
Napisanie kilku zdań podsumowujących tegoroczną kampanię prezydencką (prawdopodobnie jej pierwszy etap) nie jest zadaniem wcale łatwym. Aż chciałoby się napisać strzelisty tekst o jej wyjątkowości, klasie, unikalności i przełomie. Szczególnie to ostanie słowo jest popularne…
Nie, kampania nie była ani przełomowa, ani specjalnie pasjonująca. Tak, była nietypowa, ponieważ toczyła się po tragedii narodowej, katastrofie pod Smoleńskiem, takiej prawdziwej żałobie państwowej, i w trakcie poważnej powodzi, która dewastowała dużą połać kraju i życie obywateli (ale nie aż tak, jak to nam media próbowały wmówić), ale nie wyjątkowa.
Niektórzy twierdzili, że są to najważniejsze wybory w Polsce po roku 1989. Uzasadnieniem tej opinii ma być to, że zginął urzędujący prezydent. Innych argumentów brak. Ja uważam za najważniejsze wybory w 1990 roku, ponieważ wtedy Lech Wałęsa (przy wydatnej pomocy braci Kaczyńskich…) rozbił jedność opozycji okrągłostołowej, i te następne, w których obywatele po raz pierwszy pokazali, że zasługi tak, ale demokracja ma swoje prawa – i wybrali postkomunistę, Aleksandra Kwaśniewskiego.
Na tegoroczną kampanię należy spojrzeć z takiej perspektywy, że do urn pójdziemy wybrać głowę państwa, ale tak naprawdę tytularną. Na dziś Polską rządzi premier Donald Tusk, nie tylko z racji swojego urzędu i zapisanych w Konstytucji prerogatyw, ale z racji umiejętności politycznych. Od 2007 roku Tuskowi się wszystko udaje, począwszy od wyborów parlamentarnych, na opanowaniu sytuacji kryzysowych, wynikających z afery hazardowej i załamania ekonomicznego, kończąc. I nie jest to tylko przypadek i szczęście, ale również umiejętność radzenia sobie w polityce. Donald Tusk rządzi, jego partia jest u władzy i prawdopodobnie zostanie przez kilka najbliższych lat, a wspomagać go w rządzeniu będzie „jego” prezydent.







Najnowsze komentarze