Już jeden krótki tekst o książce Artura Domosławskiego, „Kapuściński non-fiction” napisałem, miałem jeszcze tej sprawie poświęcić trochę czasu. Ale ani nie jestem za bardzo do tego upoważniony, ani nie czytałem książki, w związku z tym oddaję głos dziennikarzowi „Newsweeka”, Piotrowi Bratkowskiemu, co i drogę Kapuścińskiego zna, ma tyle lat, że rozumie więcej, a do tego książkę Domosławskiego czytał. Mnie jego opinia przekonuje, że tę pozycję trzeba poznać i że na pewno nie zmieni ona mojego stosunku do osoby i twórczości Maestra.
—————————————————————————————————————————–
Biografia Kapuścińskiego: ani bajka ani lincz
Wiadomo już, że sąd oddalił wniosek o zakaz publikacji książki Artura Domosławskiego „Kapuściński non-fiction”. W całej sprawie wypowiadają się – czasem bardzo autorytatywnie – ludzie, którzy napisanej przez Domosławskiego biografii nie czytali. Ja akurat ją znam – i oto, co sądzę:
Dzieci lubią bajki. Gdy dorastają, przestają w nie wierzyć. To bywa bolesne.
Kiedyś jednak powtarzano, że bez tego bólu niemożliwa jest dorosłość. Ale świat się zmienił: dziś w cenie jest niedojrzałość. Dlatego i ludzie – ba, całe społeczeństwa – wolą bajki od prawdy. Bajka znieczula; prawda boli. I często – niepotrzebnie komplikuje świat, który najwygodniej jest postrzegać w prostych, zero-jedynkowych kategoriach.
Biograficzna książka Artura Domosławskiego „Kapuściński non-fiction” zdążyła już wywołać skandal, choć jeszcze nie ukazała się. I nawet nie wiadomo, czy się ukaże. Od jej wydania odstąpiła oficyna „Znak”, dla której początkowo była przeznaczona. Zaś gdy wydawnictwo „Świat Książki” ogłosiło, że planuje na 1 marca premierę biografii Kapuścińskiego, wdowa po pisarzu złożyła w sądzie pozew, domagający się zakazu rozpowszechniania książki. I dodatkowo żąda, by sąd – w celu zabezpieczenia powództwa – do czasu ogłoszenia wyroku wstrzymał jej dystrybucję.
O ileż byłoby piękniej i prościej, gdyby o zamieszaniu z książką Domosławskiego, dało się opowiedzieć w konwencji bajki! Na przykład takiej, w której po jednej stronie stałaby kobieta, strzegąca dobrego imienia zmarłego męża. A po drugiej – inkwizytorski lustrator lub brukowy pismak, gotowi wdeptać wielkiego pisarza w szambo, w imię fanatycznie wyznawanej ideologii lub własnej, mierzonej siłą medialnej sensacji kariery. Albo bajki odwrotnej, jak w przypadku głośnego filmu o firmie Amway, gdzie siły Dobra reprezentował poszukujący prawdy artysta, zaś potęgę Zła – strzegąca swych sekretów tajemnicza korporacja.
Niestety, tej historii nie da się opowiedzieć w podobnej konwencji. Za napisanie biografii Kapuścińskiego wziął się bowiem Artur Domosławski, zaś pierwszą osobą, której w posłowiu podziękował za pomoc przy jej napisaniu jest Alicja Kapuącińska, która dziś chce zablokować publikację książki. Domosławski to dziennikarz, który do autora „Cesarza” zwracał się „Maestro”, uważa się za jego młodszego przyjaciela i ucznia. I ma do tego prawo – łączą go z Kapuścińskim i wspólne dziennikarskie zainteresowania i podobne poglądy, lokujące się mniej lub bardziej na lewo od tego, co w dzisiejszej Polsce uchodzi za polityczne i intelektualne centrum. Co więcej: Domosławski jest reporterem i publicystą odległym i od obozu fanatyków lustracji i od żurnalistyki stabloidyzowanej, ignorującej w imię sensacji moralny wymiar dziennikarstwa, obojętnej na krzywdy jakie można poczynić w poszukiwaniu gorącego newsa. I jeszcze – dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, dla której Kapuściński jest jedną z ikon.
Na ile potrafię wejść w buty Domosławskiego, nie ma w nim najmniejszej chęci i potrzeby, by przy pomocy – przepraszam za brutalność – trupa „cesarza reportażu” leczyć własne kompleksy zawodowe. Opublikował cztery książki, z których co najmniej jedna – „Gorączka latynoamerykańska” – jest jednym z arcydzieł polskiego dziennikarstwa ostatniego dwudziestolecia. Zastosowanie przy kolejnej książce strategii skandalu jest mu kompletnie niepotrzebne.
Co więc się właścwie zdarzyło? Wyobrażam to sobie tak. W cztery miesiące po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego, Newsweek opublikował materiały, pochodzące z archiwów PRL-owskich służb specjalnych. Wynikały z nich dwie rzeczy. Po pierwsze, że pisarz – o czym warszawskie wróble ćwierkały od dawna – był przez kilka lat współpracownikiem PRL-owskiego wywiadu. Po drugie – że współpracował bez entuzjazmu, leniwie, nie wyrządzając tym krzywdy zasadniczo nikomu; na pewno: nikomu, kto był w zasięgu rażenia komunistycznych sił specjalnych.
Jednak było to w 2007 roku; w apogeum gorączki lustracyjnej. Przyjaciele Kapuścińskiego, tacy jak Artur Domosławski, musieli mieć świadomość, że fanów poltiyki „haków” nie interesują niuanse. W ich rękach „teczka” autora „Hebanu” (cokolwiek w niej było), mogła stać się polityczną amunicją w bieżących rozgrywkach, a przy okazji – posłużyć do wdeptania w błoto kolejnego autorytetu, nie kryjącego przecież swego obrzydzenia wobec obozu PiS-owskiego. Domosławski postanowił więc, sądzę, napisać prawdziwą biografię swojego mistrza, nie tylko dlatego że sama w sobie stanowiła fascynujący temat, lecz również po to, by zapobiec instrumentalnej interpretacji dwuznacznych faktów z życiorysu pisarza. Musiał wiedzieć, że porusza się po niezwykle grząskim gruncie, dlatego swoje podejrzenia i odkrycia starannie weryfikował, m.in rozmawiając ze świadkami opisywanych (albo przeciwnie: nieopisywanych) przez Kapuścińskiego zdarzeń: w Polsce, Angoli, Ugandzie czy Boliwii.
Odkrycia Domosławskiego dotyczą różnych sfer życia i twórczości autora „Chrystusa z karabinem na ramieniu”. I niekoniecznie najciekawsze są wśród nich te, które podwyższają poziom adrenaliny u wielbicieli historii agenturalnych. W tej akurat sferze Domosławski jedynie precyzyjniej dokumentuje – i potwierdza – to, co od kilku lat nie było tajemnicą. Hipokryzją byłoby też udawanie moralnego szoku po przeczytaniu, że Kapuściński, człowiek generalnie niezbyt zaradny życiowo, opanował w stopniu wybitnym umiejętność poruszania się w PRL-owskich labiryntach władzy. Miał wysoko postawionych protektorów, zmieniał ich w zależności od koteryjnych przegrupowań władzy, bez żalu porzucając przegranych. Jeśli nie wydaje się to nam estetyczne, warto sobie uzmysłowić, że w owych czasach była to cena niezbędna dla uprawiania zawodu zagranicznego korespondenta i reportera. Prawda jest brutalna: mógł Kapuściński podążyć w latach 60. ścieżką podobnie postrzegającego świat Jacka Kuronia: miałby dużo ładniejszy życiorys, ale my – o conajmniej kilka wybitnych książek mniej. Kto wierzy, że mogło być wtedy inaczej – wierzy w bajki.
Odkryte przez Domosławskiego niespodzianki są zatem gdzie indziej. W tym, że Kapuściński, postrzegany przecież przez lata przede wszystkim jako mistrz literatury faktu, do faktów właśnie miewał stosunek dosyć nonszalancki. Jedne tylko podbarwiał, aby nadać im więcej dramatyzmu, inne – wymyślał, poświęcając dziennikarską prawdę materialną na rzecz literackiego wzbogacenia narracji. Te zabiegi nie zmieniały sensu jego tekstów; po prostu u „cesarza reportażu” pisarska miłość do soczystej anegdoty bywała silniejsza od dziennikarskiej dbałości o fakty.
Podobnie konfabulował swój publicznie kreowany życiorys. Oczywiście – miał święte prawo do ochrony własnej prywatności i jego konsekwentne milczenie na temat życia osobistego dowodzi nawet chwalebnego braku ekshibicjonizmu (i jedynie z tej perspektywy rozumiem niechęć Alicji Kapuścińskiej do książki Domosławskiego). Po co mu jednak był, wymyślony po upadku komunizmu, ojciec, który rzekomo uciekł z transportu do Katynia? Być może rzeczywiście, jak spekuluje Domosławski, owe martyrologiczne korzenie miały być tarczą, chroniącą przed zarzutami o to, że przez większość dorosłego życia był Kapuściński lojalnym obywatelem PRL, że do stanu wojennego pozostawał członkiem PZPR, nieuleczalnie wierząc, że za kolejnym podejściem wreszcie uda się zbudować sprawiedliwy socjalizm, system – jak zasadniczo wierzył przez całe życie – lepszy od kapitalizmu?
Co jednak szczególnie ciekawe, kreując swój nie do końca zgodny z faktami publiczny wizerunek, Kapuściński nie musiał się specjalnie wysilać. To nie on wymyślił swą rzekomą zażyłość z „Che” Guevarą czy Patrikiem Lumumbą; ta informacja pojawiła się – przez nieporozumienie – przy okazji angielskiego wydania jednej z jego książek. Nigdy nie została sprostowana; ale też nikt nigdy nie spytał Kapuścińskiego, kiedy właściwie miałby się z oboma ikonami lewicowego Trzeciego Świata zaprzyjaźnić, skoro przybył – odpowiednio: do Ameryki Południowej i Afryki – już po ich śmierci? Po opublikowaniu we wrześniu ’80 głośnych „Notatek z Wybzreża”. Kapuścińskiego wykreowano niemalże na reporterskiego barda rodzącej się „Solidarności”. Nikt nie był ciekaw, że tamtym Polskim Sierpniem – który rzeczywiście go zafascynował – zainteresował się zawodowo początkowo z inspiracji swego dobrego znajomego, prowadzącego w Szczecinie negocjacje ze strajkującymi sekretarza KC Kazimierza Barcikowskiego. Nikt też nie zwrócił uwagi, że w ciągu następnego roku swoje polityczne nadzieje wiązał nie tyle z „Solidarnością”, co z zapomnianymi dziś oddolnymi ruchami reformatorskimi w PZPR (tzw. struktury poziome).
Artur Domosławski wyrzuca sobie w książce, że choć wielokrotnie rozmawiał z Kapuścińskim, nie zadał mu wielu istotnych pytań. Pocieszę go: nikt ich nie zadał. Od kiedy polską świadomością zbiorową zawładnął mit – bajka o „cesarzu reportażu”, nikt nie był ciekaw prawdziwego Kapuścińskiego. Jedni budowali pomnik, inni – szukali „haków” mogących ten pomnik rozłupać.
Mam (raczej gorzką) satysfakcję, że to co się stało z naszą recepcją Kapuścińskiego – i co dzieje się dziś z książką Domosławskiego – intuicyjnie przewidziałem. Nie mając wiedzy którą zdobył Domosławski i w momencie niesprzyjającym głębokiej refleksji nad rolą autora „Hebanu” w naszym życiu publicznym. Tuż po jego śmierci pisałem w Newsweeku, że „wcale nie oddajemy hołdu prawdziwemu Ryszardowi Kapuścińskiemu, lecz jego (…) wizerunkowi wielce dla nas wygodnemu, zwalniającemu od stawiania sobie trudnych, niewygodnych pytań”.
Teraz Domosławski w końcu postawił takie pytania. Z odpowiedzi, które znalazł, stworzył portret pełen fascynujących sprzeczności. Wiecznego rewolucjonisty, któremu często nieobcy był strach i wynikający z niego oportunizm. Człowieka, którego niemal wszyscy postrzegali jako empatycznego przyjaciela, a który potrafił traktować ludzi (partyjnych mentorów, bohaterów niektórych tekstów i – co najmniej sympatyczne – kobiety) w sposób instrumentalny. Bohatera jednego z największych polskich sukcesów literackich, cierpiącego na nieustanny kompleks niższości wobec „prawdziwych pisarzy”. Reportera, którego od faktów często bardziej pociągały efektowne zmyślenia.
To chyba ciekawsze niż komiks o nieustraszonym wojowniku? Tak, jeśli kogoś ciekawi dobrze udokumentowana i mocno złożona prawda o świecie, o innym człowieku. O człowieku wybitnym, który i swą siłę i swą słabość potrafił przekuć w znakomite pisarstwo.
Jednak w Polsce, którą już Stanisław Brzozowski nazwał „zdziecinniałą”, przeważają zwolennicy prostych bajek, w których można być albo bohaterem albo zerem. Domosławski właśnie zepsuł nam taką bajkę i zostanie, podejrzewam, za to przykładnie ukarany. Przez jednych za to, że zdjął bohatera z pomnika. Przez innych – bo zobaczywszy, że na cokole postawiono człowieka z krwi, kości i rozmaitych słabości, nie wdeptał go w błoto.
[Źródło: Blog Piotra Bratkowskiego ]




Wzbudziłeś moją ciekawość, chyba kupię książkę i dla znajomych tłumaczenia. Dziękuję ci za tekst o Kuroniu. Takich ludzi z marginesu prawdy, fikcji, wiary i nadziei znałem w PRLu wielu. Dzięki nim ten Kraj nie podzielił losu Litwy, Ukrainy, Bułgarii, Rumunii i innych skorumpowanych do cna nacji. U nas byli oni po obu stronach barykady. Dzięki nim mieliśmy „Odwilż”, Solidarność i Okrągły Stół. Dobrze, że ktoś o tym głośno mówi. Nie dziwię się, że współpracujesz z jednym z nich w Studiu Opinii.
Nie wszyscy żyjący w PRLu dzielili się na patriotów i zdrajców. W PRLu prawdziwym patriotycznym obowiązkiem było żyć normalnie mimo wszystko.
Pozdrowienia…
Tu nie chodzi o estetykę, tu chodzi o etykę!
…zapomniałem, że lewicowcom pojęcie „etyka” jest obce
Bratkowski napisał bardzo ważny tekst w polemice na temat Kapuścińskiego, Domosławski napisał książkę jaką uważał za stosowną. Trzeba ją zakupić i zapoznać się z nią. A wszystkim (tak jak mi osobiście) obraz Kapuścińskiego nie zostanie ani zaczerniony ani nie zapluty. Jeśli czyta się reportaże literackie to trzeba liczyć się z tym, że znajdzie się tam i prawda i fikcja.
Pozdrawiam