ACTA – politycznie

Debata, czy wysłuchanie obywatelskie, jakie odbyło się w mroźny poniedziałek z inicjatywy Donalda Tuska w Kancelarii Premiera Rady Ministrów nie przyniosło żadnego rozstrzygnięcia. Bo przynieść nie mogło, w przypadku, kiedy obie strony, rządowa i szeroko rozumiana społeczna, nie do końca znały swoje motywacje i przesłanki. Rząd nie do końca rozumie, jakie jest sedno protestów przeciwko ACTA, protestujący przeciwko tej umowie nie wiedzą, jakie uwarunkowania stoją za podjętą decyzją jej podpisania i za drogą ku jej ratyfikacji. Opinia, że „analogowy” rząd nie rozumie „cyfrowego” społeczeństwa jest chwytliwa, ale mało konkretna.

Warto pamiętać, że premier Tusk działa w wielopłaszczyznowych relacjach. Jest politykiem, który musi przy podejmowani decyzji brać pod uwagę wiele zmiennych i informacji. Może, gdyby był dobrze poinformowany przez swoich urzędników, podjąłby inną decyzję i nie wydałby decyzji podpisania umowy przez polską ambasador w dalekiej Japonii. Wstrzymałby decyzję, blokując w ten sposób proces ratyfikacji – przynajmniej do momentu, kiedy umowa nie zostanie przyjęta przez Parlament Europejski. A dziś jest coraz mniej pewne, że europosłowie zagłosują za ACTA, pomimo nacisków Komisji Europejskiej. Jak powiedział mi Rafał Trzaskowski, polski poseł z frakcji EPP, już nie tylko socjaliści i zieloni są przeciwko ACTA, ale rośnie także sprzeciw konserwatystów i liberałów. Liczba tych, którzy boją się, że zostaną zaliczeni do lobbystów wielkich koncernów rośnie. Tym bardziej, że nie wiadomo, czy Amerykanie, którzy stoją za aktem założycielskim tej umowy, sami zrobią z niej obowiązujący akt prawny w Stanach Zjednoczonych.

Continue Reading →

Sosnowiecki lans medialny

Spektakl z Sosnowca dobiega do końca – znaleziono ciało zmarłego (zamordowanego?) dziecka, matka została przesłuchana, zostaną jej postawione zarzuty. Można będzie odstawić wkrótce wozy transmisyjne, dziennikarze wrócą za biurka. Polskie media znów mnie nie zawiodły – news ze zwłokami w tle powoduje, że ogarnia je amok. Tym razem gwiazdą – nie pierwszy raz – stał się Krzysztof Rutkowski, nazywający sam siebie detektywem. Jak to określił jeden z publicystów – to golem stworzony przez media.

Kilka lat temu telewizje informacyjne delektowały się zdjęciami, nagraniami, wywiadami z rodziną polskiego Fritza z Podlaskiego. Była to rzecz obrzydliwa, jak tylko może być obrzydliwe pomieszanie pedofilii z kazirodztwem i przemocą. Ale trzeba było koniecznie o tym mówić i pokazywać. Pseudo detektywa również, ponieważ, jak to określiła na twitterze dziennikarka TVN24, Anna Kalczyńska, „Rutkowski, kontrowersyjny showman, brutalny i szczery. Przedstawia swoja wersje. To jest życie”. Tak, to według pani redaktor powinni być pokazywane „życie”. Osią programów telewizji informacyjnych, nadawanych dla wielu milionów widzów stały się obrazki tragedii rodziny i dziecka. Stacje telewizyjne stały się elektronicznymi tabloidami life.

Osobną sprawą jest postać samego Rutkowskiego, kabotyna, medialnego żigolaka. To on namówił matkę sześciomiesięcznej Magdy do przyznania się, że dziecko nie zostało porwane przez nieznajomego, lecz zmarło w wyniku wypadku, a następnie ukryte. Nie zrobił jednak tego w sposób profesjonalny, w czterech ścianach pokoju przesłuchań, ale pod okiem kamery, a film z zeznania najpierw trafił do mediów, później dopiero do policji. A te, transmitując konferencję prasową z jego udziałem, promują jego wizerunek, kosztem tragedii całej rodziny. Bo przecież sensacja jest w tym przypadku rzeczą najważniejszą. I nie ma tu nic do tego, jak stwierdziła nieoceniona red. Kalczyńska, że „Rutkowskiego pokazaliśmy nie dlatego, ze go lansujemy ale dlatego, ze przekazał info, o którym pisały dziś wszystkie gazety”, ale dlatego, że to się sprzedaje. Bo przecież o sprzedaż i czas reklamowy chodzi, nieprawda?

Jest drugi aspekt tej sprawy, a są nim działania policji i prokuratury. Pozwoliły one, aby hochsztapler Rutkowski miał swobodny dostęp do rodziny, nie przestrzegając jej przed jego prowokacjami. Same natomiast pokazały wyjątkową inercję i brak profesjonalizmu. Dziesiątki, może setki policjantów, sprzęt, prokuratorzy, psycholodzy, kryminolodzy – i spętanie procedurami, bezwład organizacyjny i decyzyjny, na którym skorzystał celebryta Rutkowski. Niestety, to on skutecznie przesłuchał matkę tragicznie zmarłego niemowlęcia i wyciągnął z niej najważniejsze informacje. I to państwowe służby przyczyniły się do tego, że telewizje mogły przedstawić Krzysztofa Rutkowskiego w roli nie tylko detektywa (do czego nie ma uprawnień), ale również prokuratora i sędziego. Telewizje przy jego pomocy stworzyły nowy „format” medialny – „Detektyw ujawnia”… – kosztem tych, którzy tak naprawdę nie zdali egzaminu – policji i prokuratury.

Przypominając sobie zachowania mediów z różnych spektakularnych, tragicznych wydarzeń i sposób ich pokazywania i komentowania, zastanawiam się, gdzie jest granica? I ze strachem myślę, że chyba jej nie widać…

 

Azrael

Teksty nadesłane – 27. stycznia

Gen wolności

O Internecie, pisanym dużą literą, własności ,kradzieży , genie anarchii i rozjechaniu się wartości pokoleń.

Ten nieco barokowy tytuł ma sygnalizować mnogość problemów, z którymi teraz się stykamy. Z dużym zainteresowaniem obserwuję zbiorowe zachowania i indywidualne opinie wygłaszane z okazji podpisania umowy ACTA. W moim domu także wybuchła mała, pokoleniowa awantura. Zaczęło się od spraw wolności w Internecie, („młody” jest przyzwyczajony, że na każdy gwizd ma wszelkie nowości i natychmiastowy kontakt z kumplami ze świata) a skończyło się na rozważaniach o kradzieży ,stosunku do własności (w powszechnym mniemaniu „niczyjej”) aż doszło do absurdu czyli rozważań patriotycznych (czy musimy poddawać się dyktatowi Brukseli). ”Młody”, odpuścił Brukseli, dopiero na następny dzień, gdy dowiedział się Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że ”nie można zmuszać dostawców Internetu do zainstalowania systemu zapobiegania nielegalnego pobierania plików”. Gdy już wydawało się, że spacyfikowałam domowe nastroje i nieco przywróciłam system wartości, który wydawał mi się ważny, zostałam dobita przez ”starszą latorośl”. Po tej wizycie poczułam się ”jak wyciągnięta spod lodu” (nie wiem czy t o określenie nie jest już anachroniczne?). Już na tzw „dzień dobry” latorośl, zawodowo, pracująca za pomocą Internetu, zagroziła, że natychmiast wyjdzie z domu jeśli jestem za ACTA. Wysłuchałam więc argumentów o spisku mega korporacji ,które za ciężkie pieniądze ograniczają dostęp do kultury, że nic nie rozumiem i to co się dzieje to jest rewolucja, że ONI mają prawo do informacji, że i te zjawiska nie są zrozumiane przez „kościanych dziadków”, (wszyscy powyżej 40 lat), że musi się zmienić model finansowania kultury, że są już twórcy, którzy tak jak Neil Gaiman, zrozumieli, że umieszczanie swoich książek w Internecie przynosi im korzyści w postaci reklamy i sławy, która potem przekłada się na konkretne wydania papierowe. Przytoczony został przykład średniowiecznych Benedyktynów, którzy kopiowali, bez niczyjej zgody, książki i dzięki temu kultura się rozpowszechniała. Na zakończenie, żeby mnie dobić jęknął:” co ta Platforma wyrabia, tyle z nią wiązałem nadziei , nie ma na kogo już głosować „. Na moje nieśmiałe stwierdzenie, że przecież rząd konsultował ACTA z 27 organizacjami otrzymała odpowiedz, że „nie konsultuje się, konsultuje się uwolnienia chłopa pańszczyźnianego z jego wasalem”. Na „do widzenia” obiecano mi przysłać zestaw linków, które powinnam koniecznie przeczytać, by skorygować swój punkt widzenia i by porozumienie miedzy pokoleniowe było dalej możliwe.

Do tej pory to ja byłam tzw „przywódcą stada”. Tradycyjnym powitalnym pytaniem było: „co tam mamo w polityce”. Miałam też poczucie, że przekazałam jakiś, w miarę spójny, system wartości, który dawał mi bezpieczne samozadowolenie, że jestem liberalna i w miarę nowoczesna (raczej w poglądach a nie w technologii – bo tu słabo nadążam). Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że na moich oczach powstały dwa światy, z nieco innym systemem wartości, w którym bezwarunkowe przykazanie „nie kradnij” nie znaczy wcale „ nie kopiuj” . Ten nowy stosunek do wytwarzanych wartości jest usprawiedliwiany zachłannością mega korporacji i usprawiedliwiany słowem „mam prawo do..” Uświadomiłam sobie, że naprawdę istnieje odrębny świat Internetu – pisanego z dużej litery jak Pan Bóg (komputer sygnalizuje błąd gdy napiszemy to słowo małą literą!).

Continue Reading →

Generał Błasik, nowy bohater

Sprawa katastrofy smoleńskiej bardzo ciąży nad życiem politycznym w Polsce. Nie tylko zresztą nad czystą polityką, ale również ma ogromny wpływ na życie społeczne i mające na nie wpływ media. Dyskusja na temat tak zwanego „drugiego obiegu” mediów i kultury ogniskuje się w dużym stopniu na relacjach i stosunku do tego, jak oceniane jest śledztwo smoleńskie, a także spór co było podstawową przyczyną katastrofy prezydenckiego samolotu (lub kto wykonał na niego zamach…). Konflikt w prokuraturze, pomiędzy prokuratorem generalnym, Andrzejem Seremetem, a szefem prokuratury wojskowej, generałem Krzysztofem Parulskim też ma warstwę podskórną, jest nią śledztwo smoleńskie – kto nad nim będzie sprawował pieczę, kontrolę.

Wszytko, co da się wykorzystać do rozgrywki jest dobre, wszystko wokół tragedii smoleńskiej można zinterpretować na korzyść swojego poglądu, lub, co gorsza, gry politycznej. Minął ponad tydzień, kiedy prokuratura zaprezentowała na konferencji nowe badanie nagrań, zrobione przez krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych. Wynika z niego, że nie rozpoznano w nagraniach i nie przydzielono do konkretnych linii stenogramów głosu generała Andrzeja Błasika. Kłóci się to z konkluzjami komisji rządowej Jerzego Millera i całkowicie mija się z tezami komisji MAK, która sugerowała, że generał był siłą sprawczą (wywierał nacisk na załogę) katastrofy. Tylko, że uważne wczytanie się w listę stenogramu może świadczyć, że Błasik (i jeszcze innych oficer, gen. Tadeusz Buk) byli w kokpicie samolotu (lub w jego drzwiach) w ostatnich minutach lotu i śledzili poczynania załogi. Już samo to jest naruszeniem przepisów bezpieczeństwa lotu, za co odpowiedzialny był dowódca lotu. A tym dowódcą, od momentu przywitania Lecha Kaczyńskiego przy trapie samolotu na warszawskim Okęciu był generał Błasik.

Continue Reading →

Coroczny imperatyw datku

Jutro po raz 2o. „zagra” Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, projekt wymyślony i prowadzony przez Jurka Owsiaka. Człowieka, któremu zarzuca się megalomanię i nadmierną autopromocję, a w jego działaniach próbuje się znaleźć korupcję – jak do tej pory – bez skutku. Nie ustaje jednak coroczny rytuał krytykowania Owsiaka przez prawicowych komentatorów i publicystów. Niektórzy, tak jak na przykład dziennikarz tabloidowego „Faktu”, Łukasz Warzecha, mogliby wydać antologię pism poświęconych Owsiakowi i jego „dziełu”. Ale Jurek i dziesiątki tysięcy młodych i starszych ludzi z roku na rok zbiera coraz więcej pieniędzy, a inicjatywę popiera coraz więcej środowisk – także Kościół katolicki.

Idea Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, inicjatywy społecznej powołanej do życia 20 lat temu przez Jurka Owsiaka, została opisana milionami słów. Ma wielu zwolenników, głównie wśród tych, którzy rozumieją pomoc społeczną jako coś oddawania z siebie. Ma równie wielu przeciwników, dla których przede wszystkim szef WOŚP jest nie do przyjęcia, jako osoba ponoć o relatywistycznym podejściu do wartości (oczywiście mamy tu na myśli „wartości chrześcijańskie”) i życia społecznego. Są to krytycy z pozycji ideologicznych, ponieważ w Polsce każdy, kto wychyla się poza pewien przyjęty kanon poprawności ideologi społecznej, tej katolickiej, może od razu być potraktowany jako jak moralny wróg społeczeństwa.

Kilka lat temu w sondażu jednego z tygodników opinii Jurek Owsiak został uznany za człowieka o największym autorytecie. Daleko za nim znaleźli się politycy, księża, czy ludzie kultury. Wyprzedził nawet Władysława Bartoszewskiego. Dlaczego tak się stało? Czy to przymioty osobiste, empatia i rozpoznawalność medialna uczyniła z Owsiaka autorytet? Czy może jednak coś innego?

Continue Reading →

Po Marszu Niepodległości

Święto Niepodległości w Warszawie miało różne oblicza. Szkoda, że w świadomości pozostaną obrazy burd przekazywane przez media. I przekazy zmanipulowane przez stacje telewizyjne i internet, dla osiągnięcia konkretnych korzyści.

Pierwszy obraz to ten znany z corocznych uroczystości na Placu Piłsudskiego, pod Grobem Nieznanego Żołnierza. Przemówienia, honorowa zmiana wart, składanie wieńców potem defilada i parada pasjonatów historii i wojskowości, w szpalerze tłumów. Duma i radość, w osnowie podniosłej atmosfery. Wszystko bez zakłóceń.

Drugi obraz to pierwsze rozruchy na Nowym Świecie. Niemieccy zadymiarze, na wyrost nazwani antyfaszystami, atakują polską grupę rekonstrukcyjną w strojach napoleońskich, a następnie kryją się z restauracji Nowy Wspaniały Świat, zarządzanej przez „Krytykę Polityczną”. Media są już na miejscu, ale widzą tylko to, co chcą. Niemcy są wyciągani przez policję z knajpy i przewożeni na komendę, na Wilczej. W przekazie o tym incydencie dochodzi do pierwszych przekłamań. Media nie podają, że niemieccy zadymiarze chronią się w kawiarni przez polskimi prawicowcami, z którymi starli się chwilę wcześniej. Natomiast „Krytyka Polityczna” wieczorem ogłasza tryumfalnie o tym, że powstrzymano prawicowców z Marszu Niepodległości na Marszałkowskiej, ale ani słowem nie wspomina o Niemcach, którzy w Polsce pojawili się także z jej inicjatywy. O tym nie wspomina w krótkiej notce również dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Seweryn Blumsztajn. To zaburza obraz „zwycięstwa” nad prawicą.

Trzeci obraz – jestem na Marszałkowskiej, w samym środku festynu „Kolorowej Niepodległej”. Platforma, muzyka, Kazimiera Szczuka wodzi, na ulicy politycy lewicy. Radośnie. Ale na obrzeżach stoją, przed kordonami policji, ubrani na czarno polscy zadymiarze, przemieszani z niemieckimi. Gotowi do starcia. Nie ma to nic wspólnego ze świętowaniem…

Continue Reading →

Cuda i procedury

Jeszcze samolot LOT-u, Boeing 767, nie ostygł na pasie startowym Okęcia, a już rozpoczęły się dywagacje i odniesienia do katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Projekt „Smoleńsk” uzyskał nowe paliwo.

Przez kilkanaście godzin awaryjne lądowanie miało symbolikę cudu, a wokoło budowane były teorie spiskowe. Jedną z nich była nawet ta, że dowódca samolotu kpt. Wrona miał ochotę wrócić do Newark, ale nie pozwoliła mu na to ABW, nakazując lot do Warszawy. Cudem dla niektórych było to, że lotnisko i jego służby były przygotowane na przyjęcie samolotu, wieża dobrze go sprowadziła, a pilot podejmował racjonalne decyzje. Cudem było to, że wszystko się zgrało i zadziałało jak trzeba. Cud się skończył, kiedy kapitan Tadeusz Wrona wystąpił na pierwszej konferencji prasowej.

Okazuje się, że pilot takie sytuacje, jakie zaistniały, zapoczątkowane przez awarię układu hydraulicznego, ma opisane w książce procedur. Dokładnie wiedział, jakie czynności i operacje ma wykonać. Był mentalnie i zawodowo przygotowany do tego, co nie powinno się wydarzyć i jak słyszymy, do wtorku nigdy się nie wydarzyło – awarii dwóch ubezpieczających się systemów wysuwania podwozia. Pilot jest doświadczony, zgodnie z procedurami przechodzi szkolenia na symulatorach, ma odpowiedni nalot dla tego rodzaju samolotów i zadań. I ma zgraną, profesjonalną załogę, całą załogę, a nie zwoływaną ad hoc. Kunszt pilota (ale nie poparty cudem) wykazał na ostatnim podejściu i przyziemieniu. Ale jak zaznaczył, każdy pilot w LOT mógłby tego dokonać. I chyba należy mu wierzyć.

Continue Reading →

O obiektywizmie dziennikarskim

Od dnia wywiadu (spotkania przedwyborczego?) Jarosława Kaczyńskiego w programie „Tomasz Lis na żywo” w telewizji publicznej rozpętała się dyskusja, czy prowadzący nie przekroczył granicy dzielącej dziennikarza i publicystę od politycznego działacza. Czy Tomasz Lis sprzeniewierzył się standardom dziennikarstwa i wszedł w rolę polityka? Niektórzy twierdzą, że tak, a Igor Janke, twórca, właściciel i twarz dziennikarska portalu Salon24 twierdzi, że to co zrobił Tomasz Lis, to „koniec dziennikarstwa w Polsce”. Inni stwierdzają, że w telewizji publicznej, TVP, nie ma miejsca na tego rodzaju publicystykę zaangażowaną politycznie.

I właśnie chodzi w tym przypadku o zakreślenie granic do jakich może posunąć się PUBLICYSTA. Nie dziennikarz, nie prezenter telewizyjny, ale właśnie publicysta. Otóż publicysta to nie tylko dziennikarz, ciekawy spraw, które poznaje, doskonale przygotowany erudycyjnie, wszechstronnie przygotowany warsztatowo, ale również człowiek, którego stać na refleksję i interpretację. A to są cechy, które tak naprawdę są czysto subiektywne, a nie obiektywne, których możemy wymagać od dziennikarza przekazującego nam informacje. Publicysta, prowadzący program telewizyjny, czy piszący felieton przekazuje nam jednocześnie swoją opinię, a także interpretuje opinie innych. I Tomasz Lis, zadając trudne pytania Jarosławowi Kaczyńskiemu, przywołując jego słowa i opinie, dokonał na nim publicystycznej wiwisekcji.

Continue Reading →

Jarosław Kaczyński na żywo

Kiedy prezes PiS-u, Jarosław Kaczyński przyjął zaproszenie do programu „Tomasz Lis na żywo” w TVP, było jasne, że nie będzie to zwykły wywiad. Większość komentatorów, dziennikarzy, ale także polityków, potraktowało to jako zastępczą debatę Jarosława Kaczyńskiego z premierem Donaldem Tuskiem, a Tomasz Lis miał być kimś w rodzaju silnego sparingpartnera. Donald Tusk był kilka tygodni temu w programie Tomasza Lisa i rozmowa była ostra, ale merytoryczna. Bo Tusk myśli o Polsce, a Kaczyński o odzyskaniu władzy, dla zniszczenia oblicza III RP i politycznych przeciwników. Lis wyzwanie zrozumiał, przygotował się do programu, choć mógł zrobić to lepiej. Nie ustrzegł się błędów i nie stłumił do końca emocji, choć jako publicysta miał do tego prawo. Postawił sobie z jednej strony cel przypomnienie wszystkich niedorzeczności, konfabulacji, kłamstw i manipulacji Jarosława Kaczyńskiego i pokazanie, że nowa/stara maska umiarkowanego polityka, jaką znów nosi Kaczyński, jest oszustwem. I choć trwało to dość długo, od połowy programu Kaczyński już był obnażony. Ten stary dobry Kaczyński od „porażających” spraw, „dyfamacji” i innych znanych bzdur.

Publicysta TVP posługując się cytatami, materiałami źródłowymi, przykładami, od pierwszych minut „grillował” szefa PiS. To nie była rozmowa i wywiad z szefem opozycji, ale zamierzone odzieranie Kaczyńskiego ze skorupy kłamstw. Doskonale wykorzystywał błędy Kaczyńskiego, jak choćby ten z dość śmieszną i kuriozalną sprawę straszenia Donalda Tuska pistoletem w windzie. To Kaczyński wywołał temat, a Lis tylko odwrócił lufę tego pistoleciku w stronę prezesa. Nie wszystkie sztychy Lisa w stronę Kaczyńskiego były czyste i perfekcyjne, ale tym bardziej widoczny był brak argumentów i ripost na wykazywane niekonsekwencje, konfabulacje, czy pomówienia. Najwyraźniej chyba zostało to zaznaczone w momencie, kiedy Tomasz Lis poruszył sprawę opinii Kaczyńskiego, zawartą w jego ostatniej książce, że obecna kanclerz Niemiec, Angela Merkel, została szefem rządu w wyniku niejasnych układów. Podtekstem tego jest to, że jako urodzona w NRD musiała być pod wpływem Stasi…Podobnie było z tematem kiboli, gdzie Kaczyński odżegnując się od koalicji z nimi, jednocześnie bronił bandyty Staruchowicza, vel „Staruch”.

Continue Reading →

Medialny cyrk

Andrzej Ż., były pracownik Centralnego Biura Śledczego, prawnik, emeryt mundurowy, krótko pracownik jednego z warszawskich urzędów skarbowych, oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił w Alejach Ujazdowskich, na przeciwko KPRM. Pozostawił list do premiera Donalda Tuska, w którym stwierdza na podstawie „uzasadnionych podejrzeń popełnienia wielu przestępstw”, przez pracowników i kierownictwo US i że to jest motywem jego samopodpalenia. Wzmiankuje też o problemach ze znalezieniem pracy, jakoby z powodu szykan po ujawnieniu nieprawidłowości w US na warszawskiej Pradze. Andrzej Ż. na wielu prawicowych portalach i wielu gazetach jest bohaterem o sprawiedliwość i ofiarą „systemu”. Wina Tuska…

Andrzej Ż., były pracownik CBŚ, emeryt mundurowy z emeryturą w kwocie prawie 3000 zł miesięcznie, krótko pracownik jednego z warszawskich urzędów skarbowych, zwolniony po okresie trwania rocznej umowy, oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił w Alejach Ujazdowskich, na przeciwko KPRM. Pozostawił list do premiera Donalda Tuska, w którym stwierdza na podstawie : „uzasadnionych podejrzeń popełnienia wielu przestępstw”, przez pracowników i kierownictwo US i żet o jest motywem jego samopodpalenia. Tylko ogólnikowo pisze o przestępstwach w US, nie wspomina, że zadłużenie, do jakiego doprowadziła jego rodzina, kredytowe, na kartach płatniczych, jest zawinione przez niego. Tak, ponieważ kwota 3000 złotych jest dla wielu marzeniem, a nieumiejętność przeżycia za nią jest drwiną dla wielu z tych, którzy pozbawieni są nawet zasiłku… Pan Andrzej Ż. nie radzi sobie, nie jest to wina państwa, a już na pewno premiera Donalda Tuska…

Obie narracje są upowszechnione w mediach, internecie. W zależności od tego, jaka jest pozycja piszących i jakie są potrzeby, przeważa jedna, lub druga. Są to jednak głównie domysły i spekulacje, a dziennikarze i publicyści już próbują zakwalifikować sprawę politycznie, sugerują, komu ona zaszkodzi. I robią wszystko, jak bezcenny, nieoceniony dla Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Sakiewicz i jego tabloid, aby nadać temu tragicznemu wydarzeniu wymiar polityczny i ogólnospołeczny. Już porównuje się czyn sprzed KPRM do samospalenia Ryszarda Siwca z roku 1968, czy równie tragicznej śmierci Jana Palacha w czeskiej Pradze. Rozpoczęła się gra polityczna, zgodna z interesem Prawa i Sprawiedliwości. Nie ważne jest to, że Andrzej Ż. zwolniony został z pracy w roku 2008, a aktu desperackiego dokonał 3 lata później. Ważne jest to, że można to wykorzystać. Rzadko pojawia się gdzieniegdzie głos rozsądku, że może rzeczywiście coś jest na rzeczy ze sprawą funkcjonowania państwa, że warto przyjrzeć się prawu, procedurom, może powtórzyć kontrolę w tym urzędzie (które po pismach Andrzeja Ż. przeprowadzono, ale nie wykazały one nieprawidłowości), ale nie w atmosferze nagonki politycznej, kampanii wyborczej i tragedii człowieka i jego rodziny.

Na dziś wygląda to na to, że samopodpalenie Andrzeja Ż. to raczej sprawa dla biegłych lekarzy, psychiatrów. Może jest on tylko człowiekiem niedojrzałym emocjonalnie, może coś więcej. Ale akt, którego dokonał, mając pod opieką czwórkę potrzebujących go osób, należy najpierw rozpatrywać w kategoriach medycznych, później społecznych, na końcu politycznych. Tego wymaga odpowiedzialność, dziennikarzy, komentatorów, polityków. Andrzej Ż. to nie jest sprawa typu mordercy z łódzkiego biura PiS, Ryszarda C., a tak już zaczyna być medialnie traktowana.

Azrael

​​

Nergal, ten Zły

Adam Darski, muzyk, frontman znakomitej kapeli metalowej Behemoth, grającej ciężkiego, mrocznego rocka (nie znam się na stylach muzycznych, więc nie bardzo potrafię określić co to jest…), okraszonych doskonałymi klipami video, stał się bohaterem rozgrywki medialno-politycznej. Oto niektórym katolickim dziennikarzom nie spodobało się to, że Darski, noszący pseudonim Nergal, został jurorem muzycznego programu w telewizji publicznej. Nie podoba się to dziennikarzom, a za nimi także hierarchom kościelnym, z arcybiskupem Michalikiem na czele. Jeden z biskupów, ordynariusz włocławski, Wiesław Mering, wezwał nawet w liście pasterskim do nieposłuszeństwa obywatelskiego, mającego objawiać się niepłaceniem abonamentu radiowo-telewizyjnego. W ramach obrony wartości katolickich wezwał do łamania prawa…

Nergal ma być satanistą, czego dowodem miałoby być porwanie Biblii i nazwanie jej kłamliwą książką. Odbyło się to kilka lat temu, na prywatnym, zamkniętym koncercie, a doniesienie do prokuratury i sprawa sądowa zakończyły się uniewinnieniem muzyka. Okazało się jednak, że po trzech latach od wydarzenia kilku posłów Prawa i Sprawiedliwości poczuło się „religijnie obrażonych” i sprawa wróciła na wokandę. Zapewne wyrok będzie podobny, bo jeżeli nie, to okaże się, że wolność słowa i swoboda wypowiedzi artystycznej zostaną zanegowane. Bo tu nie ma mowy o żadnym publicznym znieważaniu symboli religijnych, wszystko to wydarzyło się w przestrzeni prywatnej, od której wara.

Continue Reading →

Tabloid dla niewybrednych

Tomasz Sakiewicz potrafi robić pieniądze. Niektórzy twierdzą, że nie ma żadnych hamulców, aby robić pieniądze, wykorzystując wszelkie metody. Dowodów nie brakuje, a tym koronnym jest wzrost nakładu jego flagowego wydawnictwa, tygodnika „Gazeta Polska”, który przez ostanie prawie półtora roku napędzany był historiami i bajkami o spiskach i zamachach, dotyczących katastrofy smoleńskiej. Dziś, jak dobry posokowiec, Sakiewicz poczuł złą krew wokół „Rzeczpospolitej”, która w wyniku zmiany właściciela może stracić swój narodowo-konserwatywny profil i postanowił wejść na rynek z dziennikiem, pod nazwą „Gazeta Polska Codziennie” (GPC). Ma być to tabloid polityczno-plotkarski, z położeniem nacisku na sport.

Szef wydawnictwa Niezależne Wydawnictwo Polskie Sp. z o.o. i naczelny GPC postanowił z przytupem zareklamować nowy dziennik. A właściwie nie tyle zareklamować, co w sowim stylu sprowokować skandal. Bo Sakiewicz oprócz pieniędzy lubuje się w skandalach i prowokacjach. Działa trochę metodą starą jak świat, prowokując reakcję oficjalnych instytucji i mediów, pozując na niezależnego i pokrzywdzonego, jednocześnie wykorzystując słabości i luki prawa. Przygotował spot reklamowy, w którym możemy obejrzeć zbitkę odniesień do rządów Platformy Obywatelskiej, mediów głównego nurtu, tragicznych śmierci kilku osób (m.in. Andrzeja Leppera, Grzegorza Michniewicza, ministra KPRM, Eugeniusza Wróbla, byłego wiceministra gospodarki) i zamachu na działacza PiS w Łodzi. Z 30 sekundowego spotu można wysnuć wniosek, że za wszystko odpowiedzialne są rządy PO i dlatego należy im patrzeć na ręce. Sakiewicz nie waha się przed posługiwaniem tragedią, zmarłymi, ale robi to zręcznie. Całość ma jednak wymiar prowokacji i jest zamierzonym działaniem na wywołanie afery. I to się udaje.

Continue Reading →

Dwa społeczeństwa

Do Andersa Behring Breivika nikt nie chce się przyznać. Wszyscy się odżegnują od znajomości z nim i powinowactwa poglądów. Zresztą poglądy mordercy z wyspy Utoya są mocno eklektyczne, choć budowane przez lata. Jego manifest to raczej potok myśli i zapożyczeń, niż realny projekt. I przez lata Breivik przygotowywał się do mordu, co już samo w sobie wyklucza, że był wariatem. Ale był socjopatą, którego do zbrodni popchnęły określone programy i manifesty działających w Europie ekstremistycznych organizacji, prawicowych i faszyzujących. I ma racje minister Radosław Sikorski, ze Polska jest pełna potencjalnych Breivików. Wystarczy poczytać prawicowe portale…

Społeczeństwo norweskie stanęło na wysokości zadania. Wyważone, ludzkie, ciepłe i współczujące słowa premiera, Jensa Stoltenberga, jego przekonanie, ze odpowiedzią za zamach i śmierć 76 osób będzie „więcej demokracji, więcej otwartości”. Norwegia jest i pozostanie krajem otwartym i przyjaznym, także dla emigrantów z innych kręgów kulturowych. Żadnej gry politycznej, nie tylko ze strony rządzącej partii, ale także opozycji. Wielu Norwegów zdaje sobie sprawę, że państwo i jego służby zawiodły w obliczu tego zamachu, ale nie ma histerycznych wezwań do dymisji, powoływania ad hoc komisji śledczych, czy wezwań do odwetu, lub ograniczenia dostępności do broni (a tej w Norwegii jest bardzo dużo). I nie jest to tylko sprawa porażenia ogromem tragedii, ale obraz kultury i świadomości społeczeństwa norweskiego. To zupełnie inna reakcja, niż można by się spodziewać po Amerykanach, nie mówiąc o Polakach. Żadnego ograniczenia praw obywatelskich, żadnego zaostrzenia prawa. Największe wrażenie jednak robi informacja, że odpowiedzią na zamach, zamach na demokracje tak naprawdę, jest masowy napływ nowych kandydatów do partii politycznych. Norwedzy, głownie młodzi, uznali, że konieczne jest wzmocnienie dyskusji społecznej i wsparcie państwa. W Polsce po katastrofie smoleńskiej Prawo i Sprawiedliwość tez odnotowało znaczny napływ członków. Tylko, że ich motywacją jest walka z państwem, III RP, a nie jego wzmocnienie…

Continue Reading →

Senator Piesiewicz

Kiedy pod koniec 2009 roku wybuchła afera wokół senatora Krzysztofa Piesiewicza, trudno było ją komentować. Właściwie nie bardzo było wiadomo, do jakiej kategorii ją zaliczyć – do skandali obyczajowych, takich na miarę afer Profumo, czy „bunga-bunga” Berlusconiego, czy była to afera kryminalna, z szantażem, okupem i narkotykami w tle, czy afera medialna, rozpętana dla celów politycznych. Dziś się okazuje, że wszystkiego było po trochu, a afera nie umarła, ponieważ nie tylko trwają postępowania prokuratorskie (w tym przeciwko senatorowi Piesiewiczowi), ale również ten polityk pragnie przedłużyć swoje funkcjonowanie w Senacie RP.

Na senatora Piesiewicza patrzymy jako na postać wieloznaczną. Wybitny prawnik, obrońca w wielu sprawach działaczy „S”, zaangażowany w sprawę wyjaśnienia śmierci księdza Popiełuszki. Jest to również artysta, a właściwie humanista, jego scenariusze nadawały głębi filmom Krzysztofa Kieślowskiego i nie były to proste interpretacje Dekalogu, czy innych przesłań płynących z wiary. No i na końcu również polityk, i choć bez specjalnego znaczenia formalnego, to jednak jego wypowiedzi, opinie miały wagę znaczną, jak choćby te na tematy lustracyjne. Ale sprawa afery zanegowała wszystkie te dokonania, a szczególnie rys moralny jego poczynań, słów, ocen. Jako liberał i libertyn uważałem, że dopóki senatorowi nie zostało udowodnione przestępstwo, mógł on pełnić swój mandat. Ale przez okres od grudnia 2009 do dziś nie posunęliśmy się praktycznie ani o krok do wyjaśnienia okoliczności afery, roli samego senatora. A on sam w tym nie pomaga, wręcz zaciemnia obraz.

Continue Reading →

Zapiski zza Atlantyku – 16. lipca

Gazetożerca, Rupert Murdoch

 

 

O czym lubimy czytać w gazetach? O tym co słychać w kraju, na świecie, sporcie, i polityce. Ale najbardziej fascynujące tematy to morderstwo, afera polityczna, oraz coś nowego na temat sławnych ludzi. Nie ma to jak miły wieczór z gazetą w ręku lub na stronie internetowej, gdzie można przeczytać o czymś co nas zszokuje, zmrozi krew w żyłach i oburzy. Włączając komputer większość z nas oczekuje wiadomości z przed kilku minut. Dzięki technologii ,szybkość przekazywania informacji jest niesamowita. Ludzie oczekują wiadomości 24/7. Oczekiwania rosną. Ludziom już nie wystarcza tylko wiadomość; ludzie oczekują zdjęć, wywiadów oraz czegoś pikantnego. Reality show przyzwyczaiły do oglądania życia zwykłych ludzi oraz celebry tow.

Popularność tych programów jest tak duża, że producenci wymyślają coraz to bardziej kontrowersyjne programy aby zachęcić widzów do oglądania. Widzom wydaje się, że maja prawo do podglądania życia innych ludzi. W USA programy typu „Jersey Show” „Kardashians” „Jean Simmons Show” etc. maja niesamowita oglądalność. Az do momentu kiedy wydarzy się coś strasznego. Wtedy wszyscy wyrażają oburzenie, że jak to ktoś śmiał wykorzystać kogoś życie prywatne aby zarobić. W pewnym sensie technologia niszczy prawdziwe dziennikarstwo. Darmowy dostęp do większości gazet powoduje ich masowa bankructwa. Nawet mogul, The New York Times, obawiając się upadku finansowego postanowił udostępnić tylko 20 artykułów w przeciągu czterech tygodni za darmo zmuszając tych, którzy czytają tę gazetę do subskrypcji. Gazety, które nadal zarabiają to plotkarskie i sensacyjne tabloidy.

Continue Reading →

Decyzja w sprawie KRRiT

W mediach publicznych jest jak w serialu “Moda na sukces” albo w innych telenowelach, brazylijskich, czy wenezuelskich, pełniących w telewizji z ulicy Woronicza rolę misyjną. Jakiś układ próbuje przejąć interes, inny go broni, cyngle, udający niezależność starają się odzyskać pozycje, a jakiś polityczny “ojciec chrzestny” szybko przeciwdziała. “Pożyteczni idioci”, lub takowych udający, a tak naprawdę żyjący z tego tortu medialnego, dalej bredzą o tym, że znów jest realizowany zamach na “polską instytucję kultury”, czy na dziedzictwo kulturowe i “niezależność mediów”…

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji to ciało dość kuriozalne, zapisane w Konstytucji RP, właściwie jako dodatkowy ośrodek władzy. I jeżeli jeszcze lata temu, kiedy z demokracją życia politycznego i społecznego szła konieczność zapewnienia odgórnie pluralizmu mediów, jej pozycja miała uzasadnienie. Dziś, kiedy ład reguluje rynek, jej funkcjonowanie w takiej postaci ma sens ograniczony. No, chyba że wykorzystuje się ją instrumentalnie – i politycznie.

Decyzja prezydenta Bronisława Komorowskiego, podtrzymująca dalsze działanie KRRiT w tym składzie, pomimo odrzucenia jej sprawozdania przez Sejm i Senat, jest oczywiście decyzją polityczną. To, że Sejm i Senat wnioski odrzuciły, głosami i PO i PiS, świadczy nie o tym, że obie te formacje tak samo oceniały jej pracę, ale o tym, że miały zgoła różne wobec niej oczekiwania i ocenę, właśnie polityczną. Bo przecież KRRiT w roku 2010 to tak naprawdę dwie rady – jedna pod kierownictwem Witolda Kołodziejczyka – człowieka PiS, druga – Jana Dworaka – człowieka prezydenta, mniej PO.

Continue Reading →

Zdradzeni o świcie

W piątek o poranku PAP opublikował komunikat spółki Gremia Media, której głównym akcjonariuszem jest Grzegorz Hajdarowicz, że zakupiła ona spółkę Mecom Poland Holding, która jest właścicielem między innymi 51,01procenta spółki Presspublica. Kwota transakcji to 80 mln złotych. Pozostałe 48,99 procenta pozostaje w gestii drugiego udziałowca, czyli Skarbu Państwa.

Wszystko odbyło się lege artis, a do tego z korzyścią dla Polski – oto sztandarowy, wręcz symboliczny tytuł wraca w polskie ręce. I to nie koniec – PAP w następnym komunikacie poinformował, że Skarb Państwa podtrzymuje swoją chęć pozbycia się udziałów, a więc państwo (czytaj – władza) chce ograniczyć wpływ na niezależne media. Hajdarowicz będzie miał prawo do negocjacji przy zakupie udziałów państwa w wydawnictwie.

Wydaje się, że polski świat dziennikarski nie powinien mieć zastrzeżeń – prywatny koncern zagraniczny zbywa udziały na rzecz polskiego inwestora. Zgodnie z zasadami wolnego rynku. Ale okazuje się, że nie. Natychmiast na dziennikarskich, prawicowych portalach (o ile propisowskie strony internetowe można nazwać prawicowymi…) podniosło się larum – Anglicy zdradzili o świcie i przekazali ostatni bastion konserwatywnego dziennikarstwa w mainstreamie, czyli „Rzeczpospolitą”ą i „Uważam Rze” w ręce wydawcy „lewackich” czasopism, jak to elegancko określa na swoim blogu dziennikarz Igor Janke, „Przekroju” i „Sukcesu”.

Continue Reading →

Zbrodnia uniewinniona

Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie uniewinnił oskarżonych o zbrodnię w sprawie Nangar Khel. Prokuratura wojskowa oskarżyła siedmiu żołnierzy z 18. Bielskiego Batalionu Desantowo-Szturmowego, uznając, że dopuścili się oni zbrodni wojennej ostrzeliwując ogniem bezpośrednim z granatników i broni maszynowej wioskę afgańską, zabijając w sumie osiem cywilnych osób, w tym troje dzieci, a kilkanaście innych ciężko raniąc.

Wyrok sądu, choć wygodny dla wielu, nie zamyka sprawy, zarówno pod względem formalnym (odwołanie złoży prokuratura), ale przede wszystkim moralnym. Przewodniczący składu orzekającego, sędzia płk. Mirosław Jaroszewskie w sentencji wyroku stwierdził, że „materiał zgromadzony przez prokuraturę nie pozwala udowodnić winy”. Nie oznacza to wcale, że zostało udowodnione przed sądem, że do zbrodni nie doszło.

Jeszcze raz przypomnijmy – w wyniku ostrzału moździerzowego oraz BEZPOŚREDNIEGO ostrzału z broni maszynowej, (choć nie ma udało się ustalić liczby ofiar , które zginęły od kul) w wiosce zginęło 6 osób, później jeszcze dwie zmarły w wyniku ran, kilkanaście zostało rannych – w tym trzy kobiety ciężko, które potem były leczone w Polsce. Jak już na wstępnym etapie ustaliła prokuratura, atak był niesprowokowany i wykonany z zamiarem zabicia ludności cywilnej. Ze śledztwa wynikało, iż żołnierze z Polskiego Kontyngentu Wojskowego pojechali specjalnie do wioski, kilka godzin po wybuchu miny pod polskim transporterem i bez powodu otworzyli ogień – nie będąc atakowani. Działali na podstawie bezpośredniego rozkazu szefa polskiej bazy, majora Olgierda C., a pewne jest to, że rozkaz ten został wydany niezgodnie z obowiązującymi polskie wojska zadami R0E (Rules of Engagement – zasadami walki) dla kontyngentów ISAF. Ale najważniejsze jest, co wynikało z samych zeznań żołnierzy, że byli oni świadomi tego, że rozkaz jest zbrodniczy. Działania polskich żołnierzy były inspirowane przez bezpośrednich dowódców – od dowódcy plutonu do dowódcy bazy w Wazi Khwa włącznie. Nie było w tym żadnych Amerykanów – nie było żadnej wadliwej broni – był metodyczny ostrzał wzgórz, okolic wioski i samej wioski.

Continue Reading →

Gra operacyjna

Polskie media są obiektem manipulacji. Manipulują nimi służby specjalne – zarówno te, które podlegają aktualnej władzy, jak i te, które władza odsunęła po zmianie politycznej na boczny tor. Mediami grają także politycy, którzy pojęli tę umiejętność i wiedzę, jak to może dobrze robić na wyniki sondażowe. Czasem dobrze zrobiona „wrzuta” do mediów przynosi lepsze efekty, niż setki tysiące złotych wydane na marketing. A w skrajnym przypadku manipulacji dokonują wspólnie media i politycy. Tak było przy sprawie domniemanego pobicia przez bojówkarzy z PO p. Anny Cugier-Kotki, gdzie ewidentnie została zrealizowana prowokacja jednej z gazet codziennych i prominentnego polityka Prawa i Sprawiedliwości, znanego z zamiłowania do szybkiej jazdy samochodem i tanich leśniczówek…

Kiedy Donald Tusk zdecydował, że Mariusz Kamiński pozostanie na czele Centralnego Biura Antykorupcyjnego (zresztą za namową Grzegorza Schetyny), wiadomo było, że jest to tykająca bomba. Misją Kamińskiego, działającego w imieniu Prawa i Sprawiedliwości było zmontowanie afery. I to się udało. Wybuchła tak zwana afera hazardowa, która jednak PO i rządu Donalda Tuska nie obaliła. W październiku 2009 roku Kamiński opuścił budynki CBA, ale z wiedzą, która można politycznie wykorzystać. Kamiński jest z powrotem członkiem Prawa i Sprawiedliwości i choć ciążą na nim prokuratorskie oskarżenie, zapewne będzie kandydował z ramienia partii Jarosława Kaczyńskiego do Sejmu. Ale trzeba sobie na to rzetelnie zapracować. Tylko trzeba uruchomić odpowiednie mechanizmy.

​Tygodnik „Uważam Rze”,a właściwie redaktor zadaniowy, Cezary Gmyz, „dotarł” do do dwóch listów, wysłanych przez Mariusza Kamińskiego do prokuratura generalnego Andrzeja Seremeta. Kamiński wyraził w nich zaniepokojenie przebiegiem śledztw, w których CBA uczestniczyło. I przy okazji Mariusz Kamiński udzielił tygodnikowi (red. Gmyzowi, oczywiście, i Piotrowi Zarembie ) wywiadu.

Continue Reading →

Etyka dostosowana do okoliczności

Czasem od samego zdarzenia ciekawsze jest to, jak jest ono ocenianie i komentowane, w zależności od zajmowanych pozycji. Jakie pozycje i postawy zajmują poszczególne osoby, obserwatorzy, dziennikarze. Tak jest właśnie z „występem” Grzegorza Brauna, reżysera dokumentalisty, skandalisty lustracyjnego i polityka-amatora, jaki został przedstawiony ponad miesiąc temu na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Tam, gdzie nauczał chyba najbardziej intelektualny i żywy społecznie hierarcha współczesnego polskiego Kościoła katolickiego, abp Józef Życiński.

Przypomnijmy fakty; 11. kwietnia, na spotkaniu studenckiego koła historycznego, Braun nazwał zmarłego wielkiego kanclerza tej uczelni i metropolitę lubelskiego, abp. Józefa Życińskiego kłamcą i łajdakiem. Stwierdził też między innymi, że abp Życiński w życiu publicznym opowiedział się po stronie wrogów Kościoła i wrogów państwa polskiego. Było to przy okazji prezentacji przez niego filmu poświęconego aborcji, eutanazji i zapłodnieniu in vitro. O samym Józefie Życińskim mówił tak przy okazji, odpowiadając na pytanie z sali. A słowa jego spowodowały na sali oklaski aprobaty i co na nagranym filmie ze spotkania widać, praktycznie żadną reakcję organizatorów. I zapadła na miesiąc cisza w sprawie…

I cisza by była nadal, gdyby nie to, że nagrany film ze spotkania, ukazał się na portalu gazety „Idź pod prąd”, związanej z Kościołem Nowego Przymierza Pawła Chojeckiego, czymś w rodzaju instytucji kaznodziejstwa chrześcijańskiego, żeby nie napisać, że sekty. „Gazeta Wyborcza”, którą oskarżono o wykorzystanie sprawy niecnych celach, czyli do ataku na „patriotę i oczywiście „niezależność opinii”, dowiedziała o występie Brauna dopiero po opublikowaniu filmiku. I słusznie, bo inaczej nikt by się nie dowiedział o fekaliach intelektu p. Brauna, szkalujących zmarłego arcybiskupa. I nikt nie miałby okazji zająć w tej bulwersującej sprawie stanowiska, jakie nakazuje mu sumienie.

Continue Reading →