
Czy mamy do czynienia z aferą podsłuchową? Czy podsłuch dziennikarzy Cezarego Gmyza z „Rzeczpospolitej” i Bogdana Rymanowskiego z TVN24 jest przestępstwem?
To tylko część pytań, jakie się rodzą w tej sprawie. Prosta odpowiedź brzmi – nie, prawo nie zostało, w tym elemencie sprawy złamane; służby, ABW, w tej cześci podsłuchu procesowego miały prawo do podsłuchiwania dziennikarzy, którzy korzystali z telefonu legalnie inwigilowanego Wojciecha Sumlińskiego.
Całość sprawy ma jednak wymiar wielopłaszczyznowy. Oczywiście, dla bezpośrednio zainteresowanych najważniejszą sprawą jest bezpośrednie działanie służb, które nagrywały ich rozmowy (choć możemy założyć, że nie nagrywano innych ich rozmów, prowadzonych poza sprawą Sumlińskiego – jak dotąd tych informacji nie mamy). Ta operacja służb jest „zła”. Z kolei operacja ujawnienia materiałów z podsłuchu operacyjnego CBA (afery hazardowa i stoczniowa) są „dobre”, ponieważ… nie dotyczą dziennikarzy, lecz polityków. W związku z tym nie ma możliwości oskarżania służby i Mariusza Kamińskiego o działania niezgodne z prawem, ponieważ nie dotyczyło to „żywotnego interesu” dziennikarskiego.
Tu dotykamy materii dla dziennikarzy wielce niewygodnej; Sprawy symbiozy służb dziennikarskich i służb specjalnych, w wielu przypadkach nawet wspólnego działania w sprawach interesu określonych grup politycznych (nie dotyczy to literalnie pp.Gmyza i Rymanowskiego). Przypomnijmy, że to właśnie sprawa Sumlińskiego jest klinicznym przykładem „zblatowania” służb i mediów.
Przypomnimy – ABW, na polecenie Prokuratury Krajowej weszła 13 maja 2008 roku jednocześnie domu dziennikarza Piotra Bączka, członka komisji weryfikacyjnej i rzecznik Antoniego Macierewicza, a także dziennikarza gazety „Głos”, dr Leszka Pietrzaka, innego członka tej komisji, Aleksandra Lichockiego, pułkownika służb specjalnych PRL oraz Wojciecha Sumlińskiego – dziennikarza „Wprost” i „Gazety Polskiej”.
Akcja ABW była także elementem szerszej sprawy, zmierzające do wyjaśnienia działania agentury służb specjalnych w środowiskach dziennikarskich, oraz kontrolowanych przecieków z ABW i IPN do mediów.
Osnową całej sprawy był raport pełniącego przez trzy miesiące obowiązki szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, pułkownika Grzegorza Ryszki, który trafił na biurko ministra Klicha i premiera. Raport miał ponad 600 stron, na jego podstawie zostały podjęte decyzje wewnętrzne w ABW i złożone stosowne wnioski do prokuratury. Sprawa ta miała najwyższy priorytet i jest prowadzona przez Prokuraturę Krajową i ABW – dla zachowania szczelności postępowania. To ma wykluczyć tak popularne za poprzedniego rządu przecieki do mediów „niezależnych”.
Sumlińskiemu postawiono wiele zarzutów, w tym zarzut łapówkarstwa, łącznie z Aleksandrem Lichockim, zarzut przewłaszczenia wielu tajnych dokumentów.
W trakcie majowych przesłuchań ABW w mieszkaniach Sumlińskiego i jego rodziny zabezpieczyła wiele dokumentów sugerujących jego korupcję, w tym handel aneksem raportu Antoniego Macierewicza. Pod wpływem prawicowych mediów i jazgotu polityków PiS – nie zdecydowano się wtedy na wniosek o jego tymczasowe aresztowanie. Pomimo, że oskarżenie, o tym, że Sumliński obiecał wykreślenie (przy pomocy Lichockiego) nazwiska jednego z oficerów WSI z aneksu, za kwotę 200.000 zł – wyglądał bardzo poważnie.
Prokuratura po trzymiesięcznym dochodzeniu, zdecydowała się jednak na wystąpienie o tymczasowy areszt dla Sumlińskiego, i po apelacji w sądzie okręgowym, uzyskała taką zgodę. Sąd, po analizie materiałów stwierdził, że materiał dowodowy zebrany przez prokuraturę wskazuje na duże prawdopodobieństwo, że Sumliński popełnił zarzucane mu przestępstwa.
Sumliński miał otrzymać postanowienie sądu, jednak nie czekał na nie i następnego dnia udał się do Kościoła Stanisława Kostki, na Żoliborzu (parafii księdza Popiełuszki…) i podciął sobie żyły. Dzień wcześniej miało dojść do rozmów telefonicznych, pomiędzy Gmyzem i Rymanowskim, podsłuchiwanych przez ABW.
Sumliński przed próbą samobójczą nie omieszkał zostawić na portalu niezależna.pl listu otwartego, o tym jakoby cała sprawa był prowokacją służb specjalnych.
Warto ten list przeczytać. Można się z niego dowiedzieć, jak ten stosunkowo niepozorny człowiek głęboko i bezkrytycznie wszedł w życie służb, jak był przez nie traktowany – jak był przez nie prowadzony. Sumliński w liście tym opisuje sprawy, które zapewne wielu jego byłych i obecnych kolegów dziennikarzy nie chciałoby, aby ujrzały światło dzienne. Nie wiem, czy Rafał Kasprów, lub Jan Piński są zadowoleni z odkrycia przez Sumlińskiego kulis ich pracy.
Sumliński bezkrytycznie przyjmował wiedzę, serwowaną mu przez byłych oficerów jeszcze PRL-owskiego WSW, WSI, czy ABW. Nie ukrywa przyjaźni z wieloma z nich, z Aleksandrem Lichockim, jak sam twierdzi, łączą go relacje daleko przekraczające stosunki informator – dziennikarz.
Panowie Gmyz i Rymanowski są w tej sprawie ofiarami i jednocześnie beneficjentami całego układu środowiska dziennikarskiego, które ze służbami specjalnymi jest w symbiozie.
Problem jest jednak dużo poważniejszy. To kwestia tego, jak służby specjalne (byłe i obecne) manipulują przez podstawionych (albo naiwnych dziennikarzy) opinią publiczną. I co z tym idzie – także politykami. Media bezkrytycznie i bez żadnych zahamowań współpracują ze służbami, robiąc za stacje przekaźnikowe. Korzystanie z podsłuchów, informacji ze służb, z kopii teczek to norma i codzienność polskich mediów.
Jest w tej sprawie także oczywiście druga strona, czyli wykorzystanie materiału podsłuchowego do prywatnego procesu wiceszefa ABW, ppłk. Mąki w rozgrywce z „Rzeczpospolitą”. Jak słusznie zauważył w jednym z wywiadów były marszałek Sejmu, Ludwik Dorn, doszło do porozumienia pomiędzy ABW a prokuraturą w sprawie udostępnienia stenogramów podsłuchów. Niezależnie od tego, czy prawo zostało złamane, czy nie, jest to bardzo groźny precedens. Udostępnienie materiałów operacyjnych w procesie cywilnym funkcjonariusza służb specjalnych jest po pierwsze nadużyciem stanowiska, po drugie, ze strony prokuratury, nierównoważnym traktowaniem stron postępowania. Nie zachodzą w tej sprawie żadne „szczególne okoliczności”, ponieważ ppłk. Mąka jest w sprawie wytoczonej „Rzeczpospolitej” tylko obywatelem. Oczywiście zasadne są również pytania oprzetrzymywanie i archiwizowanie materiałów z podsłuchów osób niezaangażowanych w śledztwo.
Już przy sprawie przecieków CBA, pisałem, że premier Donald Tusk ma niepowtarzalną szansę zrobienia porządku, organizacyjnego i prawnego ze służbami specjalnymi. Sprawa ich nowego przyporządkowania i kontroli, jak widać po ostatnich kilku tygodniach, jest żywotną sprawą polskiej demokracji. Zrobienie audytów służb jest tylko pierwszym krokiem. Dużo ważniejszym problemem jest poddanie ich na nowo kontroli. Szczególnie w sprawach wrażliwych, takich jak systemy podsłuchów.
Azrael
————
Materiał opublikowany na portalu mojeopinie.pl









Boże, jak ja nie lubię takiego dwugłosu.
Dla jednych ostatnie „afery” to najpoważniejsze przekręty w dziejach III RP.
Dla drugich przeważnie, to tylko słabe pierdy, z których nic nie wynika.
John Cooper ! – dosc jednoznacznie zgadzam sie z Pana pogladem . Rzeczy samej sa to ” pierdy” lub inaczej klocki, ktorymi ktos sie stara sie zbudowac wlasciwy w jego odczuciu obraz lub pole bitwy.Ja to jednak nazywam innymi slowami.jest to jeden wielki skandlaiczny burdel, ktory sklada sie z burdeli skorumpowanych, korumpujacych sie i tej reszty zaledwie porazonej burdelowym ladem. Nie chce oszczedzac tu ani Tuska ani Kaczysnkich ani wielu innych obecnych disiaj na swieczniku. Nie o take Polske chyba wlaczylismy w latach 80 tych i wczesniej, by dzisiaj polykac gorzkie kaskie prawdy o tym jacy rzeczy samej jestesmy my Polacy. Chyba latwo sobei dac odpowiedz na to, dlaczego nas w swiecie nie lubia i nie szanuja.
Czyz nie tak Szanowny John Cooper?????
No jest tak.
Z jedną małą, ale istotną poprawką. Prokurator udostępnił nie materiały operacyjne ale materiały procesowe. A to zasadnicza różnica. To miał prawo zrobić. Nie ma tu złamania prawa.
Całkowicie zgadzam się natomiast z oceną środowiska dziennikarskiego. Bez cienia skrupułów bronią ludzi ze swego środowiska, albo już skazanych prawomocnym wyrokiem (słynna kompromitacja z zamykaniem się w klatce), albo takich na których ciążą bardzo poważne zarzuty kryminalne. Dziennikarze z redakcji służących za „drukarki” służb i ich tuby, chodzą w glorii, napuszając się jak pawie w glorii chwały środowiska. Niestety, pojęcie „czwartej władzy” wielu z tego środowiska uderzyło do głowy. Czasami zastanawiam się, czy przypadkiem nie mamy do czynienia z mafią dziennikarską.
Szanowny KATON!
W dniu dzisiejszym mozemy smialo mowic o uwarunkowaniach szeroko rozumianej egzystencji , jako prawach dzungli.Zgnoic,zabic, dobic,skomrpomitowac.Dziennikarzy dzisiaj mamy wszedzie.Jeden ze znanych mi aktorow w rozmowie prywatnej powiedzial mi, ze coraz powazniej boi sie, iz i w miejscach publicznych takich jak ubikacje sa podgladani i podsluchiwani.KTo chce, jak chce, czym che, gdzie chce zaczyna szukac sensacji i stad sie biora rozne podsluchy niesankcjonowane niekontrolowane i inne dzialania naruzajace swobody danej ejdnostki.To, co jest czynione w imieniu prawa, wynikajace z sankcji prokuratorskich jest czyms zupelnie innym i tego komentowac nie nalezy.
Dzungla bezprawia, niekontrolowanych swobod dzialania szczegolnie prasy jest czyms nader istotnym w dniu dzisiejszym i wymagajacym okreslonych regulacji prawnych i sankcji.
Tak zwana umowna ” czwarta wladza” nie moze stanowic legitymacji do bezprawia w niby imieniu prawa.To jest bzdura i chamstwo w jednym
Polecam – http://balsamlomzynski.blox.pl/2009/10/429-Podsluch-mily-sercu.html
Wydaje mi się, że w tej sprawie ABW stosując podsłuchy przeciwko dziennikarzom miało rację w przypadku jeżeli chodziło o wykrycie źródeł przecieków. Jakiej służbie ochrony można zaufać jeżeli w jej szeregach dochodzi do przecieków. Według mojego kolegi z pracy ci którzy dopuszczają się tego rodzaju przecieku są po prostu zdrajcami, którzy zagrażają innym zaangażowanym w walkę z przestępczością. Zresztą biorąc pod uwagę, że coś takiego jak dziennikarstwo śledcze w Polsce nie istnieje, gdyż dziennikarze nie są w stanie zdobyć samodzielnie żadnych materiałów jeżeli ktoś im ich nie podsunie to ci panowie Rymanowski i cała reszta powinni być wdzięczni ponieważ w ten sposób istnieje szansa, że w końcu dziennikarze zaczną wykonywać swoją robotę a nie będą popaprańcami i marionetkami służb.