
3. listopada 2009 roku to ważny dzień dla Unii Europejskiej i całej Europy. Choć nie jest to dzień świąteczny, ani radosny. Raczej dzień ulgi.
Dawid Cameron, lider brytyjskich konserwatystów, którzy najprawdopodobniej w czerwcu przyszłego roku wygrają wybory do Izby Gmin, zapowiedział, że nie zostanie rozpisane ogólno brytyjskie referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Uznał, że jest już „pozamiatane” i robienie sztucznej atmosfery walki o „niezależność” mija się z celem. Polscy eurosceptycy utracili ostatnią nadzieję na to, że tak przez nich wulgarnie określany „Eurokołchoz” się załamie. Nic z tego, ale przecież Cameron, według polskich standardów plasuje się na lewej stronie Platformy Obywatelskiej…
Koniec ponad 1,5 rocznej zabawy o ratyfikację i przyjęcie Traktatu Lizbońskiego odbył się formalnie w czeskiej Pradze, dokładnie o godzinie 15.00. Prezydent Vaclav Klaus, po decyzji czeskiego Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł zgodność Traktatu Lizbońskiego z czeską Konstytucją, podpisał dokumenty ratyfikacyjne. Choć uczynił to, jak zaznaczył to w swoim oświadczeniu, z ciężkim sercem, traktując decyzję czeskiego trybunału jako presję polityczną. Poddał się jednak prawnej procedurze, uznającej, że Traktat Lizboński za zgodny z czeską ustawą zasadniczą.
Wbrew niektórym opiniom, nie należy traktować sytuacji, w jakiej znalazł się Vaclav Klaus jako klęski. Czeski prezydent, nie tyle eurosceptyk, co polityk konsekwentny, stanowczy i niezmienny w swoich poglądach, uważał Traktat Lizboński za prawo ograniczające suwerenność jego kraju. Tu oczywiście konieczna by była szersza dyskusja, jakie korzyści, i jakie straty, z oddania części suwerenności i prawodawstwa na rzecz Unii Europejskiej są do przyjęcia dla danego narodu. Klaus uważał, że korzyści są niewspółmierne do strat – przeciwnie do większości swych rodaków. Ci sami Czesi jednak uznali jego szczerą postawę i bezkompromisową walkę o swoje wartości za godne poparcia. Ot, kolejny czeski paradoks… Choć mniejszy, niż zachowanie polskiego „kolegi” Klausa, Lecha Kaczyńskiego, który warunkował złożenie swojego podpisu ratyfikacyjnego… interesami Irlandczyków. Tam paradoks – tu, w Polsce, wykorzystanie TL do rozgrywek partyjnych i wyborczych braci Kaczyńskich.
Unia Europejska westchnęła, ale był to płytki oddech. W wyniku walki o ratyfikację Traktatu Lizbońskiego, słabych prezydencji czeskiej i szwedzkiej i oczywiście kryzysu ekonomicznego, Europa straciła 1,5 roku. Straciła dynamikę, siłę sprawczą dalszej integracji, stała się słabszym partnerem dla USA i Rosji. Ratyfikacja i przyjęcie TL (co nastąpi w dniu 1. grudnia) to początek nowej fazy integracji, nasilenie walki z kryzysem ekonomicznym, powołanie przewodniczącego Rady Europejskiej (już zwanego prezydentem…) i koordynatora polityki zagranicznej. Jednak nie nie formuły i nowe twarze administracji unijnej są tu najważniejsze.
Należy pamiętać, że wejście w życie TL wzmocni pozycję i rolę Parlamentu Europejskiego, dając mu przede wszystkim silne prerogatywy legislacyjne – dla 27. państw UE. Należy także pamiętać, że celem wprowadzenia traktatu jest usprawnienie działań instytucji unijnych. Te dwa elementy pozwolą na zwiększenie decyzyjności całej Unii Europejskiej, zarówno w sprawach polityki zagranicznej, jak i bezpieczeństwa, a przede wszystkim – gospodarki. Nie zapominajmy, że TL to dokument reformujący prawo istniejące w UE, a teraz dopiero przyjdzie czas na poważniejsze zmiany.
Europa jednak nie zostawiła wszystkich problemów za sobą – jest w dalszym ciągu na początku integracji. To zadanie na najbliższe ćwierć wieku.
Azrael




Najnowsze komentarze