
Anegdotyczne newsy, jakie do nas dochodziły jeszcze przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej, jako choćby te, że istnieje norma na krzywiznę bananów, nie są tak do końca tylko humoreskami. Chęć wpływu i kontroli nad coraz szerszymi sferami życia publicznego obywateli Unii jest widoczna.
Wczoraj dowiedzieliśmy się o tym, że jedna z posłanek estońskich Marianne Mikko, socjalistka i przedstawicielka mediów (tradycyjnych) jest współautorką raportu UE, „O koncentracji i pluralizmie mediów w UE”, którego jedną z konkluzji jest postulat dobrowolnego znakowania blogów, tak, aby odbiorca wiedział, kto za nim stoi i czyje interesy reprezentuje.
Według tłumaczenia pani Mikko, ta inicjatywa ma oddzielić wyraźnie te blogi, które reprezentują formalne grupy interesów, mające na celu promowania swoich przesłań.
Muszę powiedzieć, że jako liberał i człowiek miłujący wolność (i swobodę wypowiedzi) – przyjąłem z początku ten pomysł z wyraźnym sceptycyzmem. Dlaczego i dla jakich celów ktoś chce wiedzieć „kto za mną stoi”? Czy pisanie moje nie broni się samo, czy opinie, choć pod nickiem umieszczane, nie są wiarygodne? Od tego tylko krok do formalnych rejestracji, opłat, kontroli i specjalnych cookies służb specjalnych na moim blogu (choć pewnie google światowe już to załatwia…).
Z drugiej strony jednak blog w ciągu ostatnich kilku lat diametralnie zmienił swoją rolę. Nie jest to już tylko pamiętnik internetowy, ale strona, przy pomocy której załatwia się różnego rodzaju sprawy – w tym „interesy”. Interesy mogą być różne, polityczne, marketingowe, PR, czarny PR, reklama, lobbing… Ten pomysł jest jednak wart rozpatrzenia – i odrzucenia oczywiście.
Unia Europejska bierze się za sprawę dość delikatnie. Nie to co rząd szwedzki, który już wprowadził już regulacje prawne, kontrolujące pocztę i chaty internetowe. Wydaje się jednak, że Unia nie podejmie się tego rodzaju regulacji, bo byłaby to zbyt wysoka cena za chęć regulacji tego, co regulować, nawet w warunkach Chin Ludowych się nie daje.
Dwie uwagi natury bardziej osobistej;
Piszę w sieci bloga od 2 lat, pod swoim nickiem, ale jednocześnie uważam, że odpowiedzialność za słowo i opinie nakłada na mnie obowiązek, aby w wypadkach szczególnych ujawniać swoje dane. Dlatego na przykład na tych polskich portalach, na których prowadzę swoje blogi, ich admini znają moje dane personalne – a nawet twarz. I przyznam się, nikt do tej pory nie zdradził osobom pokątnym mojej tożsamości.
Jednym z powodów mojego prawie całkowitego wycofania się z Salonu 24 było to, że zauważyłem, że portal ten realizuje od dłuższego czasu nie zadania publicystyki niezależnej, lecz linię polityczną i medialną gazety, w której twórca portalu, Igor Janke pisze – czyli „Rzeczpospolitej”. Poza tym właśnie ten portal realizuje zadania polityczne także dla „Gazety Polskiej” oraz „Teologii Politycznej”. Na portalu pisze obecnie kilkunastu „wynajętych” dziennikarzy, którzy pod nickami prowadzą klasyczny lobbing swoich wydawców. Koronnym tego dowodem był sieciowy marketing książki Bronisława Wildsteina, „Dolina nicości”.
Dodatkowo zauważyłem, że Salon24 jest hostingowany na tej samej platformie, co inne wydawnictwa „Presspubliki”… Czy w związku z tym nagłówek „Niezależne forum publicystów” nie jest nadużyciem?!
Azrael
Najnowsze komentarze