
Kilka razy w tygodniu uprawiam jogging. A że warunki mam znakomite – AWF warszawski i Lasek Bielański w zasięgu kilkuset metrów – jest to wyjątkowa przyjemność. Na trasie biegu często spotykam starszego, szczupłego, niepozornego mężczyznę, który z racji wieku już nie biega, lecz uprawia nordic walking – czyli szybki marsz z kijkami. Zawsze uśmiechnięty, pogodny, odwzajemnia pozdrowienia. To Wojciech Zabłocki – wybitny niegdyś polski szermierz – a także wybitny architekt. Między innymi hala gier zespołowych jest jego AWF jest jego autorstwa. Jest on także autorem planu zagospodarowania prawego brzegu Wisły, w Warszawie, co miało być elemntem zgłoszenia naszej stolicy do Igrzysk Olimpijskich – bodajże w 2020 roku. Syn fechmistrza Zabłockiego, Michał, też był szermierzem, członkiem polskiej kadry, lecz kłopoty z kręgosłupem nie pozwoliły mu na kontynuację kariery. Zyskała na tym polska poezja…
Polska szermierka była niegdyś sportem nie tyle może elitarnym – co sportem, który przyciągał ludzi inteligentnych i kształtował wybitne osobowości. Warto wspomnieć mecenasa Parulskiego, Witolda Woydę, czy obecnego sekretarza generalnego PKOL – Adama Krzesińskiego. Kluby szermiercze były głównie na uczelniach, środowisko było spójne i właśnie trzymające poziom, jaki w innych dyscyplinach trudno było osiągnąć.
Okazuje się jednak, że sitwa układów potrafi wszystko zniszczyć.
Po sromotnie przegranych zawodach w Pekinie, polskie florecistki, aktualne mistrzynie świata, uchyliły rąbka tajemnicy. Okazuje się, że Polski Związek Szermierczy zżerają plagi – właśnie plaga sitwy, skupiając dwór prezesa, Adama Lisewskiego, składający się z działaczy i wybranych trenerów, w tym trenera florecistek, Pagińskiego, i rak choroby alkoholowej, jak się wydaje tej samej ekipy. Polscy zawodnicy, bo Sylwię Gruchałę i jej koleżanki poparli polscy srebrni szpadziści, przekazali mediom, że nie mieli zapewnionych odpowiednich warunków do treningu, odpowiedniego wsparcia organizacyjnego, medycznego i fizjologicznego.
Można by to złożyć na karb frustracji z porażki polskiej, niesfornej florecistki. Jednak zdecydowany głos zawodników, który spotkał się zresztą z dość obcesową, żeby nie powiedzieć, chamską, reakcją Lisewskiego – został poparty przez byłego działacza związku – wspomnianego już Adama Krzesińskiego. Potwierdził on słowa o alkoholizmie, jednoznacznie wskazując na prezesa związku, dodał do tego uwagi o braku profesjonalizmu w zarządzaniu, braki marketingu i o tym, że środowisko jest rozbite, które władze PZS mogą rozgrywać dla własnych korzyści, dysponując najpoważniejszym orężem – czyli pieniędzmi.
Polskie związki sportowe mają dosyć dużą autonomię. To dobrze, dobrze wtedy, kiedy są one dobrze zarządzane, źle, kiedy na czele organizacji stoją „wujowie”, którzy realizują własne zadania, głównie kręcąc lody dla siebie. Przykład PZPN, a wcześniej patologii w Polskim Związku Piłki Siatkowej, za czasów kierowania związkiem przez pana Biesiadę – wskazują, że brak nadzoru, głównie ze strony Ministerstwa Sportu i Turystyki prowadzi do takich wynaturzeń, jak te opisane przez polskich zawodników.
MSiT ma jednak argumenty – to ono właśnie opiniuje wnioski i przedziela dotacje z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej i ze Skarbu Państwa na działanie związku i szkolenia centralne. PZS nie ma dużych możliwości pozyskiwania środków z innych źródeł. Mam nadzieję, że minister Drzewiecki szybko i radykalnie wkroczy w to, co się dzieje w tej organizacji i nie pozwoli umrzeć tej tak prawdziwie polskiej dyscyplinie sportu.
Polska norma, która przyzwala na tego rodzaju patologie, niszczy polski sport.
Azrael