
Andrzej Ż., były pracownik Centralnego Biura Śledczego, prawnik, emeryt mundurowy, krótko pracownik jednego z warszawskich urzędów skarbowych, oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił w Alejach Ujazdowskich, na przeciwko KPRM. Pozostawił list do premiera Donalda Tuska, w którym stwierdza na podstawie „uzasadnionych podejrzeń popełnienia wielu przestępstw”, przez pracowników i kierownictwo US i że to jest motywem jego samopodpalenia. Wzmiankuje też o problemach ze znalezieniem pracy, jakoby z powodu szykan po ujawnieniu nieprawidłowości w US na warszawskiej Pradze. Andrzej Ż. na wielu prawicowych portalach i wielu gazetach jest bohaterem o sprawiedliwość i ofiarą „systemu”. Wina Tuska…
Andrzej Ż., były pracownik CBŚ, emeryt mundurowy z emeryturą w kwocie prawie 3000 zł miesięcznie, krótko pracownik jednego z warszawskich urzędów skarbowych, zwolniony po okresie trwania rocznej umowy, oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił w Alejach Ujazdowskich, na przeciwko KPRM. Pozostawił list do premiera Donalda Tuska, w którym stwierdza na podstawie : „uzasadnionych podejrzeń popełnienia wielu przestępstw”, przez pracowników i kierownictwo US i żet o jest motywem jego samopodpalenia. Tylko ogólnikowo pisze o przestępstwach w US, nie wspomina, że zadłużenie, do jakiego doprowadziła jego rodzina, kredytowe, na kartach płatniczych, jest zawinione przez niego. Tak, ponieważ kwota 3000 złotych jest dla wielu marzeniem, a nieumiejętność przeżycia za nią jest drwiną dla wielu z tych, którzy pozbawieni są nawet zasiłku… Pan Andrzej Ż. nie radzi sobie, nie jest to wina państwa, a już na pewno premiera Donalda Tuska…
Obie narracje są upowszechnione w mediach, internecie. W zależności od tego, jaka jest pozycja piszących i jakie są potrzeby, przeważa jedna, lub druga. Są to jednak głównie domysły i spekulacje, a dziennikarze i publicyści już próbują zakwalifikować sprawę politycznie, sugerują, komu ona zaszkodzi. I robią wszystko, jak bezcenny, nieoceniony dla Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Sakiewicz i jego tabloid, aby nadać temu tragicznemu wydarzeniu wymiar polityczny i ogólnospołeczny. Już porównuje się czyn sprzed KPRM do samospalenia Ryszarda Siwca z roku 1968, czy równie tragicznej śmierci Jana Palacha w czeskiej Pradze. Rozpoczęła się gra polityczna, zgodna z interesem Prawa i Sprawiedliwości. Nie ważne jest to, że Andrzej Ż. zwolniony został z pracy w roku 2008, a aktu desperackiego dokonał 3 lata później. Ważne jest to, że można to wykorzystać. Rzadko pojawia się gdzieniegdzie głos rozsądku, że może rzeczywiście coś jest na rzeczy ze sprawą funkcjonowania państwa, że warto przyjrzeć się prawu, procedurom, może powtórzyć kontrolę w tym urzędzie (które po pismach Andrzeja Ż. przeprowadzono, ale nie wykazały one nieprawidłowości), ale nie w atmosferze nagonki politycznej, kampanii wyborczej i tragedii człowieka i jego rodziny.
Na dziś wygląda to na to, że samopodpalenie Andrzeja Ż. to raczej sprawa dla biegłych lekarzy, psychiatrów. Może jest on tylko człowiekiem niedojrzałym emocjonalnie, może coś więcej. Ale akt, którego dokonał, mając pod opieką czwórkę potrzebujących go osób, należy najpierw rozpatrywać w kategoriach medycznych, później społecznych, na końcu politycznych. Tego wymaga odpowiedzialność, dziennikarzy, komentatorów, polityków. Andrzej Ż. to nie jest sprawa typu mordercy z łódzkiego biura PiS, Ryszarda C., a tak już zaczyna być medialnie traktowana.
Azrael
Najnowsze komentarze