulacyjny artykuł, Wildstein kompletnie abstrahuje od kontekstu działań CBA i Kamińskiego, w ogóle nie bierze pod uwagę tego, jak informacje zdobyte zostały następnie wykorzystane przez niego dla zrobienia polityczno-medialnego zamieszania. Słynna już tarcza antykorupcyjna, założona przez rząd Tuska miała służyć ochronie – a ona właśnie przez niego została wykorzystana jako źródło przecieków.

Mam wrażenie słuchając i czytając Wildsteina, że on strasznie nienawidzi III RP. Ma do tego prawo jako człowiek – choć nie rozumiem dlaczego do Polski wrócił z emigracji. Ale gorsze jest to, że tą nienawiścią szczepi swoją pracę , swoje teksty, a co za tym idzie – infekuje również swoich czytelników, odbiorców.

Wynika to z tego, że dla niego i części jego kolegów z „Rzeczpospolitej” najważniejsze jest to, aby całym swoim aparatem pojęciowym obalić mit sukcesu Polski minionego dwudziestolecia. Począwszy od tego, że teoria spisku służb specjalnych PRL i ich tajnych współpracowników ciążyła ponad belwederskim stołem, poprzez to, że “patriotycznej” opozycji zamknięto usta, aż do tego, że ponoć krępowano swobodę dyskusji i dostęp do polityki i społeczeństwa.

I każdą sytuację wykorzystuje, aby swoją teorię dalej rozpowszechniać. Po płaszczykiem walki o rzetelność dziennikarską.

Azrael

Ta bezwstydna jawność

————————————–

Opublikowane na portalu Moje opinie.pl


12 Comments

  1. petrel

    Wildsteina nie czytam, nie oglądam, nie słucham. Nie interesują mnie ludzie patrzący za własnym tyłkiem w przeszłość. Interesują mnie wyłącznie tacy, którzy patrzą kostruktywnie w przyszłość. Pewien typ ludzi już tak ma, że ich pojawienie się na ekranie powoduje mimowolny odruch zmiany programu. Amen.

    Odpowiedz
  2. Roman Strokosz

    Mowi sie ze Polak jest madry po szkodzie,samolubny i pompatyczny w chwili najmniejszego sukcesu.Bronisla Wildstein stara sie stworzyc swoj wizerunek na wzor i podobienstwo jie wiadomo kogo.Kogos nim wyimaginowanego, ale zaraz potem odkrywa swoje prawdziwe „ja” czyli po czesci rewizjonisty, po czesci altruisty.Tam, gdzie trzeba mowic o prawdzie odwoluje sie do historii, a tam, gdzie lepiej przemilczec bladzi i szuka odpowiedzialnych gdzie indziej.Stara sie byc prawdziwy ale zamienia sie w kameleona i z lekkoscia zmienia barwy.Tak to sie utrzymuje na falii, a wlasciwie na linii i bazie sztuki prztrwania i nie narazania sie cenzurze politycznej tak jak Lis i jemu podobni.
    Obecne afery rozdmuchane i szermowane przez PiS niczym zwyciezski orez na drodze do odzyskania wladzy.Potrzeba ujawniania prawdy przez swiat medialny jest przez wszystkich elementem oczekiwanym, jednakze, jezeli dzinnikarze nie tyle co ujawniaja prawde, co raczej trzepia piane polityczna sprowadzaja swoja dzialanosc do kunktatorstwa na rzecz zachowania egzystencjonalizmu w swiecie mediow.
    O Wildsteinie juz Azraelu byla dyskusja na Twoim blogu i chyba nikt z nas nie wniesie nic ciekawego i nowego.To czy Wildstein jest guru , raczej hym dyskutowal.On sam raczej zyczyl by sobie tego.Jest mu jednak daleko.Najwieksza jest jednak sztuka plywanie pod prad rwacej rzeczki, a tego wildstein nie umie i unika.Wildstein to taki ktos nikt szczegolny – niczym Migalski w swiecie ekspertow od wszystkiego.

    Odpowiedz
  3. Ezyrr

    Podobnie oceniam Wildsteina. Jego casus przypomina mi trochę przypadek Michalskiego. Też emigranta lat 80-ch. Pytasz, dlaczego wrócił do III RP, skoro jej tak nienawidzi. Wrócił, bo sobie inaczej ją wyobrażał. Jego prawo. Nie był tu, kiedy opozycja usiadła do stołu z komunistami. Cnoty w ten sposób nie stracił i uważa, że nadal ją posiada. Do tego jest szczególnie ubogacony przyjaźnią z Pyjasem. Starał się doprowadzić do wyjaśnienia tej sprawy. Kiedy wyszła sprawa Maleszki, wszystkie elementy puzzle’a już mu się ułożyły i innego obrazu za cholerę nie zobaczy. Mnie nie tyle drażnią jego poglądy, co manipulacje, których się dopuszcza.

    Odpowiedz
  4. Azrael,
    Jeśli dobrze zrozumiałem Twój tekst to:

    1. źle się stało że media ujawniły informacje o aferze hazardowej i stoczniowej
    2. źle że zwykli ludzie dowiedzieli się jak Chlebowski rozmawia ze swoim kolesiem i co mu obiecuje czy o tym jak naginano zasady przetargu aby przepchnąć niewiarygodnego oferenta
    3. media gdy dostają coś od służb specjalnych lub polityków nie powinny tego publikować nawet jeśli jest to materiał prawdziwy który zainteresuje całe rzesze czytelników
    4. sprawy korupcji, nieetycznego zachowania w kręgach rzadowych nie powinny być wyciągane na światło dzienne. Należy je zamieść pod dywan lub załatwić w ciszy. Źle się stało że zwykli obywatele się o tym dowiedzieli
    5. Opozycja w żadnym wypadku nie może być informowana o przekrętach ekipy rządzącej
    6. Sprawy prywatyzacji należy załatwiać po cichu, bo jak mawiał Jan Kulczyk guru „etycznych” prywatyzacji z lat 90tych „wielkie pieniadze lubią ciszę”. O ewentualnych nieprawidłowościach społeczeństwo nie powinno być informowane bo nadużyłoby to zaufanie do władzy.
    7. zwykli obywatele są od tego aby być lemingami. Nie powinni wiedzieć zbyt dużo.

    Tak zrozumiałem główne postulaty Twojego tekstu…

    Odpowiedz
  5. Jiima

    @P2005
    Nie będę się bawiło w wytyczanie głównych tez twojego wpisu, chociaż można by zmanipulować je tak samo. W zasadzie bawią mnie fanatycy – co nie jest białe, jest czarne, albo jesteś po jednej stronie rzeki albo po drugiej, rzeka ma grubość 0 i nie da się na niej stanąć.

    Owszem, materiały ujawnione przez me(n)dia są nieciekawe. Nie dlatego, że pokazują jakąś potworną korupcję, czy cosik w tym stylu. Raczej, że nasz (nie)rząd składa się (o czym żem wiedziało już od jakiegoś czasu) z kompletnych przygłupów – może nie na miarę takich tuzów bezmózgowia jak np. „Meleks” Karski, ale marna to pociecha. „Afera hazardowa” pokazuje, że niestety lobbing (bo w zasadzie nie ma mowy o żadnej korupcji, no chyba że wzorem swojego ideała Ziobro uważasz, że skoro nie złapano ich z pieniędzmi to *dowód* na to, że pieniądze przekazano innymi kanałami) w Polsce nadal uprawia się na zasadzie „załatw mi bo cię lubię / gram z tobą w squasha / jesteś fajny, mądry i w ogóle masz świetnego brata”. Lobbysta musi iść na obiad czy tenisa z prezydentem, ministrem czy kimś takim i być jego kumplem. W efekcie „lobbing” to brzydkie słowo w Polsze, śmierdzi nepotyzmem, Republiką Lamblii (jak ktoś pamięta to opowiadanko Lema) i innym syfem, by nie rzec wręcz po prawicowemu „UKŁADEM”. Tymczasem w cywilizowanych krajach są lobbyści i jest lobbing, czasem przybiera nieciekawe formy, ale uznaje się go za część życia publicznego. Problem w tym, że lobbyści działają jawnie lub pół-jawnie i widać co robią.

    Druga „afera”, ta z biznesmenami co złapali katar, pokazuje kolejną głupotę. Widać jak na dłoni, że Panowe Arabowie byli faworyzowani nie dla tego że mieli kasę (no, chyba że coś prezydenccy ministrowie załatwiali na boku, bo w przypadkowe loty tym samym prywatnym czarterem nie wierzę) tylko dlatego, że ściemniali, że będą budować statki. Tymczasem różne guzikiewicze grozili wręcz wojną domową jeśli statków nie będzie. Rząd przejął się statkami i wybrał idiotycznie, bo każdy zdrowy na umyśle analityk mówił, że statków dziś produkować się nie da – znaczy się da, ale nikt zdrowy na umyśle za nie nie zapłaci. Na pocieszenie ministrom zostało wadium, mogą kupić za nie ananasa.

    Trzecia „afera” to ujawnienie tych materiałów. Super-hiper-tajnych i łamanych na poufne. To już kiepski żart, ale od jakiegoś czasu (nie pamiętam odkąd, ale nasilenie zjawiska zbiegło się ze zwycięstwem PiS) najprostszym sposobem na zapewnienie ogólnokrajowego obiegu jakiejś informacji jest przybić stempelek „tajne”. Jeśli tylko tajne, po kilku dniach będą o tym pisać nawet w Abu Dhabi. Jeśli „ściśle tajne”, będą o tym pisać w przeciągu godzin od postawienia stempelka. I to właśnie zastanawia…

    Odpowiedz
  6. Khair el-Budar

    Drogi Azraelu jestem ciekaw Twojej opinii na temat „spektakularnych” zysków wyniesionych przez SLD z sojuszu medialnego z PiS. Ciekawi mnie, czy uważasz, że Pati Koti bedzie teraz chroniła także Napieralskiego – z taka zaciętością jak robiła to w stosunku (nie da się ukryć owych stosunków) do Zbysia Ziobry.

    Odpowiedz
  7. Valdo

    Do grupy ludzi milujacych prawdy Wildsteina nie naleze.Poniewaz mam tylko dwa polskie kanaly telewizyjne, kiedy widze Bronka pzelaczam na drugi.

    Odpowiedz
  8. Valdo

    winno byc..przelaczam.przepraszam

    Odpowiedz
  9. zbiluk

    Palestrino2005 ! Odnoszę silne wrażenie , graniczące z pewnością , że nic nie zrozumiałeś ! Ale niektórzy tak mają .
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  10. Dr_Grzyb

    Bardzo trafna analiza tekstu Pana Bronka. Pan Bronek w istocie chwali się, że opublikował treści uprzednio wyselekcjonowane i przygotowane specjalnie na tą okazję przez agenta Tomka lub kolegę agenta Tomka. No miło, tylko że ja nie chcę aby to agent Tomek decydował, za pośrednictwem Pana Bronka, o tym, kto w tym tygodniu okazał się aferzystą a kto „zatroskanym Ojcem Narodu”. Jest całkiem wyraźna różnica pomiędzy rolą, jaką odegrali dziennikarze w ujawnieniu afery Watergate w USA, a popisami rodzimych „asów” dziennikarstwa śledczego, prowadzonych na smyczy CBA. Cała sprawa jest bardzo groźnym precedensem, bo jeżeli agent Tomek upewni się że to „działa”: Hak + kontrolowany przeciek + dyspozycyjny dziennikarz = zmiana rządu, to ja przepraszam, ja chcę z tego tramwaju, zwanego pożądaniem władzy, wysiąść. Bo jak mawiał klasyk zamordyzmu: dajcie człowieka, a odpowiedni paragraf zawsze się znajdzie… I żeby wszystko było jasne (pozdrowienia dla Palestriny2005): Dobrze że CBA pozyskało wiedzę o niejasnych, korupcyjnych poczynaniach ludzi władzy – źle (to łagodne określenie), że tą wiedzę, w sposób oczywisty, wykorzystało w rozgrywce politycznej, do której zaproszono również Pana Bronka…

    Odpowiedz
  11. Grzegorz

    @Palestrina
    …ty jesteś mądry inaczej, czy tylko takiego udajesz???
    Piszesz: „(…)media gdy dostają coś od służb specjalnych lub polityków nie powinny tego publikować nawet jeśli jest to materiał prawdziwy który zainteresuje całe rzesze czytelników”
    *
    Służby specjalne nie są do tego, coby przekazywać ściśle tajne, tub choćby tajne materiały mediom. Jeśli jest coś na rzeczy, jest odpowiedni tryb i droga prawna.
    Zgodzę się, że nie zawsze ta droga doprowadza do wyników zgodnych z poczuciem ‘ludowej sprawiedliwości’.
    Ale do prawdziwej sprawiedliwości, czyli sprawiedliwej oceny czynów i i ich skutków nie prowadzi medialny lincz.
    Zbyt często się bowiem okazywało (i w RP III i RP IV i RP IIIa), że medialnie zlinczowany po wielu latach ‘dochodzenia sprawiedliwości’ okazywał się czysty jako lelija.
    Ale wtedy to już pismaków nie interesuje.
    I jak czytam, że ta czy owa redakcja ‘dotarła’ do materiałów z przesłuchania, które się odbywało dzień wcześniej, to mi się nóż w kieszeni otwiera.
    Bo takie ‘docieranie’, to wyłącznie efekt gierek różnych – może politycznych, może korporacyjnych.
    A prawo społeczeństwa do informacji jest na bardzo dalekim planie.
    I dlatego w każdym przypadku, kiedy redakcja jakakolwiek ‘dociera’ do materiałów oznaczonych gryfem ‘tajne’, natychmiast powinno być wszczynane szczegółowe dochodzenie.
    Nie w stosunku do dziennikarzy, lecz osób mających obowiązek zabezpieczenia tajnych dokumentów.
    Przypomnę może tylko, ile miesięcy spędził w prokuraturach i sądach Janik, kiedy w trakcie rozgryzania ‘afery Rywina’ okazało się, że podręcznego notesu (nie miał gryfu ‘tajne’), w którym zapisywał sobie rozmowę z Kulczykiem nie deponował w tajnej kancelarii, lecz go miał w domu.
    A Janik z zapiskami swoimi do pismactwa nie poleciał.

    Odpowiedz
  12. Grzegorz

    PS.
    Na rewelacjach ‘ze służb’ przejechał się nawet tak szczwany lis jak Urban, który za wiarygodne przyjął informacje o ‘lojalce’ kaczki, a potem się musiał z tym borykać przez kilka lat.
    Nie mówiąc już o dwójce dziennikarzy Rzepy (Marszałek i Kittel), którzy za cykl swoich publikacji, które zniszczyły publicznie Szeremietiewa nawet ‘prestiżową’ nagrodę dziennikarską dostali, a po kilku latach okazało się, że wszystko, co napisali na podstawie teoretycznie ‘tajnych’ informacji nie jest niczym więcej niż medialną KISZKĄ.

    Odpowiedz


Add Your Comment