Święto Niepodległości i Partia Zagranicy

Polacy nie potrafią ŚWIĘTOWAĆ. Polacy muszą przeżywać, rozpamiętywać, udowadniać swoją wyjątkowość. Konieczne jest podkreślanie naszej unikalnej i unikatowej roli w historii Europy i Świata. Konieczne musi to zostać zaakcentowane przy pomocy słów wielkich – PATRIOTYZM, HONOR (razem ze słowem BÓG), NARÓD. I oczywiście – podkreślenie martyrologii.

Polskie świętowanie polega na przypominaniu klęsk. Nic z radości, żadnego dystansu.

Szkoda, że przy Święcie Niepodległości nie pamięta się i nie akcentuje tak ważnej, szczególnie dla Francuzów i Brytyjczyków rocznicy krwawej I Wojny Światowej. Polska powstała z polskiej determinacji odzyskania niepodległości – i z krwi przelanej na frontach całej Europy. Warto wspomnieć, że 11. listopada Francuzi i Niemcy świętują wspólnie. A zaproszenie Angeli Merkel i Władimira Putina na rocznicę wybuchu IIWŚ zostało określone jako kontrowersyjne…

Polskie święta narodowe trzeba pamiętać, nie w imię miłości do Ojczyzny, ale w imię szacunku, dla barwy narodowej, flagi, godła i pamięci Polaków. Tylko, że nie koniecznie trzeba przy tym nienawidzić. Ostatnio wśród Genetycznych Patriotów modne jest porównywanie „wolności” II RP do zniewolenia III RP – głównie przez Unię Europejską.

Polska „miłość do Ojczyzny” często u Genetycznych Patriotów łączy się z nienawiścią do tego, co nie polskie, a w szczególności – co europejskie. To jest takie modne wśród Genetycznych Patriotów zaliczanie wszystkich, którzy nie podzielają ich poglądów do Partii Rosji, Partii Niemieckiej, generalnie Partii Zagranicy.

Continue Reading →

Berlin Berlinem, a prezydent u górali…

Z dużą przyjemnością oglądało się wczorajsze zdarzenie z Berlina, związane z rocznicą obalenia Muru Berlińskiego. Pomimo deszczu i chłodu, pod Bramę Brandenburską przyszły tysiące ludzi i przyjechało tysiące turystów. Nie dla polityków, którzy obficie zjechali do stolicy zjednoczonych Niemiec, ale dla siebie, dla poczucia jedności i wspomnień tamtego wspaniałego wydarzenia sprzed 20 lat.
Niemcy pokazali, jak się obchodzi tego rodzaju rocznice i jakie z tego wyciąga się profity dla wizerunku kraju. Mało osób w Polsce zapewne wie, że data 9 listopada ma znaczenie dla Niemców podwójne. Nie jest to tylko symboliczna rocznica zjednoczenia BRD i DDR, ale również rocznica jednego z wielu dni hańby niemieckiej – Nocy Kryształowej (Kristallnacht) z roku 1938, wstydliwego dnia pogromów i mordów Żydów. Dlatego ten dzień nie będzie nigdy świętem narodowym… ale polityczna narracja pozwoliła na przykrycie tamtych wstydliwych czasów.

Niemcy, w dalszym ciągu podzieleni co do efektów zjednoczenia, na zewnątrz pokazują jedność. Jedność narodową i poczucie tożsamości – także europejskiej. I ile by Polacy nie przypominali, że obalanie komunizmu zaczęło się w Polsce (czego nikt nie neguje), to jednak wszyscy pamiętają, że kulminacja nastąpiła w Berlinie. Lech Wałęsa i „Solidarność” zostaną ważnymi elementami tego procesu, ale symbolem jest właśnie Mur w Berlinie.

Continue Reading →

Rok 1989 – rok demokracji

Jeżeli się przejrzy kalendarium roku 1989, to można zauważyć, ze był to rzeczywiście rok. gdzie demokracja budziła się do życia na nowo. Nie tylko w zresztą w Europie.
Pamiętamy krwawe wydarzenia na Placu Niebańskiego Spokoju w Pekinie, w Polsce nie odbiły się one tak szerokim echem, ponieważ dla nas ważniejsze były wybory czerwcowe. Na początku tego roku w Paragwaju został obalony dyktator, Alfredo Stroessner, pobratymca Pinocheta. Ale rzeczywiście – Europa była centrum Świata w tamtym roku.

Polacy przypominają, że zaczęło się to u nas, w Polsce, od rozmów Okrągłego Stołu i wyborów do parlamentu w czerwcu, a w rzeczywistości zaczęło się w sierpniu roku 1980, do „Solidarności”. A może i wcześniej, kiedy Karol Wojtyła został papieżem. Wszystko to jest oczywiście prawdą, ale prawdą cząstkową. I tak jak Mur Berliński inaczej wyglądał ze strony zachodniej i wschodniej, tak samo oceny różnych nacji, polityków i komentatorów, co do tego, kto i w jakim stopniu przyczynił się do upadku muru dzielącego totalitaryzm od demokracji, są różne. Jedni stawiają na pierwszym planie rolę Watykanu i antykomunistycznego papieża, który miał inspirować Ronalda Reagana, inni wskazują, że to właśnie amerykański prezydent był mocą sprawczą wpierania opozycji demokratycznej – a przede wszystkim – wykończył ekonomicznie Związek Radziecki. Nikt także nie zaprzecza, że gdyby nie to, że w ZSRR zaczął rządzić Gorbaczow, ze swoją pierestrojką i głasnostią, to sprawy mogłyby się potoczyć inaczej. A jak mogłyby – to pamiętamy z węgierskiego października roku 1956, a namiastkę mieliśmy w grudniu tegoż 1989 roku w Rumunii.

Niemcy jednak sami obalili mur, we własnym interesie narodowym. Już od października 1989 roku, od ostatniej wizyty Michaiła Gorbaczowa w DDR, i od manifestacji w Lipsku, gdzie ponad 70. tysięcy Niemców przemaszerowało przez miasto (dokładnie miesiąc przez symboliczną datą obalenia Muru), wiadomo było, że to najbardziej inwigilowane i zastraszane społeczeństwo obudziło się. Potem okazało się, że aparat partyjny SED i służb bezpieczeństwa, bez radzieckiego wsparcia, oddał pole bez walki. Próba, która miała być wentylem dla niezadowolenie społeczeństwa, zakończyła się przekłuciem balonu – Niemcy w rok później stały się jednym państwem. Guenther Schabowski, który „otworzył” mur, nie był demokratą – był nieudolnym komunistycznym aparatczykiem. I plan modernizacji enerdowskiego wersji realnego socjalizmu, zakończył się wprowadzeniem demokracji. I tak właśnie swój byt zakończyła w Niemczech marksistowska dialektyka, ponieważ okazało się, że nie ma żadnych sprzeczności, jest tylko jeden kierunek – demokratyzacja. Moskwa doszła do tego dopiero dwa lata później.

9 listopada jest jednak dniem najważniejszym w procesie demokratyzacji i łączenia Europy. To data symboliczna, bo w tym dniu nie tylko połączyli się Niemcy, ale zaczął się prawdziwy proces integracji europejskiej. To święto całe Europy.

Azrael

Nord Stream, czyli jak się nie robi biznesu

W jednym z materiałów przeczytanych w internecie znalazłem sformułowanie, że polska polityka zagraniczna była i jest w dalszym ciągu, niestety, podporządkowana „polskiej racji stanu”.

Ponieważ wszystkie zewnętrzne działania Polski, polityczne, gospodarcze i bezpieczeństwa, były prowadzone w imieniu i w interesie owej „racji stanu”, okazuje się, że tenże interes na wszystkich frontach jest co najmniej zagrożony.

Nord Stream, bałtycki gazociąg międzynarodowego konsorcjum (nie jest to już od dawna projekt tylko niemiecko-rosyjski) powstanie i będzie docelowo miał możliwość pompowania dwoma rurami 55 mld m3 gazu rocznie – o ile Rosjanie uruchomią nowe złoża syberyjskie, ale biorąc pod uwagę stabilizację na rynku surowcowym, będą mieli ku temu środki. Także z Unii Europejskiej. Wszystkie prawne i organizacyjne problemy, czyli zgoda państw skandynawskich, zostały w ciągu ostatnich tygodni usunięte. Ostatnie dwa kraje, Szwecja i Finlandia wyraziły zgodę na położenie rur na w swoich strefach ekonomicznych. I tylko pewne wątpliwości natury ekologicznej ze strony Estonii pozostają do wyjaśnienia.

Czy dopięcie projektu Nord Stream jest polską porażką, dlaczego polskie sprzeciwy, wysuwane od lat były tak nieskuteczne? Tak, jest to polska porażka, prestiżowa, dyplomatyczna i gospodarcza. Więcej – porażka, którą Polacy sami sobie zafundowali.

Przedstawiano ten projekt jako inicjatywę rosyjsko-niemiecką, o wyraźnym odcieniu politycznym, służącą tylko interesom tych dwóch państw. Jest to bzdura. Już w roku 2006 Parlament Europejski uznał, „że Nord Stream jest projektem infrastrukturalnym o szerokim politycznym i strategicznym wymiarze zarówno dla UE” (decyzja 1364/2006/WE).

i dalej

„biorąc pod uwagę rosnące uzależnienie UE od ograniczonej liczby źródeł energii, dostawców i szlaków transportowych, istotne jest wspieranie inicjatyw zmierzających do większej dywersyfikacji, zarówno geograficznej, jak i poprzez rozwój trwałych alternatyw”.

Continue Reading →

Wojna krzyżowa jest niepotrzebna

Kilka dni temu Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasbourgu orzekł, że we Włoszech krzyże powinny zniknąć z miejsc publicznych, oraz szkolnych klas. To wyrok nie tylko ważny, ale również precedensowy i może stać się on przyczyną lawinowego składania podobnych wniosków z innych państw Europy, także z Polski.

Oczywiście ten wyrok odbił się w naszym kraju szerokim echem – jak się można spodziewać w państwie, w którym ponad 90% obywateli przyznaje się do wiary katolickiej, a jeszcze więcej występuje w oficjalnych statystykach wiernych. Nie oznacza to wcale, że w Polsce odbędzie się poważna i szeroka debata na temat, czy symbole religijne powinny opuścić przestrzeń publiczną, czy nie. Dlaczego nie będzie takiej dyskusji? Ponieważ w Polsce nie odbyła się jeszcze żadna ogólnospołeczna debata na temat zasad, praw i obowiązków państwa demokratycznego i z drugiej strony, praw obywateli. To jest przed nami.

Wynika to z tego, że Polacy nie szanują swojego państwa i praw w nim obowiązujących, z Konstytucja na czele. Prawo i jego przestrzeganie jest czymś, co jest obok polskiego życia społecznego, z czego mało kto zdaje sobie sprawę. Gdyby poszanowanie dla prawa rzeczywiście było normą, to obywatele by robili wszystko, aby nie było tolerowane jego łamanie. Ale my wszyscy, jak jeden mąż uważamy, że przymknięcie oka na drobne sprawy, przestępstwa, szwindle, jest nieszkodliwe.

Gdyby było inaczej, obywatele, w tym właśnie głównie katolicy, powinni zwrócić uwagę na to, że neutralność światopoglądowa i wyznaniowa nauczania powinna być przestrzegana rygorystycznie, dla dobra edukacji młodzieży. Ale społeczeństwo samo pozwoliło sobie nałożyć kaganiec i wprowadziło lekcje religii, nie religioznawstwo, do przestrzeni publicznej, jaką jest szkoła państwowa. I Kościół Katolicki, mający taką przewagę, nie dopuszcza do nauki i rozpowszechniania w tej przestrzeni poglądów krytycznych wobec niego.

Pluralizm religijny i światopoglądowy w Polsce się przebija do świadomości. Pomimo tego, że instytucje państwowe, a to głównie dzięki politykom, i to nie tylko, niestety, prawicowym, są powiązane i uległe instytucjom kościelnym. Jednak demokracja jest siłą, która się przebija do świadomości nowych, niezindoktrynowanych katolicyzmem pokoleń.

Jeżeli obywatele pozwolili wejść Kościołowi w obszar państwa, a nie dotyczy to tylko szkolnictwa, ale także np. służb mundurowych, to trudno im teraz będzie w Polsce podjąć krucjatę przeciwko krzyżom. Tym bardziej, że siła katolicyzmu skrajnego, fundamentalnego w Polsce rośnie. I jeżeli dodatkowo Kościół Katolicki jest wspierany przez instytucje państwowe, jeżeli następuje symbioza instytucji kościelnych i administracji państwa – rozpoczynanie wojny o krzyże w przestrzeni publicznej jest de facto wojną z państwem.

Mówi się czasem, że fundamentem Polski jest katolicyzm. Że właśnie religia była spoiwem narodowym. Ma być to podstawa cywilizacyjna Polaków. Ale tak naprawdę w demokracji podstawą państwa jest prawo. I wywodzi się ono z prawa rzymskiego, a w krótszym okresie, z czasów napoleońskich. A od momentu, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej, dominantą staje się prawo unijne, z Europejską Kartą Praw Człowieka.

Już więc niedługo powstaną w naszym kraju inicjatywy i ruchy, które będą potrafiły wykorzystać prawa, jakie obywatelom dała integracja z Unią Europejską. I to już wkrótce stanie się fundamentem nowoczesnego społeczeństwa polskiego.

Nie warto teraz walczyć o zdjęcie krzyży w Sejmie, urzędach państwowych, szkołach. Za niedługi czas państwo samo to uczyni. Bo będzie to jego obowiązek wobec obywateli. Także katolików.

Azrael

Czytanki (nie)oszołomów – 7. października 2009

Dziś w cyklu nieregularnym polecam nie jeden ciekawy wpis blogowy, ale od razu cały blog. Prowadzi go p. Marta Śmigrowska, („Zmiany klimatu a sprawa polska”) a poświęcony jest sprawom klimatycznym.
W kontekście nowych regulacji unijnych, dotyczących spraw ochrony klimatu, a przede wszystkim gorącej, nomen omen, dyskusji o globalnym ociepleniu – warto na bieżąco śledzić te sprawy. Pani Marta robi to profesjonalnie, ale przystępnie. Warto!

————————————————————————-

Pali się moja panno! Polska perspektywa w bojach o klimat


Ludzie mają prawo wiedzieć więcej o negocjacjach klimatycznych. Dlaczego? Bo to ważna gra, jak nam to kiedyś pięknie wyśpiewał Edmund Fetting.

Postaram się rzucić światło reflektora na najważniejsze z polskiego punktu widzenia elementy negocjacyjnej układanki. Istotne niezależnie od tego, czy jesteśmy za, czy przeciw ochronie klimatu.

W negocjacjach klimatycznych mamy swoje miejsce i swój interes. Będą wielkie inwestycje, poważne koszta i wielkie zyski.

Tym bardziej dziwi, że polscy politycy nie pochylają się nad polityką klimatyczną z odpowiednią czułością. Stawia nas to obok Rosji, która również zachowuje się, jakby nie zdawała sobie sprawy z wagi i nieuchronności zmian. A Rosja, jako eksporter paliw kopalnych, na polityce klimatycznej mocno straci…

W wielkiej klimatycznej polityce nasi rządzący budzą się z letargu raz na chwilkę, wyruszają do Brukseli („bo Unia znów coś tam grzebie przy klimacie”), grożą wetem, uzyskują ustępstwa (lub tylko mgliste obietnice), wracają i ogłaszają sukces.

Gaszą pożar. Nie wiedzą jednak, gdzie się pali i dlaczego. Nie pali się w Brukseli – my sobie w ramach Unii z transformacją energetyczną damy radę. Obgadamy, poblokujemy, damy radę. Palić się będzie na szczycie w Kopenhadze i później, jeżeli nie uda się uzgodnić dobrego porozumienia klimatycznego. Bo wg najrzetelniejszych gremiów naukowych emisje powinny osiągnąć szczyt i zacząć spadać nie później niż w roku 2020. Potem będzie znacznie trudniej i znacznie drożej.

A media? W mediach rwetes. O la Boga! Unia chce usiąść wielkim zadkiem na naszym skromnym budżecie! Jest barwnie, dramaturgicznie, ale społeczeństwo nie dowiaduje się, co tak naprawdę się w tej Kopenhadze wydarzy. A ludzie mają prawo wiedzieć.

Continue Reading →

Oranie ugoru, czyli komisja hazardowa

Już podliczono, że właśnie powołana nowa, specjalna komisja do wyjaśnienia tak zwanej afery hazardowej, jest ósmą tego rodzaju instancją sejmową. To jak na warunki demokracji parlamentarnej, która powinna odkrywać, wyjaśniać i piętnować nieprawidłowości życia politycznego naszego kraju, wynik nie najciekawszy. W kolebce demokracji, choć jakby się przyjrzeć z bliska, dość specyficznej, Stanach Zjednoczonych, liczba działających komisji Kongresu i Senatu idzie w dziesiątki. Część z nich ma nawet status stałych komisji śledczych. I choć od czasu uruchomienia pierwszej komisji minęło niespełna siedem lat, żadna z nich nie zrealizowała w pełni swoich założonych celów.

Panuje opinia, że komisja rywinowska „przeorała” polską scenę polityczną i zmieniła spojrzenie na zasady funkcjonowania organów państwa, ich relacji z mediami i biznesem, a także w pełni odkryła patologie podskórne działań polityków i lobbystów. Jest to jedna z największych bzdur, jakie słyszę, coś w rodzaju swoistego mitu miejskiego, a właściwie sejmowego. Tamta komisja, sprawnie zarządzana i kierowana przez Tomasz Nałęcza zdrapała tylko wierzchnią warstwę gliny i błota z ugoru politycznego, wcale nie naruszając głębi gleby i działających w niej robaków, pasożytów, kretów… i innych żywotnych – także żywotnych, splecionych ze sobą interesów polityków, biznesmenów i mediów. Komisja rywinowska zmieniła doraźny układ sił politycznych, pozwoliła obozowi postsolidarnościowemu dojść do władzy, ale nic nie zmieniła w strukturze i mechanizmach politycznych. A jak pokazała praktyka, czyli skandaliczny tryb przyjęcia tak zwanego raportu Ziobry przez Sejm, oraz wyroki sądowe uniewinniające i oczyszczające Aleksandrę Jakubowską i Leszka Millera – również nic nie wyjaśniła i nie odkryła. Tak zwana „grupa trzymająca władzę” ma się dobrze, teraz trzyma media. Miałem niewątpliwą przyjemność odbyć swego czasu długą rozmowę z byłym premierem, Leszkiem Millerem – i wiem, że sedno sprawy Rywina, „i czasopism”, a przede wszystkim problemu TVP, nie zostało nawet naruszone…

Continue Reading →

Czas na Radka Sikorskiego?

Rangę Polski w relacjach amerykańskich najlepiej jest ocenić po tym, jak została przyjęta w Stanach Zjednoczonych niemiecka kanclerz, Angela Merkel. Amerykanie zaprosili ją do wystąpienia przez połączonymi izbami Kongresu i Senatu, jako drugiego polityka niemieckiego w historii, po Konradzie Adenauerze. Została przywitana i pożegnana owacją, a jej 40-minutowe wystąpienie zostało przyjęte więcej niż gorąco. Merkel była podejmowana nie tylko jako przywódca polityczny Niemiec, ale również jako przywódca Europy. I tak właśnie w pamięci Amerykanów to dzień 9 listopada 1989 roku, rocznica upadku Muru Berlińskiego, będzie dniem obalenia komunizmu…
Trudno uznać wizytę polskiego ministra spraw zagranicznych, Radosława Sikorskiego za udaną, jeżeli się uzna, że najważniejszy punkt wyjazdu nie został zrealizowany, a do tego stało się to w sposób, który trudno nie uznać za afront. Sikorski w trakcie trzydniowego pobytu w Waszyngtonie odbył kilka ważnych spotkań, m. in. z Johnem Kerrym, wpływowym politykiem Demokratów i szefem komisji spraw zagranicznych Senatu, czy generałem Jamesem Jonesem, doradcą Baracka Obamy od spraw bezpieczeństwa. Odbyło się też kilka ważnych dyskusji i spotkań, jako to w instytucie Brookings, poświęcone Partnerstwu Wschodniemu, czy spotkaniu z szeroką grupą amerykańskich kongresmenów.

Ważne te spotkania jednak tracą na blasku i znaczeniu w zderzeniu z tym, jak Sikorski został potraktowany przez swojego partnera, sekretarz stanu, Hilary Clinton. Polski szef MSZ pojechał do Stanów Zjednoczonych głównie po to, aby potwierdzić, że kurtuazyjna i turystyczna wizyta amerykańskiego wiceprezydenta Johna Bidena w Polsce jest początkiem paktu o partnerstwie strategicznym obu państw. Okazało się jednak, że Clinton wybrała spotkanie w Maroku z egipskim prezydentem, Hosni Mubarakiem, nad kilkadziesiąt minut rozmowy z szefem polskiego MSZ… Dialog strategiczny pomiędzy Polską i USA nie został podjęty…

Continue Reading →

Zapiski zza Atlantyku – 5. października

Miedzy nami poligamistami


USA to kraj, w którym mimo istniejącego prawa pozwala się na wiele dziwnych sytuacji, które udowadniają, że Amerykanie są bardzo skomplikowanym narodem składającym się z różnego rodzaju ugrupowań oraz sekt. Utah, Colorado, Arizona słynące z gór, kurortów, oraz niesamowitych widoków, są miejscem zamieszkania największych komun poligamistów w USA. Są to komuny, które rządzą się swoimi własnymi prawami, nie pozwalając nikomu z komuny na własne niezależne życie. Władze stanów Utah oraz Colorado od lat próbują udowodnić poligamię istniejąca w tych komunach, ale z braku dowodów oraz świadków nie były w stanie zbyt wiele zrobić. Sytuacja młodych kobiet oraz mężczyzn w tych komunach jest szczególnie trudna. Liderzy oraz członkowie zarządu tych sekt maja tak dużo żon, że młodzi mężczyźni stanowią dla nich zagrożenie. Jako rezultat wielu z nich jest wyrzucana z komun i pozbawiona rodzin oraz warunków to życia. Młode i nieletnie kobiety nie maja prawa wyboru męża, są zmuszane do małżeństwa oraz współżycia z często o wiele starszym od siebie mężczyzną.

Raymond Jessop, lider jednej z największej komun poligamistów w Teksasie, został zaaresztowany i oczekuje na proces, który ma się rozpocząć w tym miesiącu. Jessop posiada 9 żon, przy czym trzy z nich to byle żony jego własnego brata. „The Yearning for Zion” w Eldorado, w Teksasie, zajmuje ogromny teren tego obszaru. Jessop, „wybraniec” Boga, zmuszał 12-15 letnie dziewczynki do tzw. „duchowego „ małżeństwa ze starszymi mężczyznami. W stanie Teksas, seks z dziewczynka poniżej 17 roku życia jest uważany jako gwałt. Władze najechały na komunę po telefonie od nastolatki, która zeznała, że była zmuszona do małżeństwa ze starszym od siebie o wiele lat mężczyzną, który miał już kilka żon. Władze odebrały około 430 dzieci z komuny, wyrywając je często z rąk matek i postawiły zarzuty gwałtu i poligamii liderowi tej komuny.

Continue Reading →

Europa odetchnęła

3. listopada 2009 roku to ważny dzień dla Unii Europejskiej i całej Europy. Choć nie jest to dzień świąteczny, ani radosny. Raczej dzień ulgi.

Dawid Cameron, lider brytyjskich konserwatystów, którzy najprawdopodobniej w czerwcu przyszłego roku wygrają wybory do Izby Gmin, zapowiedział, że nie zostanie rozpisane ogólno brytyjskie referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego. Uznał, że jest już „pozamiatane” i robienie sztucznej atmosfery walki o „niezależność” mija się z celem. Polscy eurosceptycy utracili ostatnią nadzieję na to, że tak przez nich wulgarnie określany „Eurokołchoz” się załamie. Nic z tego, ale przecież Cameron, według polskich standardów plasuje się na lewej stronie Platformy Obywatelskiej…

Koniec ponad 1,5 rocznej zabawy o ratyfikację i przyjęcie Traktatu Lizbońskiego odbył się formalnie w czeskiej Pradze, dokładnie o godzinie 15.00. Prezydent Vaclav Klaus, po decyzji czeskiego Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł zgodność Traktatu Lizbońskiego z czeską Konstytucją, podpisał dokumenty ratyfikacyjne. Choć uczynił to, jak zaznaczył to w swoim oświadczeniu, z ciężkim sercem, traktując decyzję czeskiego trybunału jako presję polityczną. Poddał się jednak prawnej procedurze, uznającej, że Traktat Lizboński za zgodny z czeską ustawą zasadniczą.

Wbrew niektórym opiniom, nie należy traktować sytuacji, w jakiej znalazł się Vaclav Klaus jako klęski. Czeski prezydent, nie tyle eurosceptyk, co polityk konsekwentny, stanowczy i niezmienny w swoich poglądach, uważał Traktat Lizboński za prawo ograniczające suwerenność jego kraju. Tu oczywiście konieczna by była szersza dyskusja, jakie korzyści, i jakie straty, z oddania części suwerenności i prawodawstwa na rzecz Unii Europejskiej są do przyjęcia dla danego narodu. Klaus uważał, że korzyści są niewspółmierne do strat – przeciwnie do większości swych rodaków. Ci sami Czesi jednak uznali jego szczerą postawę i bezkompromisową walkę o swoje wartości za godne poparcia. Ot, kolejny czeski paradoks… Choć mniejszy, niż zachowanie polskiego „kolegi” Klausa, Lecha Kaczyńskiego, który warunkował złożenie swojego podpisu ratyfikacyjnego… interesami Irlandczyków. Tam paradoks – tu, w Polsce, wykorzystanie TL do rozgrywek partyjnych i wyborczych braci Kaczyńskich.

Unia Europejska westchnęła, ale był to płytki oddech. W wyniku walki o ratyfikację Traktatu Lizbońskiego, słabych prezydencji czeskiej i szwedzkiej i oczywiście kryzysu ekonomicznego, Europa straciła 1,5 roku. Straciła dynamikę, siłę sprawczą dalszej integracji, stała się słabszym partnerem dla USA i Rosji. Ratyfikacja i przyjęcie TL (co nastąpi w dniu 1. grudnia) to początek nowej fazy integracji, nasilenie walki z kryzysem ekonomicznym, powołanie przewodniczącego Rady Europejskiej (już zwanego prezydentem…) i koordynatora polityki zagranicznej. Jednak nie nie formuły i nowe twarze administracji unijnej są tu najważniejsze.

Należy pamiętać, że wejście w życie TL wzmocni pozycję i rolę Parlamentu Europejskiego, dając mu przede wszystkim silne prerogatywy legislacyjne – dla 27. państw UE. Należy także pamiętać, że celem wprowadzenia traktatu jest usprawnienie działań instytucji unijnych. Te dwa elementy pozwolą na zwiększenie decyzyjności całej Unii Europejskiej, zarówno w sprawach polityki zagranicznej, jak i bezpieczeństwa, a przede wszystkim – gospodarki. Nie zapominajmy, że TL to dokument reformujący prawo istniejące w UE, a teraz dopiero przyjdzie czas na poważniejsze zmiany.

Europa jednak nie zostawiła wszystkich problemów za sobą – jest w dalszym ciągu na początku integracji. To zadanie na najbliższe ćwierć wieku.

Azrael

Polityka odbiera rozum

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem dwa wywiady z byłym szefem klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej („Polska The Times”, wydanie weekendowe i „Newsweek”, poniedziałek) naszła mnie refleksja, że powiedzenie, że „Milczenie jest złotem” ma w sobie głęboką mądrość. Potem pomyślałem: czy przypadkiem polityka nie odbiera rozumu?! Po drugim czytaniu wzmiankowanych materiałów, już wiem – polityka odbiera rozum, a także instynkt samozachowawczy.
Odłóżmy na bok dywagacje o moralności i misji polityków; To są sprawy nad wyraz ważne i pożądane wśród polityków, ale występujące w Polsce mniej więcej tak często (w polskim Sejmie), jak jednorożce na łódce Noego. Jednak brak instynktu u polityka to już rzecz świadcząca o tym, że nie nadaje się on do uprawiania polityki, rozumianej w naszym kraju raczej jako gra interesów, a nie służba społeczna.

Nie wiadomo właściwie, dlaczego te wywiady zostały udzielone (zakładam oczywiście, że były one autoryzowane). W obu znajdziemy elementy, które nie działają na korzyść Zbigniewa Chlebowskiego, ale czytane zarówno wprost, jak i między wierszami, obciążają go jeszcze bardziej i oddalają od Platformy Obywatelskiej. Próby oskarżania swoich kolegów partyjnych, Janusza Palikota i Jarosława Gowina, jako zemsta za ich opinie o tym, że powinien zostać usunięty z partii – nie poprawiają jego wizerunku. Również nie bardzo potwierdzone insynuacje, że politycy innych opcji politycznych (w tym przypadku Ryszard Czarnecki z PiS i Jerzy Szmajdziński z SLD) spotykali się z Ryszardem Sobiesiakiem, nie czynią Chlebowskiego bardziej czystym. Wygląda to na szukanie na siłę usprawiedliwienia dla swojej działalności lobbingowej.

Continue Reading →

Niezależność Andrzeja Seweryna

Prawdziwy intelektualizm wiąże się również z niezależnością sądów i odwagą podejmowania decyzji. To oprócz umiejętności twórczej pracy i wykształcenia charakteryzuje ludzi wielkich. A Andrzej Seweryn jest nie tylko wielkim aktorem, ale i odważnym, niezależnym człowiekiem, tak odważnym, że w pewnym momencie potrafił zdusić jakże groźną i często dopadającą twórców przypadłość megalomanii.

Kiedy Seweryn znalazł się na emigracji we Francji, jego znajomość języka Moliera była praktycznie zerowa. Pierwsze role grał, ucząc się roli fonetycznie i na pamięć. Po latach, niewielu latach, jak na obcokrajowca, stał się stałym członkiem wielkiej narodowej sceny paryskiej, Comédie-Française, a także zaczął grać w filmach francuskich, niemieckich, brytyjskich.

Nie zniknął z polskiej sceny teatralnej i filmowej, wrócił na nią jednak już jako inny człowiek i artysta. Pokora, jakiej nauczył się we Francji czy przy pracy z Peterem Brookiem przy realizacjach teatralnych i filmowych „Mahabharaty”, pozwala mu na trzeźwą ocenę otaczającej go rzeczywistości i swojej w niej roli.

Andrzej Seweryn odmówił przyjęcie przyznanej przez Fundację Kino nagrody specjalnej im. Zbyszka Cybulskiego. W uzasadnieniu tej nagrody znalazły się bowiem słowa, że została mu ona przyznana teraz, ponieważ nie mógł jej dostać za czasów PRL.  Seweryn stwierdził krótko – „Nie czuje się ofiarą PRL”.

Decyzja Andrzeja Seweryna to nie tylko głos rozsądku, ale również świadectwo umiaru i pokory. Rzeczywiście, w czasach PRL nie uchylał się od demonstrowania swojej postawy, czy to jako student w trakcie wydarzeń Marca ’68 (był nawet aresztowany) czy w latach 70. Ale jednocześnie PRL pozwolił mu zabłysnąć wieloma rolami w teatrze, filmie i telewizji (zagrał w prawie 50 realizacjach telewizyjnych). Nie był sekowany przy wyjazdach zagranicznych, nie odmawiano mu paszportu służbowego. I dlatego uznał, że nie może się wywyższać ponad tych, którzy nie będąc sławni i znani, doznali w czasach realnego socjalizmu większych dolegliwości.

Postawa Seweryna zbieżna jest z postawą i samooceną swojej działalności marszałka Senatu, Bogdana Borusewicza, który kiedyś w jednym z wywiadów stwierdził, że kiedy zajął się działalnością opozycyjną, wiedział dlaczego to robi i na jakie ryzyko się decyduje, dlatego nie ma szacunku dla tych, którzy w związku z działalnością w podziemiu oczekują teraz od państwa specjalnych przywilejów i apanaży…

Andrzej Seweryn pokazał coś, co jest, niestety, unikalne wśród polskich elit. Nie chce być pomnikiem za to, czego nie dokonał, chce być szanowany i uznawany za to, że jest aktorem i intelektualistą. Nie jest mu zatem potrzebna aureola prześladowanego opozycjonisty.

Azrael

———–

Felieton ukazał się na stronie Wprost.pl


  • Facebook