Rachunki Bronisława Komorowskiego

Mam dość poważny zgryz, jak ocenić wizytę kandydata Platformy Obywatelskiej w domu Barbary Blidy, w Siemianowicach Śląskich. Tym samym domu, w którym była posłanka lewicy zginęła w wyniku postrzału z pistoletu gazowego. Zginęła tragicznie, w obliczu funkcjonariuszy państwowych, a do dzisiejszego dnia nie jest do końca jasne, czy było to samobójstwo, czy zbieg okoliczności, które doprowadziły do niekontrolowanego strzału.

Sprawa wyjaśnienia śmierci Blidy ma pewne punkty styczne ze sprawą Krzysztofa Olewnika. W oby przypadkach mamy do czynienia z odpowiedzialnością organów państwa, które nie stanęły na wysokości zadania wyjaśnienia obu zdarzeń. Barbara Blida zginęła ponad 3 lata temu, w kwietniu 2007 roku, dochodzenie prokuratorskie w dalszym ciągu nie jest zamknięte, a komisja sejmowa powołana do wyjaśnienia wszystkich okoliczności nie zdołała nie tylko jeszcze dojść do jakichkolwiek konkluzji, ale przede wszystkim nie potrafiła poruszyć machiny państwa. Ta machina, blokada organizacyjna, prawna, urzędnicza powoduje to, że sedno sprawy, pokazanie mechanizmów, jakie doprowadziły do tego wypadku, nie zostało jeszcze ujawnione. I być może nie zostanie nigdy ujawnione.

Nie czas i miejsce na ukazanie całego zagadnienia od strony politycznej, odpowiedzialności poszczególnych grup politycznych za to, co się stało 25 kwietnia 2007 roku, w Siemianowicach Śląskich. Jest jednak faktem, że Bronisław Komorowski, który stoi na czele polskiego parlamentu od końca roku 2007, jest osobą współodpowiedzialną za to, że ta sprawa toczy się tak, że dziś nie jesteśmy dużo bliżej jej wyjaśnienia, niż wówczas, kiedy obejmował funkcję marszałka Sejmu RP. I stąd powinien czuć się w dwójnasób odpowiedzialność za wyjaśnienie sprawy do końca.

Continue Reading →

Gafy i błędy

Walka o wyborców każe kandydatom iść na kompromisy i szukać porozumienia ze środowiskami, do których im i ich formacjom bardzo daleko. Często wykracza to poza taktyczne porozumienia, jest to często łamanie sobie samemu kręgosłupa ideowego.

Obaj kandydaci, którzy pozostali w wyścigu wyborczym chcieliby by być zaliczeni do prawicy, i to raczej tej konserwatywnej. Dla obu wsparcie Kościoła katolickiego jest ważne, stąd spotkanie Bronisława Komorowskiego z metropolitą krakowskim, kardynałem Dziwiszem, stąd z drugiej strony otwarte popieranie przez Tadeusza Rydzyka i jego medialne hufce Jarosława Kaczyńskiego. Obaj jednak traktują i wsparcie Kościoła katolickiego i zasady wiary dość wybiórczo. Podobnie zresztą, jak interes społeczny.

W trakcie niedzielnej debaty Komorowski wyraźnie się opowiedział za sprawą dopuszczalności (i słuszności) stosowania metody zapłodnienia pozaustrojowego in vitro, co na pewno nie jest zgodne z linią Komisji Episkopatu Polski, z kolei Jarosław Kaczyński zdeklarował się jako twardy katolik, którego wiara nie pozwala na zajęcie w tej sprawie otwartego stanowiska. Szkoda, bo uchylanie się przed odpowiedzialnością w tej sprawie to polityczne tchórzostwo.

Jest i druga strona wypowiedzi Kaczyńskiego – jak jego stanowisko w sprawie in vitro i przywiązanie do katolicyzmu zamierza on połączyć z chęcią współpracy z lewicą laicką, a także z zapisami Konstytucji RP, szczególnie art. 31 i 32. To dość karkołomne.

Bronisław Komorowski popełnia (popełniał?) dużo gaf, przejęzyczeń, trochę śmiesznych, trochę strasznych. Ale nie traktuje wyborców (swoich i tych, których chce pozyskać) jak idiotów. A Jarosława Kaczyński niestety tak, choć jego polityczny zakon wyznawców zdaje się tego nie zauważać.

Continue Reading →

Nieprzekonani pozostali przy swoim

O tym, czy debata kandydatów do urzędu prezydenckiego przyniosła sukces, pokażą… badania telemetryczne. W czasie, kiedy trwała, w programie TVP2 rozpoczął się mecz Argentyna – Meksyk. To, ilu telewidzów przełączyło kanały, rezygnując z oglądania polityków, na rzecz meczu piłkarskiego, może być miarodajną oceną debaty. Bo przecież nie opinie sztabowców obu kandydatów, dla których ich podopieczni osiągnęli oszałamiające zwycięstwa.

Debata to z definicji dyskusja, która ma przynieść konkluzję, wspólną dla debatujących, to wymiana poglądów. Tą konkluzją powinna być wizja prezydentury – dla Polski, w interesie społecznym. Takiego rezultatu nie otrzymaliśmy. Raczej coś w rodzaju protokołu rozbieżności kandydatów do urzędu Prezydenta RP. Winni za organizację i przebieg debaty są członkowie sztabów obu kandydatów. Bali się oni, że interlokutorzy sobie nie poradzą, posypią się przed kamerami, na oczach milionów widzów. Sławomir Nowak ma na świeżo w pamięci gafy marszałka Bronisława Komorowskiego, jakie popełniał seriami już w tej kampanii, zaplecze Jarosława Kaczyńskiego ma zapewne w tyle głów porażkę, jaką poniósł w roku 2007 ich kandydat w starciu z Donaldem Tuskiem. Obie strony wolały więc przywiązać kandydatów do sztywnej formuły, niż pozwolić im na inwencję i interakcję. Dlatego najlepiej wypadły dziennikarki trzech stacji telewizyjnych, prowadzące ten z multiplikowany wywiad.

Bronisław Komorowski górował nad Jarosławem Kaczyńskim przygotowaniem, werwą i… demagogią. Odwoływał się do szczegółów, co mogło wywołać wrażenie konkretności i przygotowania, ale nie dało żadnego obrazu wizji prezydentury. Ale był bardziej energiczny, Kaczyński bardziej wycofany, mówił wolniej, trudniej dobierał słowa, zdarzyły mu się językowe lapsusy. Wyciszenie Kaczyńskiego, które jest znakiem jego kampanii było jednak sztuczne, kiedy dyskutowano o sprawie dochodzenia smoleńskiego. Aż prosiło się o rys bardziej osobisty w tym momencie…

Obaj kandydaci dużo obiecywali, szczególnie w sprawach, w których niewiele mają do zaoferowania, ponieważ wykracza to poza ich konstytucyjnego prerogatywy. W części dotyczącej polityki zagranicznej za to nie sprawdziły się specjalnie zadające pytania dziennikarki, tak, że ważne tematy nie zostały poruszone.

Obu polityków dobrze znamy od lat i nie zostały przed nami odkryte żadne pokłady nowych wartości, które mogłyby wpłynąć na głosujących. Po debacie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego ani o tym, jak sobie Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński wyobrażają swoje prezydentury, ani jaki mają program a pięć lat swojego urzędowania. Oznacza to, że obaj nie zrealizowali głównego celu tej debaty, czyli nie pozyskali nowego elektoratu, w tym elektoratu lewicowego. Również młodzież, biznesmeni, czy ludzie nauki nie znaleźli w debacie nic, co mogłoby ich przekonać do jednego, bądź drugiego kandydata.

Werdykt, że telewizyjne spotkanie zakończyło się wynikiem zero do zera, ze wskazaniem na Komorowskiego, za lepsze przygotowanie kondycyjne i techniczne, jest chyba uprawniony. Ale rozczarowujący. Wygranymi byli ci widzowie, którzy poświęcili swój czas na oglądanie Messiego…

Azrael

Głosować z obrzydzeniem

Zastosowanie norm moralności do współczesnej polityki nie ma sensu, chyba każdemu świadomemu obserwatorowi polityki nie trzeba tego specjalnie tłumaczyć. W dość dużym uproszczeniu moralność w tym segmencie można określić jako możliwość spojrzenia na siebie wyborcy i polityka sprawującego w jego imieniu urząd bez zbytniego absmaku. Moralność w swoje szczątkowej formie zostanie zachowana, kiedy polityk według nas zachowuje normy, których my sami byśmy nie przekroczyli. Choć tak naprawdę jest to już w polskiej polityce rzadkość…

Kilka dni przed pierwszą rundą wyborów prezydenckich ultrakonserwatywny kandydat, Marek Jurek, który swego czasu pryncypialnie opuścił szeregi Prawa i Sprawiedliwości, wezwał wyborców Jarosława Kaczyńskiego, aby zagłosowali na niego. Jego wezwanie podyktowane było tym, aby zablokować w ten sposób wzrost znaczenia lewicy, tak, aby nie stała się ona trzecią siłą polityczna w Polsce. Głosowanie na niego miało dać mu zwycięstwo nad kandydatem lewicy, Grzegorzem Napieralskim. Jak się to skończyło – już wiemy.

Ale ciekawsze jest to, co stało się później. Jak pamiętamy, Jarosław Kaczyński zaraz po ogłoszeniu przybliżonych wyników wyborów, po I. rundzie, zwrócił się do Napieralskiego z ciepłymi słowami, a kilka dni potem zaczął lewicę (i to nie tę solidarnościową bynajmniej…) kokietować. Wręcz unieważnił pojęcie postkomunizmu w życiu społecznym i politycznym. Co na to Marek Jurek, kandydat ideowy? Udzielił poparcia Jarosławowi Kaczyńskiemu i wezwał swoich wyborców do przerzucenia głosów na niego…

I zapewne wyborcy szefa Prawicy Rzeczpospolitej w części skorzystają z rady. Pójdą głosować. Z obrzydzeniem wrzucą głos do urny. Tylko te obrzydzenie będzie skierowane w którą stronę? Kaczyńskiego? Jurka? A może wyborcy powinni przed decyzją – iść na głosowanie, czy nie – spojrzeć w lustro? Aby nie czuć jednak później obrzydzenia do siebie?

Continue Reading →

Gra polityczna

Niezależenie od tego, jaki wynik osiągnie Jarosław Kaczyński w drugiej rundzie, może czuć się już zwycięzcą. Przegrałby swoją pozycję i pozycję Prawa i Sprawiedliwości na scenie politycznej, jeżeli Bronisław Komorowski wygrałby w pierwszej rundzie.

Donald Tusk zrezygnował z kandydowania na fotel Prezydenta RP, ponieważ perspektywa jego politycznej wizji wykracza poza doraźną sprawę najbliższych wyborów i splendoru stanowiska. Podobnie jest z Jarosławem Kaczyńskim, który rozgrywa grę nie o prezydenturę, ponieważ ma ona dla niego wartość tylko w kategorii pamięci brata, ale o pozycję swojej partii w wyborach – jesiennych, samorządowych i przyszłorocznych, parlamentarnych. I z tej perspektywy należy spojrzeć na jego kokietowanie lewicy. Od polityka należy wymagać skuteczności i pragmatyki, ponieważ najbardziej szczytna idea może być realizowana w demokracji tylko wtedy, kiedy polityk ma realny wpływ na państwo i jego instytucje. Idealiści, tacy jak Marek Jurek, który w ostatnich wyborach osiągnął 1,06% poparcia tak naprawdę szkodzą swoim ideom i je kompromitują.

Kaczyński zwracając się do lewicy, starając się zakopać podział polityczny, nakazując swoim akolitom zaprzestanie używania słowa „postkomuniści”, tak naprawdę nie wierzy, że przysporzy mu to znacznej liczby nowych głosów w wyścigu prezydenckim. Klasyczny podział lewica – prawica zanika, a rozkład głosów elektoratu jest zależny bardziej od czynników demograficznych, niż od ideowych. Na Jarosława Kaczyńskiego i tak nie zagłosuje te prawie 1,5 mln wyborców z dużych i średnich miast, które oddało głos na Grzegorza Napieralskiego, nie ma on czasu, aby przekonać ich do siebie. W drugiej turze chodzi tak naprawdę o jeszcze większe zmobilizowanie swojego elektoratu.

Continue Reading →

George Carlin 1937 – 2008

Kilka dni temu minęła 2. rocznica śmierci kogoś wyjątkowego – amerykańskiego komika George’a Carlina. Przypomnijmy…

George Carlin o religii

George Carlin – Życie po śmierci

Azrael

Zapiski zza Atlantyku – 24. czerwca

Generał

Magazyn muzyczny „Rolling Stone” to nie „The New York Times” czy „The Washington Post”, ale pracują tam dziennikarze, którzy nie przegapią tego, aby opublikować wywiad z głównodowodzącym sił zbrojnych w Afganistanie, któremu rozwiązał się język za bardzo, a który powinien zdawać sobie sprawę, że krytykowanie Prezydenta, polityków, czy sytuacji w Afganistanie przyczyni się do dużych problemów – i to nie tylko jego.

Od czasu przejęcia dowództwa w Afganistanie przez generała Stanleya McChrystal, Afganistan staL się bardziej sprawą USA, niż reszty członków NATO. Każde państwo NATO straciło swoich żołnierzy, ale Amerykanie najwięcej ponieśli ofiar śmiertelnych i najwięcej wydają na tę wojnę pieniędzy. McChrystal ma swój plan w Afganistanie, ma poparcie prezydenta Afganistanu, a spadek ofiar ludności tubylczej wynosi 40%, odkąd McChyrstal jest tu szefem. Generał ma 55 lat, lubi piwo Bud Light, a jego ulubionym filmem jest „Talladega Nights”. Nie lubi polityków, spotkania z nimi uważa za „f—— gay” zwłaszcza te przy obiedzie. Już dwa razy, Prezydent Obama krótko przykazał generałowi, aby zamknął „twarz”, ale generał nie lubi rozkazów od osób, które nie są wojskowymi. Według niego decyzje osób w sprawie wojny, które nie mają zaplecza wojskowego, są nierozsądne. Podważył i skrytykował opinie polityków z kręgu prezydenta.

Continue Reading →

Quo vadis, Grzegorzu?

Dobry wynik kandydata Sojuszu Lewicy Demokratycznej w I. rundzie wyborów prezydenckich był dla wielu zaskoczeniem. Zakładano, że Grzegorz Napieralski nie pobije rezultatu SLD z ostatnich wyborów parlamentarnych i jego wynik będzie jednocyfrowy. Okazało się, że było dużo lepiej, prawie 14% należy uznać za sukces. Tylko, że 3. miejsce jest dobre, ale nie jest to zwycięstwo. Nie jest to niestety dla Napieralskiego również silny mandat do przywództwa na lewicy.

Kampania Napieralskiego była dobra. Dobra marketingowo i formalnie, świetnie wyprofilowana pod młodego wyborcę, tego wyborcę, którego tak zlekceważył, zaniedbał sztab Bronisława Komorowskiego. Kandydat SLD doskonale rozpoznał target swoich starań, czyli tę część elektoratu, która już zapomina o PRL, nie działa na nią słowo „postkomuniści”, a do tego jest znużona spotem pomiędzy dwoma partiami quasi prawicowymi, PO i PiS. Dyskusjom o tym, czy wróci IV RP, czy wojna polsko-polska trwa dalej, ze sprawą smoleńską w tle, przeciwstawił lekką, popową kampanię uśmiechu, gry i lekkiej muzyki, miejscami uderzając w sprawy poważniejsze ludzi pracy i problemy natury światopoglądowej. Odebrał głosy Komorowskiemu. I teraz jest pytanie, czy je mu z powrotem odda. Stawia twarde pytania i problemy (stosunek do in vitro i jego finansowania, parytety i wprowadzenie Karty Praw Podstawowych), od których uzależnia formalne poparcie. Choć logika polityczna mówi, że tego poparcia otwarcie nie udzieli. Wystarczy, że zrobi to jego zaplecze, ustami Millera, Kalisza, Olejniczaka…

Szef SLD w kampanii walczył dla siebie i dla partii. Dla siebie, nie dla zwycięstwa wyborczego, ponieważ był świadomy, że nie jest możliwe, ale dla obrony swojej pozycji w partii. Podporządkował się interesom partii, doskonale zdając sobie sprawę, że gdyby przegrał, osiągnął słaby wynik, to walki i animozje frakcyjne pierwsze by uderzyły w niego.

Continue Reading →

Dostosować się, to znaczy przeżyć

Hitem pierwszego dnia powyborczego dla mediów, oczywiście po oficjalnym ogłoszeniu wyników I rundy wyborów prezydenckich przez PKW, jest wypowiedź prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego o zakończeniu ery postkomunizmu w Polsce. Przytoczmy te słowa, wypowiedziane na wiecu w Szczecinie (gdzie Kaczyński osiągnął najsłabszy wynik, a skąd także pochodzi Grzegorz Napieralski), ponieważ są one ważne, aby zrozumieć grę Kaczyńskiego.

My się nie boimy żadnych zarzutów. Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi, może i trochę jesteśmy. Ja już będę od dziś używał tego słowa, nie będę używał słowa „postkomunizm”, którego używałem

Słowa Kaczyńskiego można potraktować jako greps wyborczy, wiecowy, ale mają one znaczenie głębsze.

Jak możemy te słowa odczytać. Wieloznacznie. Możemy uznać, że przemiana Jarosława Kaczyńskiego jest większa, niż do tej pory myśleliśmy, większa nawet, niż nam to chcieli wmówić jest spece od kreowania wizerunku. Okazuje się, że szef formacji budowanej na programie przeciwwagi do porządku demokratycznego III RP nie tylko rezygnuje z budowy IV RP. On w myśl idei zakończenia wojny polsko-polskiej, którą przecież nie on wywołał (sic!), nie tylko przestał się identyfikować z własnym programem, budowanym przez lata, ale również jest gotów przyznać się do swoich lewicowych proweniencji. Idzie nawet dalej – jest gotów uznać, że postkomunizm nie jest niczym złym, ponieważ to przecież lewica. A jak lewicą jest i on, i jego formacja, to już możemy, Panie Napieralski, razem współpracować…

Continue Reading →

Przegrana Donalda Tuska

Wyniki po pierwszej rundzie wyborów prezydenckich są znane. I są zaskoczeniem, in minus, dla Platformy Obywatelskiej. Nie zakładano, jak sądzę, poważnie w sztabie Bronisława Komorowskiego, że zdobędzie on prezydenturę w pierwszej rundzie, ale liczono, że przewaga będzie na tyle duża, że druga runda będzie tylko przyjemną dogrywką, coś w rodzaju objazdu nowego prezydenta po kraju. Stało się jednak inaczej – druga runda zostanie poprzedzona ciężką, dwutygodniową walką, bez gwarancji wygranej. Szanse obu kandydatów należy ocenić, na dziś, mniej więcej równo…

Wynik Bronisława Komorowskiego można tłumaczyć słabą strategią i pracą jego sztabu wyborczego i dobra pracą sztabu Grzegorza Napieralskiego, który prowadząc kampanię w stylu pop trafił do dużej części młodszego elektoratu, zabierając go kandydatowi Platformy Obywatelskiej. Ale jest to tylko cześć prawdy, dobry wynik Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Napieralskiego ma też inne przyczyny.

Kandydat Prawa i Sprawiedliwości osiągnął dobry wynik, ponieważ za nim stała postać jego tragicznie zmarłego brata. Jarosław Kaczyński nie musiał przywoływać swojego brata wprost, ale jednak jego postać był obecna na jego wiecach i spotkaniach. Z drugiej strony Kaczyński nadmiernie nie eksploatował wątku śledztwa po katastrofie smoleńskiej, czego się obawiano, nie przywoływał teorii spiskowych, wskazywał na tylko na sprawą dbałości o polski interes przy prowadzeniu tego dochodzenia.

Łączny wynik obu głównych kandydatów, Komorowskiego i Kaczyńskiego, obaj otrzymali łącznie ok. 78% głosów, wskazuję, że wybory miały wymiar partyjny. Polaryzacja sceny politycznej przez dwie partie lokujące się na prawicy zdominowała te wybory prezydenckie. Z drugiej strony doskonały wynik Napieralskiego, 13 – 14%, wskazuje, że tak oczekiwany przez Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego system dwupartyjny nie jest akceptowany przez dużą część społeczeństwa. Słaby wynik Janusza Korwin-Mikkego (bo ok. 2,5% głosów trudno uznać w skali całej sceny politycznej za wynik dobry) i jeszcze gorszy Andrzeja Olechowskiego, wskazują, że w Polsce myśl liberalna jest w głębokim odwrocie. To sygnał, że polska warstwa średnia i inteligencja nie jest przygotowana jeszcze mentalnie i intelektualnie do uczestnictwa w życiu politycznym w sposób podobny, jak w starych krajach Unii Europejskiej.

Wynik Bronisława Komorowskiego jest przegraną Donalda Tuska. Kiedy kilka miesięcy temu szef Platformy Obywatelskiej zdecydował, że nie będzie kandydował do urzędu Prezydenta RP, było jasne, że popchnęła go do tego nie tylko chęć zachowania stanowiska premiera do następnych wyborów parlamentarnych. Tusk zdając sobie sprawę z władzy i jej możliwości, jakie daję stanowisko premiera. Jego perspektywa polityczna sięga jednak dalej, niż do wyborów w 2011 roku. Delegowanie innego kandydata, niż on sam, miało na celu zbudowanie solidnej podstawy politycznej pod zmianę Konstytucji RP i zmianę struktur władzy w Polsce. Słaby wynik Komorowskiego, a być może jego przegrana w drugiej rundzie z Jarosławem Kaczyńskim może jego plany zniweczyć, a wręcz doprowadzić do jego klęski i oddania władzy na jesieni przyszłego roku.

Continue Reading →

Przed ciszą

Napisanie kilku zdań podsumowujących tegoroczną kampanię prezydencką (prawdopodobnie jej pierwszy etap) nie jest zadaniem wcale łatwym. Aż chciałoby się napisać strzelisty tekst o jej wyjątkowości, klasie, unikalności i przełomie. Szczególnie to ostanie słowo jest popularne…

Nie, kampania nie była ani przełomowa, ani specjalnie pasjonująca. Tak, była nietypowa, ponieważ toczyła się po tragedii narodowej, katastrofie pod Smoleńskiem, takiej prawdziwej żałobie państwowej, i w trakcie poważnej powodzi, która dewastowała dużą połać kraju i życie obywateli (ale nie aż tak, jak to nam media próbowały wmówić), ale nie wyjątkowa.

Niektórzy twierdzili, że są to najważniejsze wybory w Polsce po roku 1989. Uzasadnieniem tej opinii ma być to, że zginął urzędujący prezydent. Innych argumentów brak. Ja uważam za najważniejsze wybory w 1990 roku, ponieważ wtedy Lech Wałęsa (przy wydatnej pomocy braci Kaczyńskich…) rozbił jedność opozycji okrągłostołowej, i te następne, w których obywatele po raz pierwszy pokazali, że zasługi tak, ale demokracja ma swoje prawa – i wybrali postkomunistę, Aleksandra Kwaśniewskiego.

Na tegoroczną kampanię należy spojrzeć z takiej perspektywy, że do urn pójdziemy wybrać głowę państwa, ale tak naprawdę tytularną. Na dziś Polską rządzi premier Donald Tusk, nie tylko z racji swojego urzędu i zapisanych w Konstytucji prerogatyw, ale z racji umiejętności politycznych. Od 2007 roku Tuskowi się wszystko udaje, począwszy od wyborów parlamentarnych, na opanowaniu sytuacji kryzysowych, wynikających z afery hazardowej i załamania ekonomicznego, kończąc. I nie jest to tylko przypadek i szczęście, ale również umiejętność radzenia sobie w polityce. Donald Tusk rządzi, jego partia jest u władzy i prawdopodobnie zostanie przez kilka najbliższych lat, a wspomagać go w rządzeniu będzie „jego” prezydent.

Continue Reading →

Prawdziwa twarz Kościoła?

Kuria watykańska cofnęła karę nałożoną na poznańskiego arcybiskupa – seniora, Juliusza Paetza zakazu sprawowania posługi biskupiej. Została ona nałożona na niego w roku 2002, po ujawnieniu długoletniego molestowania kleryków. W Olsztynie, a później w Poznaniu. Nie mogło się to stać bez wiedzy i aprobaty papieża Benedykta XVI, jak sugeruje to katolicki publicysta, dr Tomasz Terlikowski. Paetz będzie mógł swobodnie celebrować msze, wyświęcać księży, prowadzić posługę kapłańską – i będzie miał niczym nieskrępowany dostęp do kleryków.

Wina Paetza nie budziła wątpliwości, zostało mu udowodnione, potwierdzone wieloma zeznaniami, że wykorzystywał w celach seksualnych kleryków. Arcybiskup do winy nie przyznał się nigdy, nie wyraził żalu i skruchy. Nie zaprzestał walki o odzyskanie swojej pozycji, w czym wspierała go część duchowieństwa i wiernych. Warto również pamiętać, że w tuszowaniu afery na początku tego wieku brał udział ówczesny asystent Jana Pawła II, a obecny metropolita krakowski, kardynał Stanisław Dziwisz.

To zresztą nie wszystkie grzechy poznańskiego biskupa; W znanej książce „Księża wobec bezpieki – na przykładzie archidiecezji krakowskiej” księdza Tadeusza Isakowicz – Zaleskiego, pojawia się jego nazwisko, w kontekście bardzo groźnym. Jest bardzo prawdopodobne, że jego pobyt w Rzymie w latach 70 był wykorzystywany przez wywiad – być może nie tylko polski. Nosił pseudonim “Fermo”. Wewnętrzna komisja historyczna krakowskiej kurii (działająca pod nadzorem kard. Dziwisza…) doszła na podstawie tych samych dokumentów, które były podstawą pracy Isakowicz – Zaleskiego, do innych konkluzji – że ksiądz jest czysty.

Continue Reading →

Kaczyński może zakończyć wojnę

Jednym z najbardziej znanych haseł tej kampanii wyborczej jest to mówiące, że należy zakończyć wojnę polsko-polską. To hasło słychać prawie na każdym wiecu Jarosława Kaczyńskiego. Na pytanie, czy szef Prawa i Sprawiedliwości poczuwa się do odpowiedzialności za tę wojnę społeczną i głębokie podziały, każe on odwołać się do własnej inteligencji. No, więc czas to zrobić…

Przez 15 lat w polskiej polityce panował podział na obóz postsolidarnościowy, reprezentowany przez różne formacje prawicowe i quasi prawicowe i postkomunistyczny, którego osią było formacja stworzona przez Aleksandra Kwaśniewskiego, później prowadzona przez Leszka Millera. Schemat ten został rozbity po przegranych przez lewicę wyborach parlamentarnych w roku 2005. Zastąpił go podział inny, stworzony po tym, kiedy PO i PiS nie udało się stworzyć koalicji rządowej – podział na Polskę socjalną i na liberalną. Podział, którego autorem był głównie Jarosław Kaczyński, który w jakiś sposób musiał usprawiedliwić swoją koalicję z LPR i Samoobroną. Polska socjalna to ta, która na transformacji ustrojowej nie zyskała, potrzebowała wsparcia, reprezentacji i jest roszczeniowa. PiS jej przeciwstawił tę cześć Polski, która uzyskała sukces – nie tylko w wyniku własnej przedsiębiorczości, a ze względu na uczestnictwo w tak zwanym układzie. Jarosław Kaczyński zaadaptował dużą część elektoratu narodowo-ludowego, populistycznego i z partii konserwatywnej, inteligenckiej, PiS został partią małomiasteczkową, zamkniętą, anty-rozwojową. Naprzeciwko stanęła Platforma Obywatelska, partia inteligencji, zwana też pogardliwie przez zwolenników PiS partią establishmentu.

Drugą osia podziału jaką wywołał Kaczyński (przy znacznym udziale Donalda Tuska i PO) była próba dekompozycji społeczeństwa związana z zapędami lustracyjnymi. W założeniach lustracja i specjalnie powołany przez obie partie Instytut Pamięci Narodowej miały oczyścić atmosferę społeczną. Tak naprawdę zrobiły zupełnie coś przeciwnego – podzieliły społeczeństwo, doprowadziły do głębokich rozłamów wewnątrz środowisk, akademickich, naukowych, dziennikarskich. Dopiero wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który obalił ustawę lustracyjną (i tak naprawdę ją zamknął) zakończył ten podział.

Continue Reading →

Zapiski zza Atlantyku – 17. czerwca

Nie całkiem prawdziwi politycy


W listopadzie tego roku będą wybory senatorów, oraz reprezentantów do Kongresu USA. Dla obu partii te wybory będą ważne, gdyż mogą zadecydować o tym, kto będzie miał przewagę w Senacie oraz Izbie Reprezentantów. Obecnie Demokraci mają przewagę i dlatego też mimo tak wielu problemów byli w stanie zatwierdzić reformę służby zdrowia. Republikanie nie mogą się doczekać wyborów, według nich spadek poparcia dla Prezydenta Obamy, oraz niezadowolenie niektórych wyborców, to idealny czas dla nich aby odzyskać większość w obu izbach.

W zeszłym tygodniu, odbyły się prawybory, podczas których wybrano po jednym kandydacie z obu partii. W listopadzie wyborcy zadecydują, czy chcą Republikanina czy Demokratę. Nasuwa mi się pytanie, czy kandydat jest rzeczywiście przedstawicielem wyborców i czy wybór danego kandydata świadczy o nim/niej samym jako polityku/człowieku, czy może o wyborcach? Śledząc wybory w USA oraz w Polsce zastanawiam się, kto głosował na Georga W. Busha, Andrzeja Leppera, czy braci Kaczyńskich, bo ktoś przecież jednak na nich głosował. Ktoś utożsamiał się z nimi i zależało mu na tyle, aby pójść i glosować.

Wybory są zawsze ciekawym wydarzeniem. Nie tylko w Polsce wybiera się nietypowych i nienadających się ludzi na polityków. To, co wydarzyło się w Południowej Karolinie, jest tego przykładem. Kandydatem Demokratów na senatora USA został nikomu nie znany Alvin Green, nie mylić z piosenkarzem Al Greenem. Kim jest Alvin Green? Nikt naprawdę tego nie wie. Jest to zagadka dla wszystkich, nawet doradcy Prezydenta USA, Davida Axelroda. Demokraci, dziennikarze, oraz komicy zadają sobie pytanie, w jaki sposób znalazł się na liście kandydatów na senatora USA. To co wiemy o Alvinie Green to, że ma 32 lata, jest czarnoskóry, był bezdomny przez długi czas, aż do momentu kiedy jego tata pozwolił mu mieszkać u siebie, nie ma pracy, nie ma komputera, nie ma telefonu domowego, ani komórki, nie zapłacił dotychczas żadnych podatków, nie miał i nie ma sztabu ludzi pracujących dla niego podczas kampanii wyborczej, nie miał żadnych reklam promujących go w TV – i wygrał. Należy również wspomnieć, że Pan Green ma na swoim koncie wyrok, został wyrzucony z wojska kilka miesięcy temu, a jedna ze studentek colleg’u posądziła go podczas wywiadu telewizyjnego o pokazywanie jej materiałów pornograficznych. Pan Green otrzymuje zapomogę od państwa, ponieważ nie pracuje, ma prawnika od państwa za darmo, który broni go w sprawie kryminalnej obecnie toczącej się w sądzie.

Continue Reading →

Debata kampanijna – ostatni etap

Jeszcze jednak krótka debata w Onet.tv, tym razem poświęcona roli rodziny, głównie Jarosława Kaczyńskiego w kampanii wyborczej. Czy korowe tygodniki z Martą Kaczyńską pomogą jej stryjowi? Drugi temat – czy w kampanii zostały jeszcze choć ślady merytoryczności?

Debata do obejrzenie na stronie Onet.tv. Kliknij na zdjęcie.

Debatę prowadziłem z dr Bartłomiejem Biskupem, z UW.

Azrael

Lewica sama sobie winna

Wczorajsza deklaracja poparcia Włodzimierza Cimoszewicza dla kandydatury Bronisława Komorowskiego i dzisiejsze jej echo, deklaracja byłego kandydata do urzędu prezydenckiego, profesora Tomasza Nałęcza, mogą budzić zdziwienie tylko u tych obserwatorów sceny politycznej, którzy uważają Sojusz Lewicy Demokratycznej za jedyną poważną siłę na lewicy, a Grzegorza Napieralskiego za niepodważalnego lidera.

Po lewej stronie sceny politycznej znaczących polityków jest całe zatrzęsienie, chyba nawet więcej, niż na prawicy. Jest „ojciec chrzestny”, emerytowany prezydent Aleksander Kwaśniewski, były premier Leszek Miller, drugi były premier Józef Oleksy, Marek Borowski, wspomniani Cimoszewicz i Nałęcz, Dariusza Rosati, oddelegowani do Brukseli Wojciech Olejniczak i Danuta Huebner, liczne grono pomniejszych „gwiazd”, z Ryszardem Kaliszem na czele, nowa gwiazda, Bartosz Arłukowicz, no i właśnie Grzegorz Napieralski. Obok są inni, nie establishmentowi politycy lewicy, bo i do tej formacji przyznaje się Bogusław Ziętek, nie mówiąc o środowisku Krytyki Politycznej Sławomira Sierakowskiego. I z tego bogactwa nie udaje się od lat zbudować silnej formacji lewicowej. Nie lewicowej populistycznej, ale lewicowej w stylu zachodniej socjaldemokracji.

SLD od lat szuka swojej tożsamości. Pod kierownictwem Leszka Millera partia zaczynała nabierać rysów lewicy liberalnej ekonomicznie i społecznie. Gdyby nie afera Rywina, za którą Miller nie jest odpowiedzialny w najmniejszym stopniu, lewica być może nie zachowałaby władzy, ale na pewno homogeniczność. Stało się jednak inaczej. Rozłamowcy, tacy jak Borowski i Nałęcz, doprowadzili przez podział na mniejsze formacje do osłabienia lewicy. Starzy działacze odeszli na boczny tor – na ich miejsce weszli Olejniczak i Napieralski. Ostatecznie rządy w SLD (ale nie rząd dusz…) objął Grzegorz Napieralski.

Napieralski po swoim zwycięstwie w wyborach partyjnych w czerwcu 2008 roku, stwierdził, że jego zadaniem głównym jest uczynienie z Sojuszu Lewicy Demokratycznej (lub formacji zjednoczonej lewicy) drugiej siły na scenie politycznej. Dlaczego tylko tak minimalistycznie podszedł do tej sprawy? Brak wiary, zdolności, pomysłu programowego, czy może realizm? Okazało się, że wszystko razem. I SLD nie tylko nie stał się drugą siłą, ale wszedł w stagnację. Potem były słabe wyniki wyborów do parlamentu europejskiego, a do tego brak perspektyw zjednoczenia lewicy. Napieralski jest pozbawiony nie tylko zdolności przywódczych, ale również zdolności stworzenia nowej formacji. I w tym, jak również w populizmie, podobny jest do Prawa i Sprawiedliwości.

Continue Reading →

Cierpiętnicze wybory

Ostatni tydzień przed wyborami, ostanie płotki, już w niedzielę meta. Albo tylko meta pierwszego etapu, potem etap drugi, być może dla kandydata Platformy Obywatelskiej trudniejszy, niż pierwszy.

Wybory w Polsce są wykładnią świadomości obywatelskiej, a nie jest ona najwyższa. W jednym z miast w ubiegłym tygodniu grupa studentów zrobiła happening polityczny, stawiają stolik wyborczy wirtualnego kandydata i zbierając podpisy pod jego kandydaturą. Zebrali ich ponad 100… duże miasto, media pełne informacji, tydzień przed terminem wyborów. Happening się udał, zgroza nad wiedzę obywatelską rodaków wzrosła.

Zmorą polskich wyborów jest mała świadomość celów wyborów, każdych, zarówno tych do polskiego parlamentu, jaki parlamentu europejskiego i oczywiście prezydenckich. Jestem święcie przekonany, że 9 na 10 badanych na ulicy nie będzie potrafiła świadomie powiedzieć o 3. prerogatywach konstytucyjnych prezydenta. Tak, oczywiście, wiemy, że prezydent jest głową państwa, ale już pytanie, czy oznacza to, że rządzi, spotka się zapewne z frasobliwą miną. A już pytanie o miejsce prezydenta w strukturze władzy państwowej zapewne spowoduje oddalenie się respondenta w popłochu…

Za nikłą wiedzą idzie słaba frekwencja wyborcza i brak zdecydowania, na kogo głosować. Badania pokazują, że oprócz tych twardych, zdeklarowanych wyborców, większość głosujących podejmuje decyzję na kogo głosować w ciągu ostatnich 72 godzin. Niemalże nad urną wyborczą. A ponieważ tych niezdecydowanych z roku na rok jest więcej, w związku z tym przewidywania i wróżby wyborcze (zwane w mediach sondażami…) są coraz mniej wiarygodne. Za to otwiera się pole do różnego rodzaju zabiegów „pijarowskich” i marketingowych, mających nam pokazać kandydata w jak najlepszym świetle. Nawoływania do debat merytorycznych, o problemach państwa i społeczeństwa, przy każdych następnych wyborach są coraz mniej słyszalne. Już nawet dziennikarze nie mówią, „ja chciałbym się dowiedzieć, co pan X, Y, Z sądzi o.. ), ponieważ wiedzą, że i tak dowie się tego, co dany kandydat będzie mu chciał powiedzieć.

Jako świadomy wyborca już wiem na kogo… nie zagłosuję. I jako świadomy obserwator wiem, na kogo powinienem zagłosować, aby mój interes, jako obywatela, został dobrze przez kandydata obroniony. Ale jako świadomy potrzeb państwa, wiem, na kogo finalnie będę musiał oddać głos.

Continue Reading →

Quasi debata

Wystarczy zajrzeć do Wikipedii, najlepszego, najbardziej kwalifikowanego źródła informacji dla jednego z kandydatów do fotela prezydenckiego, żeby się zorientować, że spektakl, który nam zafundowała telewizja publiczna w niedzielny wieczór nie wiele miał wspólnego z debatą. Debata to spór i dyskusja, z której powinny być wyciągane wnioski. I wnioski zapewne widzowie, czyli elektorat, wyciągną. Szczególnie ci, którzy pójdą głosować „przeciw”, a nie „za”, bo te wybory będą, jak większość, wyborami przeciw kandydatom, a nie za.

Nie warto specjalnie się skupiać na treści merytorycznej spotkania. Poruszano wprawdzie ważne sprawy dotyczące i wizji prezydentury i państwa, spraw polityki zagranicznej, bezpieczeństwa, ochrony zdrowia, szkolnictwa, etc., ale formuła spotkania wykluczała możliwość weryfikacji wypowiadanych przez gości TVP sądów. Nie było starć, polemik, wykazania błędów, czy nielogiczności, ponieważ nie było na to czasu i możliwości. Ścisła formuła zamykała możliwość starcia poglądów poszczególnych kandydatów. Zresztą nie tylko dla mnie jasne było, że kandydaci znali może nie szczegółowe pytania, ale zakres poruszanej problematyki.

Kto wygrał? Wszyscy, jeżeli poczytać opinie w internecie, na portalach, w gazetach. Zgodnie z regułą zaprzeczenia, że kontrkandydat naszego faworyta może mieć rację albo dobrze się zaprezentował, wygrywa zawsze ten, kto według nas powinien wygrać. Niezależnie od tego, jak słabo wypadł nasz kandydat.

Continue Reading →

Obyczaj demokratyczny

Wielu krytyków Bronisława Komorowskiego zarzuca mu, że podejmując decyzje jako sprawujący urząd prezydenta, narusza coś, co jest zwane „obyczajem demokratycznym”. Uważają oni, że takie decyzje, jak desygnowanie na urząd prezesa NBP profesora Marka Belki (wyboru dokonuje Sejm), czy zwołanie Rady Gabinetowej (która tak naprawdę nie ma żadnej mocy decyzyjnej, ponieważ nie ma prerogatyw Rady Ministrów…) powinny być podejmowane przez prezydenta wybranego w wyborach powszechnych. Krytycy ci jednak nie biorą pod uwagę tego, że Marszałek Sejmu, po pierwsze, sprawuję urząd z mocy Konstytucji, a nie z mocy decyzji partyjnej, a w demokracji obyczaj musi ustąpić prawu. Działania Komorowskiego mają znamiona precedensu i dlatego to on właśnie tworzy obyczaj, a nie jego krytycy. I do tego podejmuje decyzje i interwencje w imieniu i interesie państwa.

Innym trwałym obyczajem jest debata prezydencka, która miałaby pokazać, jakie wizje prezydentury mają poszczególni kandydaci, czym się różnią, i jak chcieliby sprawować swoją misję, daną przez obywateli w wyborach. Jak debata ma wyglądać, tego już zwolennicy tego obyczaju nie mówią, ponieważ każdy widzie go inaczej (tak jak każdy widzi inaczej demokrację, z reguły dość wycinkowo). Jedni uważają, że debata powinna być równoprawna dla wszystkich biorących udział w wyścigu do pałacu prezydenckiego, inni natomiast, że w debacie powinni brać udział ci, którzy mają realne szanse. Szef TVP1, Witold Gadowski uważa, natomiast, że prawdziwie demokratyczna debata ma miejsce wtedy, kiedy konkurują ze sobą przedstawiciele czterech najsilniejszych partii sejmowych, w związku z tym tylko ich zaprosił do najważniejszej debaty. I tak redaktor Gadowski stworzył nowy kanon demokratycznej debaty, gdzie równość kandydatów jest wykładnią siły popierających ich partii politycznych. Jest prawdą, że polityka w demokracji realizuje się poprzez partie polityczne, ale może pan Gadowski by zajrzał do ustawy o wyborze prezydenta i sprawdził, kto tworzy komitety wyborcze kandydatów do urzędu prezydenckiego. Debata w TVP czterech kandydatów dla pana Gadowskiego jest dla niego demokratyczna, ale już debata zorganizowana przez studentów na Uniwersytecie Warszawskim dla wszystkich kandydatów (Jarosław Kaczyński i Grzegorza Napieralski się nie pojawiali) już nie była na tyle ważną, aby ją transmitować w jego telewizji…

Continue Reading →

Mundial i druga liga

Piłka nożna to nie jest najbardziej emocjonujący sport. Człowiek wynalazł inne dyscypliny sportowe, ciekawsze, bardziej dynamiczne, głębiej osadzone w społeczeństwach i kulturze. Część z nich ma swoje korzenie w starożytności, jak boks, czy lekka atletyka. Hokej jest najbardziej dynamiczną grą zespołową, a koszykówka, szczególnie ta w wykonaniu zawodników NBA, najbardziej finezyjną. Ale to właśnie piłka zawładnęła umysłami setek milionów ludzi i jest sportem globalnym, jak żaden inny. Mistyka, substytut wojen, quasi religia, czy może po prostu przejrzyste i proste zasady?

Mistrzostwa w RPA zaczynają się już dziś i będą wyjątkowe. Powodem jest to, że po raz pierwszy rozgrywane są w Afryce. W kraju, który dopiero od 16 lat nie jest dotknięty apartheidem, ale nie stał się demokracją. Jest za to krajem olbrzymiej przestępczości, rozbuchanej korupcji, krajem, w którym utajniony rasizm wobec białych jest porządku dziennym.. To niewygodne prawdy, których nie zmieni Mundial, odważna decyzja Seppa Blattera. Nie dowiemy się jednak o tym z przekazów telewizyjnych i reportaży. To przecież ma być święto sportu. Nie dowiemy się więc o tym, że RPA jest państwem, w którym jest najwięcej zachorowań na AIDS (prawie 20% zarażonych dorosłych mieszkańców…), nie przypomną nam reporterzy, że jeszcze niedawno przywódca tego kraju, Jacob Zuma wierzył, że lekarstwem na AIDS jest stosunek z dziewicą i świadomie współżył z kobietą zarażoną tą chorobą.

Z naszego punktu widzenia mistrzostwa będą miału inny wymiar. Na szczęście pozasportowy, ponieważ jak wykazał ostatni mecz polskie kadry j, pod przewodnictwem Franza Smudy, nasi piłkarze mogliby podawać co najwyżej piłki za linii bocznej boiska. Ale mistrzostwa piłkarskie, nieszczęśliwym zrządzeniem losu, „przykryją” ostatni tydzień kampanii wyborczej. Polska widownia telewizyjna, głównie męska, naturalnym ruchem przełączy pilotem programy wyborcze politycznych graczy, Komorowskiego, Kaczyńskiego… i tych drugoligowych, aby obejrzeć prawdziwą elitę, Xaviego, Messiego, Kakę, Rooney’a, czy Henry’ego. Mecze rozgrywane są o 16.00 i 20.30 polskiego czasu, więc nie ma rozterki, czy piłka, czy polski serial polityczny, ze znanymi tekstami i grepsami. Zresztą, jak pokazują sondaże, problem polega tylko na tym, czy jedna runda, czy jednak może dwie…

Wydaje się, że beneficjentem tej sytuacji jest głównie Bronisław Komorowski, którego notowania w ostatnich dniach zaczęły spadać, co zmusiło nawet Donalda Tuska do zejście z wałów przeciwpowodziowych i zajęcie miejsca obok marszałka. Dochodzą głosy o konfliktach w sztabie kandydata PO, gdzie Sławomir Nowka musi się ścierać z Grzegorzem Schetyną. Tusk w związku z tym najprawdopodobniej przejmie rolę rozgrywającego i doprowadzi drużynę do ostatecznej rozgrywki.

Nie jest wykluczone, że na ostatni kwadrans kampanii, w ciągu jej ostatniego tygodnia, zostanie wprowadzony przez drużynę PO do gry nowy/stary zawodnik. To Włodzimierz Cimoszewicz. Bo zwycięstwo będzie pełniejsze, jeżeli zostanie zdobyte w pierwszym terminie, 20 czerwca, a nie w dogrywce, 4 lipca.

Azrael

——————-

Felieton opublikowany we Wprost.pl