Co dalej z ACTA?

Dyskusja o umowie międzynarodowej ACTA przybrała różne formy, w zależności od tego, kto ją prowadzi, co w niej widzi, jakie z niej (według danego komentatora) płyną zagrożenia, jaki może mieć wpływ na internet, życie kulturalne, prawa własności intelektualnej, prawa majątkowe twórców i pośredników, etc, etc.. Obszarów dyskusji zrobiło się tak dużo, że trudno je ogarnąć. Przy okazji dochodzi do tak dziwnych porównań, jakie uczynił Jacek Żakowski, który w jednym zdaniu zestawił prawa majątkowe i prawa swobodnego do odstępu do treści w internecie – kategorię prawną i kategorię społeczną, obywatelską.

Teoretycznie podpisane już przez Polskę porozumienie ACTA ma za zadanie chronić prawa autorskie twórców, w szczególności chodzi o dobra trwałe i dobra licencyjne. W Polsce zostało to sprowadzone do kategorii internetu i problemu, czy w sieci nie zapanuje cenzura – jak to ładnie ujął jeden z anonimowych hakerów – czy nie zostanie ograniczone prawo do kradzieży. Problemem nie są zapisy umowy, ale to, czy ten, kto w sieci kradnie, będzie miał ochronę swoich danych osobowych, a pośrednik (paser?) nie będzie zmuszony do ich przekazania. Trywializuję temat? Tak, owszem, ale poważne dyskusje o tym, czy cenzura internetu, która jakoby ma wypływać z ACTA nie toczy się na ulicach, w trakcie protestów, ale dość nieśmiało w mediach. To jest problemem, a nie demonstracje, na których, co już widać, wiele sił politycznych i pseudopatriotycznych chce zbić kapitał.

Sedno problemu umowy ACTA, w skali globalnej ujął wczoraj w programie Tomasza Lisa w telewizji publicznej nie socjolog kultury, prawnik, czy medioznawca, ale muzyk i performer Piotr „Glaca” Mohamed. Stwierdził przytomnie, że ACTA to umowa będącą zmową wielkich koncernów i producentów różnych dóbr, nie tylko z segmentu kultury, w ochronie swoich praw własności, patentów, licencji, praw produkcji. Praw uzasadnionych, ale również stanowiących zagrożenie dla rozwoju społecznego, dla praw niektórych producentów, nawet państwa. „Glaca” przedstawił jeden argument – stwierdził, że na podstawie przepisów ACTA można zbudować rozporządzenia blokujące produkcję tańszych, generycznych leków. To może być zagrożeniem dla wielu szerokich grup ludności, nawet państw. Wystarczy podać przykład leków przeciwko AIDS, ich tańszych mutacji i zestawić to z problemem tej śmiertelnej choroby w wielu biednych krajach Afryki. Problem ACTA w Polsce i zagrażających z tego powodu problemów młodych internatów to „pan Pikuś”…

Continue Reading →

Zapiski zza Atlantyku – 24. stycznia

Wypadek

7 października 2011 roku. Manhattan, New York, grupa młodych ludzi jedzie na weekend do Vermont. Nic nie zapowiada tragedii. Trudno powiedzieć co się naprawdę stało. Kierowca samochodu popełnił fatalną pomyłkę, która zakończyła się poważnym wypadkiem . Alexandra Błaszczuk, pasażerka samochodu, doznała poważnych uszkodzę kręgosłupa. Już nigdy nie będzie mogła chodzić.

W USA po wypadku pomoc jest bardzo szybka. Na miejsce wypadku od razu przybywa karetka pogotowia , straż pożarna oraz policja. W przeciągu kilku minut, ofiary są zabierane do szpitala gdzie lekarze specjaliści mają dostęp do najlepszego sprzętu. Czasami jednak nawet najlepsi specjaliści oraz sprzęt nie są w stanie odwrócić skutków poważnych urazów. W przypadku Alexandry Błaszczuk tak właśnie było. Pomimo natychmiastowej operacji, pobytu w klinice rehabilitacyjnej będzie sparaliżowana do końca życia.

Na swojej stronie internetowej, Alexandra poprosiła ludzi o pomoc finansową.

Continue Reading →

ACTA – trochę realizmu

Jestem zwolennikiem regulacji dystrybucji informacji i treści w sieci, jak również kontroli tego, czy prawo własności (prawa majątkowe i prawa intelektualne) są przestrzegane. W związku z tym muszę być również zwolennikiem regulacji ACTA, a właściwie tego, co może ta umowa przynieść.

ACTA to nic innego jak międzynarodowa umowa handlowa o zwalczaniu obrotu podróbkami, skierowana w stronę obrony prawa majątkowych i autorskich – wszystkich. Element dystrybucji w otwartej sieci jest tak jakby elementem dodatkowym. Ograniczenie tej dystrybucji i poddanie jej kontroli (szczególnie chodzi o strony, portale, serwery) budzi objawy, że kryje się za tym próba ograniczenia praw użytkowników internetu. Czyli – cenzura. Czy są to obawy uzasadnione? Tak, ale nie wynika to z zapisów ACTA. Jeżeli się prześledzi tę stosunkową krótką umowę handlową (uwaga – która nie jest obligatoryjna dla Polski, w myśl przepisów Unii Europejskiej, choć Rada Unii ją przyjęła pod koniec ubiegłego roku), to widać, że dopiero wprowadzenie regulacji krajowych, lub skorzystanie z już obowiązującego prawa o ochronie praw autorskich, czy znaków towarowych, może doprowadzić do ograniczenia praw dostępu do treści internetowych. Dopiero, kiedy Polska po podpisaniu umowy przystąpiłaby do porozumienia, dopiero wtedy ustalenia stałego komitetu ACTA byłyby dla nas obowiązujące. Można to sprawdzić, czytając i treść ACTA i opinie na jej temat, zamieszczone na stronie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To, że grozi internatom zablokowanie dostępu do treści, blokowanie i usuwanie stron, czy nawet odcinanie od sieci – nie wynika z samego ACTA.

Prace nad ACTA trwają od roku 2006 i są poufne. To jest problem podstawowy. Tak naprawdę do końca nie wiadomo, kto stoi za treścią umowy. Nie jest jasne, czy są to ustalenia rządowe, czy eksperckie, tryb procedowania i przyjęcia tego dokumentu (także na szczeblu unijnym) jest mocno podejrzany. Budzi to podejrzenia, że jest to forma totalitarnej (podjętej przez korporacje) próby ograniczenia demokracji (a może anarchii…) w internecie. Jest winą polityków, że doprowadzili do sytuacji (nie tylko zresztą w Polsce), że umowa traktowana jest jako zamach na wolność słowa. W Polsce ma to dość dramatyczny wyraz, ponieważ wszyscy mający dostęp do sieci pamiętają zamieszanie związane z próbą wprowadzenia Rejestru Usług i Stron Niedozwolonych i dyrektywy audiowizualnej, mającej wprowadzić obowiązek rejestracji serwisów i filmów udostępnianych w internecie.

Continue Reading →

Wyrok na historii

Podstawą wczorajszego wyroku sądu, skazującego członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego za wprowadzenie stanu wojennego, jest zastosowanie przepisu o stworzeniu przez nich „związku przestępczego o charakterze zbrojnym”. To wykładania stosowana do wczoraj pod adresem kryminalnych grup przestępczych – tym razem zastosowano ją wobec byłych polityków i urzędników państwa.

O tym, że stan wojenny został wprowadzony nielegalnie wiemy jednak nie z wczorajszego wyroku, lecz z wyroku Trybunału Konstytucyjnego z marca ubiegłego roku. Trybunał uznał dwa dekrety z 12 grudnia, o wprowadzeniu stanu wojennego oraz o postępowaniach szczególnych w sprawach o przestępstwa i wykroczenia w czasie stanu wojennego za niezgodne z Konstytucją PRL. Trybunał potwierdził, że Rada Państwa nie miała prawa wprowadzić stanu wojennego na mocy dekretów – ich wydawanie było możliwe tylko w przerwach między sesjami Sejmu, a w grudniu 1981 r. sesja trwała. Trzeba w związku z tym było znaleźć winnych. I znaleziono.

Proces Wojciecha Jaruzelskiego, Czesława Kiszczaka, Stanisława Kani i innych uczestników tamtych wydarzeń był procesem politycznym. Jego ocena nie trzyma się jednak podziałów ideowych i politycznych, ale jest raczej pochodną świadomości tamtych czasów, wynikająca z wieku i doświadczeń, a także umiejętności racjonalnego zrozumienia uwarunkowań, w jakich działali wszyscy uczestnicy tamtych wydarzeń. Wyraźnie daje się to odczuć, słuchając bardzo zróżnicowanych ocen wyroku ówczesnych opozycjonistów, takich jak Stefan Niesiołowski, Jan Lityński, Andrzej Celiński, Bogdan Borusewicz. Ludzie, którzy tamte czasy przeżyli świadomie, a w nowej Polsce potrafili się odnaleźć i czują się z nią związani, a także są wstanie zrozumieć motywacje ludzkie – wiedzą, że proces Jaruzelskiego i Kiszczaka miał charakter czysto polityczny, a akt oskarżenia, oparty o przepis kodeksu karnego, mówiący o kierowaniu związkiem zbrojnym, miał znamiona zemsty. Wojciech Jaruzelski to doskonale zrozumiał, wie, że znalazł się na sali sądowej po to, aby dokonano na nim – a także na tych, którzy w 1989 roku zawarli z nim pakt społeczny dla nowej Polski – zemsty politycznej.

Continue Reading →

Układanka prokuratorska

Ma rację były minister sprawiedliwości poprzedniego rządu, Krzysztof Kwiatkowski, że to, co stało za desperackim czynem płk. Mikołaja Przybyła, prokuratora okręgowego prokuratury wojskowej w Poznaniu, musi wyjaśnić prokurator Andrzej Seremet. To leży nie tylko w interesie całej prokuratury, jej części wojskowej, ale przede wszystkim dotyczy jego wizerunku.

Płk. Przybył w swoim wystąpieniu przedstawił prokuraturę wojskową jako twierdzę niezależności, która jest poddawana naciskom i manipulacjom. Niedwuznacznie oskarżył prokuratora generalnego, że używając instrumentów będących w jego dyspozycji (prokuratur cywilnych), paraliżuje postępowania prowadzone przez prokuraturę poznańską. Wskazał, że może chodzić o sprawy związane z postępowaniami związanymi z korupcją w wojsku. Planowana reorganizacja prokuratury wojskowej (włączenie jej w struktury prokuratury cywilnej) miałaby oznaczać próby zamiecenia pod dywan korupcji na najwyższych szczeblach wojska, także w MON-ie.

Drugim elementem miałoby by być wykorzystywanie dziennikarzy śledczych do bezpośredniej walki z płk. Przybyłem, w kontekście prowadzonego przez niego śledztwa w sprawie przekazywania informacji przez prokuratora cywilnego, Marka Pasionka. W tej sprawie jest kilka zagadnień. Pierwszym z nich jest przekazywanie informacji i szczegółów śledztwa smoleńskiego przez Pasionka dziennikarzom i agentom służb amerykańskich. To postępowanie, wszczęte na wniosek szefa prokuratury wojskowej, generała Krzysztofa Parulskiego, zostało przez prokuraturę cywilną umorzone. Niektóre źródła informują, że stało się to na skutek wyraźnych nacisków naszych amerykańskich sojuszników, którzy nie lubią być zamieszani w takie sprawy. Drugi problem, to oskarżenia wysuwane pod adresem samego płk. Przybyła i jego zespołu, że w sposób nieuprawniony domagał się billingów i treści sms-ów dziennikarzy, którzy z Pasionkiem rozmawiali. Oba te zagadnienia łączy osoba prokuratora generalnego, Andrzeja Seremeta. To on umarza śledztwo przeciwko Pasionkowi i to on nie stanął po stronie prokuratury wojskowej w sprawie billingów i sms. Wręcz wygląda na to, że chce wykorzystać nadarzająca się okazję do podporządkowania sobie prokuratury wojskowej.

Continue Reading →

Sondaże z kapelusza

Na początek wyniki sondaży badania opinii publicznej z ostatnich dni, pokazujące poparcie dla dwóch największych partii politycznych;

Homo Homini: PO: 31%, PiS 29%

OBOP: PO 46%, PiS 29%

MillwardBrown SMG/KRC: PO: 35%, PiS: 29%

Jak widzimy, różnica waha się od 2% do aż 17%. I czy można na tej podstawie wysnuć jakieś wnioski? Można. Takie, że znów, podobnie jak w przypadku wyborów prezydenckich w roku 2010 i parlamentarnych z roku 2007, niektóre sondażownie czeka kompromitacja. A drugim wnioskiem jest taki, że sondaże, niezależnie od tego kto je zrobił i jakich metod użył, mogą być przydatne marketingowo, do mobilizacji elektoratu. Nie przybliżają nas jednak do odpowiedzi na pytanie, która partia i z jaką przewagą wygra październikowe wybory do Sejmu. A prognozowanie wyników do Senatu w tym roku, z racji zmiany ordynacji, jest zupełnym wróżeniem z fusów.

Warto pamiętać, że badania ośrodków opinii publicznej nie dotyczą tego, kto i z jakim wynikiem wygra wybory, ale tak naprawdę są to badania preferencji politycznych wyborców. To, czy przełożą się one na faktyczne wyniki, zależy od tego, jak dokładnie zostanie przeprowadzony sondaż, czy będzie on telefoniczny, czy ankieterski, jak duża grupa zostanie poddana badaniom, a także jak zostanie przeprowadzona estymacja wyników badania na całą populację wyborców, uprawnionych do głosowania. Chyba najważniejszym problemem jest to, jak zostanie zaliczona (policzona) grupa wyborców niezdecydowanych, nie tylko na jaką partię oddać głos, ale także tych niezdecydowanych, czy do wyborów w ogóle pójdą. Bo wyniki głosowania twardego elektoratu poszczególnych partii mogą zmienić swoją siłę w zależności od tego, czy frekwencja wyborcza będzie wynosiła 40, 50 czy może 60% wszystkich uprawnionych do głosowania.

Continue Reading →

Test klasy politycznej

Komisja śledcza badająca okoliczności śmierci Barbary Blidy zakończyła swoją działalność definitywnie. Raport został zamknięty i przedstawiony przez szefa komisji, Ryszarda Kalisza, przed Sejmem. Głównym politycznym wnioskiem komisji jest postawienie przed Trybunałem Stanu Jarosława Kaczyńskiego, byłego premiera i Zbigniewa Ziobro, byłego ministra sprawiedliwości. Kilku innych funkcjonariuszy państwa powinno stanąć przed sądami karnymi. Ryszard Kalisz w swoim wystąpieniu położył nacisk na sprawczą rolę Jarosława Kaczyńskiego, stawiając tezę, że to jego decyzja była podstawą do uruchomienia wszystkich instrumentów służb państwa, mających doprowadzić do zatrzymania byłej posłanki – i wyjścia na „układ” lewicy.

Ryszard Kalisz, główny autor raportu, zwrócił uwagę na naruszenia Konstytucji RP na szczeblu rządu. Dobitnie pokazuje, gdzie zostały przekroczone konkretne przepisy prawa, co z kolei ma wpływ na wystąpienie deliktu konstytucyjnego, dokonanego przez Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro. To powoduje, że obaj mogą stanąć przed Trybunałem Stanu, niezależnie postępowań karnych. Do postawienia ich przed trybunałem wystarczy wola polityczna, przekonanie posłów, że oto urzędnicy państwa sprzeniewierzyli się Konstytucji RP. Kalisz za to precyzyjnie określa, za co powinni karnie odpowiadać były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Bogdan Święczkowski oraz były wiceszef Agencji Grzegorz Ocieczek.

Continue Reading →

Pożegnanie z senatorem

Krzysztof Piesiewicz nie będzie senatorem. Zrezygnował z kandydowania w dniu kiedy mijał termin składania kart z podpisami o poparciu jego kandydatury i w dniu, kiedy skazano grupę jego szantażystów. Rezygnację motywował tym, że w internecie znów pojawiły się materiały pokazującego jego „dokonania” z kokainą i oryginalny ubiór domowy…

Przykro to powiedzieć o człowieku zasłużonym dla polskiej polityki, palestry i kultury, ale Pan Piesiewicz nie rozumie prawideł demokracji, a również tego, że stał się osobą niewiarygodną. Człowiek, który swego czasu nie tylko wykazał się odwagą cywilną, zdolnością walki o standardy demokratyczne i jednocześnie, razem z Krzysztofem Kieślowskim, „nauczał” o moralności, prawdzie, winie, kłamstwie – nie potrafi zachować obiektywizmu wobec siebie, jako człowieka, a przede wszystkim jako służebnego wobec społeczeństwa. Nikt nigdy nie wymagał od senatora ekspiacji, ale tylko uczciwej oceny swojego postępowania i przyznania się do błędów. Piesiewicz nigdy tego jasno, publicznie, jak na postać zaufania społecznego przystało, nie uczynił.

Kiedy afera wybuchła, trudno było ją komentować, bardzo było wiadomo, do jakiej kategorii ją zaliczyć – do skandali obyczajowych, takich na miarę afer „bunga-bunga” Berlusconiego, czy do afer kryminalnych, z szantażem, okupem i narkotykami w tle, czy może do afer medialnych, rozpętanych dla celów politycznych. Dziś wiadomo, że jest to kryzys wartości wybitnego człowieka.

Warto przypomnieć, że najistotniejszym problemem, z jakim mamy do czynienia w przypadku Pisiewicza, nie są wcale nagrania video, jakie opublikował „Super Express”, lecz to, że senator RP, prawnik, poddał się szantażowi, co zostało potwierdzone wyrokiem sądu. I to jest dla niego dyskwalifikujące, jako prawnika, jako polityka. Piesiewicz, jako senator, miał zobowiązanie do pełnienia swojej funkcji, otrzymanej z mandatu społecznego, w sposób całkowicie odpowiedzialny i moralnie czysty. Szantaż, wiarygodne podejrzenia nie tylko zażywania narkotyków, kokainy, ale również ich udostępniania, to sprawy dyskwalifikujące. W demokracjach stabilnych, funkcjonowanie takiego polityka kończy się w ciągu maksymalnie kilku dni od daty ujawnienia kompromitujących go szczegółów.

Z chwilą wygaśnięcia mandatu senatora, Piesiewiczowi zostaną postawione zarzuty dotyczące zażywania, ale również rozpowszechniania narkotyków. Prokuratura twierdzi, że ma twarde dowody dotyczące tych czynów. To będzie chwila prawdy dla niego. I chciałyby zobaczyć jeszcze Krzysztofa Piesiewicza w todze z zielonym żabotem na sali sądowej, lub obejrzeć film według jego scenariusza, a nawet wysłuchać jego głębokich i trafnych opinii, ale istnieje większe prawdopodobieństwo, że już nigdy nie zaistnieje on na scenie życia publicznego. I sam sobie ten los zgotował…

 

Azrael

Dwa społeczeństwa

Do Andersa Behring Breivika nikt nie chce się przyznać. Wszyscy się odżegnują od znajomości z nim i powinowactwa poglądów. Zresztą poglądy mordercy z wyspy Utoya są mocno eklektyczne, choć budowane przez lata. Jego manifest to raczej potok myśli i zapożyczeń, niż realny projekt. I przez lata Breivik przygotowywał się do mordu, co już samo w sobie wyklucza, że był wariatem. Ale był socjopatą, którego do zbrodni popchnęły określone programy i manifesty działających w Europie ekstremistycznych organizacji, prawicowych i faszyzujących. I ma racje minister Radosław Sikorski, ze Polska jest pełna potencjalnych Breivików. Wystarczy poczytać prawicowe portale…

Społeczeństwo norweskie stanęło na wysokości zadania. Wyważone, ludzkie, ciepłe i współczujące słowa premiera, Jensa Stoltenberga, jego przekonanie, ze odpowiedzią za zamach i śmierć 76 osób będzie „więcej demokracji, więcej otwartości”. Norwegia jest i pozostanie krajem otwartym i przyjaznym, także dla emigrantów z innych kręgów kulturowych. Żadnej gry politycznej, nie tylko ze strony rządzącej partii, ale także opozycji. Wielu Norwegów zdaje sobie sprawę, że państwo i jego służby zawiodły w obliczu tego zamachu, ale nie ma histerycznych wezwań do dymisji, powoływania ad hoc komisji śledczych, czy wezwań do odwetu, lub ograniczenia dostępności do broni (a tej w Norwegii jest bardzo dużo). I nie jest to tylko sprawa porażenia ogromem tragedii, ale obraz kultury i świadomości społeczeństwa norweskiego. To zupełnie inna reakcja, niż można by się spodziewać po Amerykanach, nie mówiąc o Polakach. Żadnego ograniczenia praw obywatelskich, żadnego zaostrzenia prawa. Największe wrażenie jednak robi informacja, że odpowiedzią na zamach, zamach na demokracje tak naprawdę, jest masowy napływ nowych kandydatów do partii politycznych. Norwedzy, głownie młodzi, uznali, że konieczne jest wzmocnienie dyskusji społecznej i wsparcie państwa. W Polsce po katastrofie smoleńskiej Prawo i Sprawiedliwość tez odnotowało znaczny napływ członków. Tylko, że ich motywacją jest walka z państwem, III RP, a nie jego wzmocnienie…

Continue Reading →

Gra aborcją

Jest w Polsce powszechne, niestety, przekonanie, że to, co część społeczeństwa uważa za normę moralną, musi być narzucone reszcie obywateli, jako norma prawna. Na szczęście jednak prawo polskie, zgodne z ustawą zasadniczą, stoi na straży praw obywatelskich. I mam nadzieję, że tak również będzie w przypadku obywatelskiego projektu Fundacji „PRO-Prawo do życia” o całkowitym zakazie aborcji.

Projekt, pilotowany przez p. Mariusza Dzierżawskiego i środowiska zbliżone do „Frondy” zakłada zmianę ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży w kierunku maksymalnie restrykcyjnym. Dziś aborcja, według tej ustawy, niesłusznie nazywanej „kompromisem aborcyjnym”, jest możliwa w trzech przypadkach – zagrożenia życia lub zdrowia matki, ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu, lub gdy ciąża jest wynikiem przestępstwa gwałtu, czy kazirodztwa. Projekt zakłada wykluczenie z prawa tych wyjątków.

Ten projekt to klasyczna próba zaciemnienia obrazu sytuacji kobiet w imię interesu określonej grupy, działającej z pobudek ideologicznych. Jak słusznie zauważył Jacek Żakowski, u podstaw tej propozycji nie stoi wcale dbałość o dobro człowieka, kobiety i nienarodzonego dziecka, ale o oczyszczenie własnego sumienia „obrońców życia poczętego”, którzy doprowadzając do jej delegalizacji, zepchnęli dziesiątki tysięcy kobiet do podziemia aborcyjnego. Brak mechanizmów opieki nad kobietami i nad nowo-narodzonymi, a nie chcianymi dziećmi, obnaża hipokryzję tych środowisk, związanych z Kościołem katolickim. To rozwiązani, które promuje fundacja „PRO-Prawo do życia”, to zgoda i ciche przyzwolenie na funkcjonowanie podziemia aborcyjnego. Gdyby środowiska pro-life rzeczywiście chciały walczyć z aborcją i jej skutkami społecznymi, to wspierałaby wszelkie dostępne projekty dotyczące świadomego macierzyństwa, programy pomocy samotnym matkom, a przede wszystkim programy edukacji seksualnej. Ale łatwiej jest jednak zamknąć oczy i usta innym, niż zająć się sprawą w imię interesu społecznego. I zakazać bezwzględnie aborcji.

Poparcie tego projektu, przez dużą cześć posłów, także rządzącej Platformy Obywatelskiej, czym faktycznie jest skierowanie projektu do komisji sejmowej, jest już grą polityczną. Posłowie, którzy o tym zdecydowali, powinni zdawać sobie sprawę, w imię interesu społecznego i praw obywatelskich, że proponowana regulacja jest szkodliwa. Jeżeli uważają, że aborcja jest zbrodnią, to powinni dołożyć wszelkich starań, aby prawo działało w interesie kobiet. Jednak już ponad 3 lata procedowania nad regulacjami dotyczącymi in vitro, pokazuje, że PO nie potrafi dać sobie rady z trudnymi tematami społecznymi.

Gra polityczna aborcją rozkręca się na dobre – SLD składa własny wniosek ustawy o „o świadomym rodzicielstwie”, środowiska pro-life postanowiły „lustrować” przyszłych posłów pod kątem ich opinii na temat aborcji i wystawiać im certyfikaty „moralności”. A dziesiątki tysięcy ciężarnych kobiet, zostawionych samym sobie, pełne domy dziecka i podziemie aborcyjne, pozostają poza nawiasem tej walki…

Azrael

Wyzwania prezydencji

Od kiedy Unia Europejska działa pod jurysdykcją Traktatu Lizbońskiego (1. grudnia 2009 roku), rola prezydencji poszczególnych państwa znacznie zmalała, co nie oznacza, że nie jest ważna dla spójności wspólnoty. Pomimo tego, że TL wprowadził funkcje przewodniczącego Rady Europejskiej, zwanego (umownie) unijnym prezydentem, oraz wysokiego przedstawiciela ds. polityki zagranicznej i obronnej, zwanego ministrem spraw zagranicznych, to dalej najważniejszą rolę odgrywają spotkania wszystkich przywódców unijnych. W sferze realnej polityki największą rolę odgrywają silni przywódcy silnych państw UE. Polskie przewodnictwo Rady Unii Europejskiej jest szansą na zaakcentowanie, że jesteśmy gotowi do odgrywania kluczowej roli. Polska ma możliwość poza formalnego oddziaływania na struktury Unii i pomijając podstawowe priorytety, jakie są prezentowane, najważniejsze są relacje z Niemcami, Francją i normalizacja stosunków z Rosją. Nie tylko w czasie najbliższego półrocza.

Polska ma trudne zadanie. Kryzys grecki, który tak naprawdę jest kryzysem euro i całej Unii Europejskiej, drugą falą kryzysu ogólnoświatowego, jest trochę poza nawiasem naszej prezydencji. Nie oznacza to jednak tego, że Polska nie powinna aktywnie w jego rozwiązaniu uczestniczyć. Podobnie jest ze związanymi z problemami nielegalne imigracji z Afryki próbami podważenia funkcjonowania układu z Schengen. Tu konieczne jest twarde respektowanie otwartości tego układu, ponieważ swoboda przepływu mieszkańców UE wewnątrz wspólnoty, ale także imigrantów, jest podstawą spójności organizacji.

Continue Reading →

Zapiski zza Atlantyku – 24. czerwca

Sieć kłamstw

W serialu „House” główny bohater zawsze powtarza te same słowa – „wszyscy kłamią”. W erze reality shows, mediów o skrajnych poglądach politycznych, zakłamanych polityków jest coraz trudniej uwierzyć, że prawda ma jakakolwiek wartość. Dziennikarze zmieniają fakty, politycy kłamią i nie wiadomo kto mówi prawdę. Coraz więcej wpływowych, dobrze wykształconych i na wysokim stanowisku ludzi uważa, że może łamać prawo a kłamstwo popłaca. Czy ludzie kłamią więcej niż kiedyś? Czy większość z nas zdaje sobie sprawę, że jeżeli polityk kłamie pod przysięgą, skutki tego kłamstwa mogą mieć negatywny efekt na życie wielu ludzi? Ludzie przywykli i akceptują, że politycy kłamią, że ich znajomi kłamią i że dziennikarze kłamią. Wiec w takim razie komu można ufać?

James B. Stewart, piszący dla The New York Times, a poprzednio dla The New Yorker, The Wall Street Journal czy Smart Money wydał książkę pt. “ Tangled Webs” , książkę o ludziach, którzy posiadali sławę i pieniądze. Mimo tego postanowili złamać prawo wierząc, że nikt ich na tym nie złapie. Stewart zebrał informacje na temat wielu sławnych osób , które myślały, że są ponad prawem. Marta Stewart (ikona TV zajmująca się robieniem czegoś z niczego), Bernie Madoff (sławny z największego przekrętu, zwanego Ponzi ), Lewis „Scooter” Libby (pracujący dla Dicka Cheneya, który wyjawiał sekrety CIA) czy Barry Bonds (król baseballa używający sterydów). Wszyscy wiedząc, że zrobili źle, rozmyślnie kłamali pod przysięgą, uniemożliwiając śledztwo. Stewart stwierdził, że wyjawienie prawdy było zbyt skomplikowane i dlatego owe osoby kontynuowały kłamanie. Prawda jest często trudna, kłamstwo jest łatwiejsze. We wszystkich wypadkach, kiedy prawda została ujawniona, owe osoby nie zostały skazane za czyny niezgodne z prawem, ale za kłamanie pod przysięga oraz nieumożliwianie śledztwa.
Scooter Libby nie został oskarżony o wyjawienie tajnych informacji CIA, ale za podanie fałszywych zeznań przed komisją federalną. Barry Bonds został skazany za uniemożliwienie przeprowadzenia śledztwa w sprawie ujawnienia, że brał narkotyki. Marta Stewart poszła do więzienia za kłamanie pod przysięgą, a nie za to, że korzystała z tajnych informacji dotyczących inwestycji. Żadna z tych osób nie twierdziła, że jest niewinna. Większość poszła do wiezienia, oprócz Scootera Libby, który został ułaskawiony przez George W. Busha. Te ułaskawienie świadczy bardzo źle o systemie sprawiedliwości w USA. James Stewart podkreślił, że co roku do wiezienia idą ludzie za gwałt, za napady, za morderstwa etc. Ludzie są informowani o tego typu przestępstwach, ale bardzo rzadko o procesach ludzi, którzy zajmowali wysokie stanowiska, złamali prawo, kłamali pod przysięgą oraz uniemożliwiali śledztwo.

Continue Reading →

Zapiski zza Atlantyku – 12. czerwca

Decyzja

Ciekawe czy za kilkadziesiąt lat, Jack Kevorkian, lekarz śmierci, będzie uważany za szarlatana czy za kogoś kto przyczynił się do tego, że chorzy umierający w bólu mogli go zakończyć. W wielu krajach prawo zabrania lekarzom zastosowania środków medycznych aby pomoc choremu w zakończeniu życia. Większość religii jest przeciwko uważając taki czyn za niemoralny.

Ktokolwiek przeżył cierpienie bliskiego umierającego na raka czy inną chorobę pozbawiająca godności i prowadząca do śmierci, wie jak straszliwe są takie momenty. Bycie świadkiem cierpienia kochanej osoby oraz bezsilność niszczy wszystko, włącznie z żyjącymi. Świadomość bezsilności jest najgorsza. Jedyne, co można dać, to czas, miłość, obecność aby może ulżyć w bólu. Decyzja o zakończeniu życia jest bardzo trudna. Ból oślepia. Czasami jest tak ogromny, ze ludzie nie myślą, że to juz koniec, po prostu nie chcą już czuć bólu. Prawo zabrania lekarzom w asystowaniu przy samobójstwie. Jednak wielu lekarzy pomaga pacjentom. Jack Kevorkian, patolog był osobą, dzięki której tzw. asystowanie przy samobójstwie zostało nagłośnione. Kevorkian uczestniczył w 130 śmierciach z wyboru. W zeszłym tygodniu, kiedy zmarł w szpitalu bez niczyjej pomocy miał 83 lata.

W 1990 roku, W Detroit, Janet Adkins poprosiła Kevorkiana aby pomógł jej umrzeć. Kevorkian przygotował wszystko a Adkins nacisnęła guzik aby leki przeciwbólowe oraz trucizna zostały wstrzyknięte w jej organizm pozbawiając ją życia. W ten sposób Kevorkian asystował w śmierci wielu ludzi. Aż do roku 1998 kiedy to pomagając Tomowi Youk umierającego na chorobę Lou Gehrig popełnił dużą pomyłkę. Kevorkian wysłał video ukazujące ostatnie momenty życia Youka do programu 60 Minutes. Video ukazywało Kevorkiana pytającego Youka czy zgadza sie na zakończenie życia. Jako potwierdzenie Youk mial kiwnąć głową. W tym przypadku zamiast pacjenta naciskającego guzik z lekami oraz trucizna, Kevorkian był tym, który to zrobił. Prokurator Oakland County oglądając ten program nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. To tak jakby Kevorkian prosił się o skazanie. Kevorkian spędził 8 lat w wiezieniu i w 2007 roku został wypuszczony na wolność.

Continue Reading →

Standardy

Internetowe wpisy powinny zostać poddane szczegółowym badaniom.[...]Trzeba przeanalizować wpisy przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu, a także pozostałym politykom PiS. Zadaniem ABW jest ścigać tych, którzy takie opinie, oceny formułują.

To słowa posłanki Beaty Kempy, wypowiedziane w listopadzie ubiegłego roku na posiedzeniu komisji sejmowej, obradującej po zamordowaniu przez frustrata i byłego członka PO pracownika biura poselskiego PiS w Łodzi. A Krzysztof Bondaryk, szef ABW powiedział posłom, że jego agencja bada wszystkie sygnały dotyczące gróźb karalnych, także te dotyczące informacji pojawiających się w internecie. I efekt tego mieliśmy kilka dni temu, kiedy silna grupa funkcjonariuszy, działając na polecenie prokuratury weszła w Tomaszowie Mazowieckim do mieszkania 25-letniego studenta, prowadzącego stronę pod adresem antykomor.pl.

Continue Reading →

Sąd w demokracji

 

Sądy, trzecia władza ustroju demokratycznego, sądzą niezawiśle, zgodnie z demokratycznie przyjętymi prawami. Zajmują się analizą zebranych dowodów i przysięgłych zeznań. Nie zajmują się natomiast historią, oceną moralną, lecz wydają wyroki zgodnie z literą prawa. I taki właśnie wyrok zapadł w sprawie byłego szefa MSW z czasów PRL, generała Czesława Kiszczaka. Został on wczoraj uniewinniony z zarzutu spowodowania śmierci górników kopalni „Wujek” w grudniu 1981 roku. Sąd uznał, że szyfrogram wysłany przez niego do wyższych oficerów milicji, o zasadach użycia broni nie można uznać za rozkaz jej użycia.

Niektórzy twierdzą, że wydany wyrok jest niezgodny z poczuciem sprawiedliwości moralnej. Tylko, czy ta kategoria ma zastosowanie w prawie? Chyba nie, a jeżeli już, to w systemach raczej totalitarnych, lub pół-totalitarnych, gdzie wymiar sprawiedliwości jest elementem państwa opresyjnego. Twierdzenie, że skazanie Kiszczaka byłoby aktem sprawiedliwości może mieścić się w kategoriach moralnych, tylko, że ten akt sprawiedliwości dokonał się już dawno, a jest nim umowa Okrągłego Stołu. Inni chcą prawdy historycznej. Sędzie orzekający w sprawie byłego szefa MSW przytomnie zauważył, że sądy nie są od poprawiania historii.

Prokurator nie był wstanie udowodnić przez sądem, że milicjanci strzelali na wyraźny rozkaz wynikający z szyfrogramu Kiszczaka. Nikt z zeznających nie przyznał, że tak odebrał ten szyfrogram. Sąd nie miał innego wyjścia, niż generała uniewinnić. A odpowiedzialność moralna, polityczna zostanie określona przez innych.

 

Azrael

Zapiski zza Atlantyku – 1. kwietnia

Zabijanie dla sportu

Armia USA na pewno dwa razy pomyśli, zanim pozwoli komukolwiek na wywiad z magazynem Rolling Stone. W zeszłym roku to właśnie magazyn Rolling Stone doprowadził do usunięcia generała Stanleya McChrystala z głównego dowódcy w Afganistanie. W tym roku Rolling Stone opublikował artykuł oraz zdjęcia morderstw dokonanych na ludności cywilnej przez żołnierzy stacjonujących w Afganistanie.

The Kill Team czyli Drużyna Morderców to jeden z batalionów wysłanych do Afganistanu, którego żołnierze jako dodatkowe zajedzie wybrali sobie mordowanie oraz katowanie ciał zamordowanych mieszkańców Afganistanu.

Według Rolling Stone, żołnierze podczas lunchu dyskutowali możliwość mordowania cywili oraz sposób zrzucenia winy na zabitych. Wielu żołnierzy nie chciało brać w tym udziału, ale duża grupa kompani Bravo nie miała nic przeciwko nowej „zabawie” polegającej na łapaniu i mordowaniu ludności cywilnej.

15. stycznia ubiegłego roku, uzbrojony 3 pluton, który był częścią 5 brygady, dotarł do wioski La Mohammad Kalay. To miejsce, gdzie ludność żyła w biedzie, bez elektryczności oraz świeżej wody. Podczas kiedy dowódca plutonu rozmawiał ze starszymi z wioski, kilku żołnierzy szukało kogoś kogo można by było zabić. Dwóch żołnierzy, Jeremy Morlock i Andrew Holmes wychodząc poza obszar wioski, zauważyli młodego piętnastoletniego chłopca pracującego na polu maku. Żadnych świadków, idealna sytuacja aby kogoś zabić. 21 letni Morlock i 19 letni Holmes nakazali chłopcu przestać pracować. Kiedy Gul Mudin zrobił to co mu nakazano, Morlock rzucił granat w jego stronę i kiedy granat eksplodował, Morlock i Holmes rozpoczęli ostrzał. Morlock zaczął krzyczeć, że on i Holmes zostali zaatakowani i dlatego zabili Mudina. Żołnierze rozebrali ciało nieżywego chłopca i zrobili sobie kilka zdjęć na pamiątkę. Na końcu odcięli mu palec jako memento. Żaden z żołnierzy nie został ukarany.

Kiedy zeszłego lata sprawa wyszła na jaw, armia podała, że owa grupa żołnierzy była grupą wyrzutków operujących bez wiedzy przełożonych. Było to kłamstwo, oficerowie batalionu dokładnie byli informowani to tych wydarzeniach. Żaden z oficerów nie miał postawionych zarzutów, a żołnierzom zabroniono wywiadów. Po morderstwie Mudina, zrozpaczona rodzina chłopca poinformowała przełożonego batalionu o tym co się wydarzyło. Ale sprawa zakończyła się na przesłuchaniu. Według Rolling Stone żołnierze z owego plutonu nie lubili Afgańczyków, nazywając ich często dzikusami.

Continue Reading →

Czytanki (nie)oszołomów – 2011-03-17

Już wielokrotnie pisałem, że czytają niektóre materiały prawdziwych konserwatystów, takich jak Adam Wielomski, Ludwik Skurzak, czy Jan Engelgard, przechodziły mi po plechach ciarki i rzucałem się do lustra patrząc, czy przypadkiem nie staję się „konserwą” i czy nie rosną mi rogi… W ocenie polityki zagranicznej (obecnej i przeszłej), w ocenie historii najnowszej, a także relacji tego środowiska wobec Prawa i Sprawiedliwości, moje opinie są prawie całkowicie zbieżne. Na szczęście różnimy się co do oceny roli Kościoła katolickiego w życiu społecznym i politycznym Polski, a także relacji Polska – Unia Europejska. Nie zmienia to faktu, że tego środowiska (prawdziwej polskiej prawicy) należy słuchać i uważnie jego stanowiska w ważnych sprawach brać pod uwagę. Szkoda, że w Polsce nigdy nie powstanie CDU, z takim Janem Engelgardem, jako zapleczem intelektualnym…

=——————————————————————————————–=

To Jaruzelski obalił komunę


Dekrety Rady Państwa PRL o wprowadzeniu w 1981 r. stanu wojennego są niekonstytucyjne – orzekł Trybunał Konstytucyjny. Trybunał uznał dwa najważniejsze dekrety z 12 grudnia – o stanie wojennym oraz o postępowaniach szczególnych w sprawach o przestępstwa i wykroczenia w czasie stanu wojennego – za niezgodne z konstytucją PRL.

Komentując to orzeczenie pan Łukasz Kamiński z IPN zaapelował do obrońców decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego „do refleksji”. Zachęcony apelem o refleksję natychmiast podjąłem wysiłek myślowy i oto co z niego wynika. Wojciech Jaruzelski w 1981 roku złamał Konstytucję PRL, ustanowioną jeszcze przez Stalina w 1952 roku i poprawioną przez Gierka w 1976 roku. Konstytucja ta gwarantowała władzę PZPR nad narodem polskim i ustanawiała po wsze czasy sojusz z ZSRR. Swoim „niekonstytucyjnym” aktem Jaruzelski zburzył obowiązujący od 1952 (a de facto od 1945 roku) porządek prawny. Co więcej, internował bezprawnie część kierownictwa PZPR z Edwardem Gierkiem na czele oraz odsunął od władzy partię komunistyczną, której Konstytucja gwarantowała władzę. Partię zastąpiło wojsko, co w doktrynie komunistycznej jest określane mianem bonapartyzmu. Już Józef Stalin przestrzegał w latach 30. przed bonapartyzmem i broniąc się przed nim aresztował prawie całą kadrę armii sowieckiej. W Polsce stało się inaczej – bonapartyzm zwyciężył, obalając w ten sposób władzę partii komunistycznej i kończąc de facto panowanie systemu przez tą partię stworzonego. Tak oto, owo mityczne „obalenie komuny” nie nastąpiło, jak chce Solidarność, w 1989 roku, lecz w 1981. Natomiast wszyscy popierający i cieszący się z orzeczenia Trybunału stają de facto po stronie legalności PRL jako państwa i jego Konstytucji zatwierdzonej przez Józefa Stalina w 1952 roku. Werdykt Trybunału natomiast ustanawia gen. Jaruzelskiego jako likwidatora komunizmu w Polsce.

Myślę, że nie o taką „refleksję” chodziło panu Kamińskiemu, ale niestety takie wnioski można wysunąć po decyzji TK. Nie pierwszy to i nie ostatni absurd w III RP. Tak jednak kończy się nieprzeparta chęć postawienia na swoim, udowodnienia wszelkimi sposobami, że „to my mieliśmy rację”. No to macie – stanęliście po stronie systemu prawnego, który werbalnie uznajecie za zbrodniczy, stanęliście po stronie państwa, którego nie uznajecie za państwo. W konsekwencji mianowaliście się sierotkami po komunie.

——————————–

[Źródło: Blog Jana Engelgarda]

 

Tylko dwa dni

Trwają dyskusje i konsultacje, czy tegoroczne wybory parlamentarne mają być jedno-, czy dwudniowe. Przy dyskusji o tym problemie zapomina się o tym, że sprawa jak najłatwiejszego dostępu wyborców do aktu głosowania, co zapewnia jak najszerszą partycypację społeczną, powinno być podstawą podejmowania decyzji.

Przeciwnicy wyborów rozpisanych na 2. dni głosowania powołują się na art. 98 ust. 2 Konstytucji RP, mówiący, że (…)”Wybory do Sejmu i Senatu zarządza Prezydent Rzeczypospolitej nie później niż na 90 dni przed upływem 4 lat od rozpoczęcia kadencji Sejmu i Senatu, wyznaczając wybory na dzień wolny od pracy” (…). Tylko, że nie jest do końca określone, czy sobota nie mogłaby się stać dniem wolnym, na podstawie zwykłego rozporządzenia rządowego.

Istnieje jednak jeszcze jednak przesłanka, mówiąca, że wybory mogą być dwudniowe. To Kodeks wyborczy, przyjęty przez Sejm w grudniu 2010 roku (głosowało za nim 430 posłów). Otóż według tego przepisu prezydent, jako zarządzający wybory parlamentarne, ma prawo do własnej decyzji, czy wybory mają trwać jeden dzień, czy dwa. Narzucony zostaje tylko czas otwarcia lokali wyborczych, od godziny 7 do 21. Jeżeli uznano by, że należy zapis Konstytucji RP odczytać literalnie, to Kodeks wyborczy jest regulacją z nią niezgodną.

Niektórzy komentatorzy (m.in. redaktor Piotr Śmiłowicz z „Newsweeka”) twierdzą, że wprowadzenie głosowania przez dwa dni jest w interesie Platformy Obywatelskiej i jest manipulacją, mogącą partii rządzącej dać nieuzasadnioną przewagę. Porównuje się to do sytuacji z roku 2006, kiedy koalicja PiS-Samoobrona-LPR zmieniła ordynację przed wyborami samorządowymi, wprowadzając możliwość blokowania list, czy do do jeszcze wcześniejszej sytuacji, kiedy w roku 2001 spadająca w przepaść AWS zmieniła zasady obliczania głosów z metody d’Hondta, promującej duże partie, na St. League’a, która bardziej uśredniała wyniki. To porównanie błędne. Dwudniowe wybory nie zmieniają zasadniczo ordynacji wyborczej – nie zmieniają zasad liczenia głosów, nie zmieniają systemu proporcjonalności, dają wszystkim konkurującym siłom politycznym prawo do skorzystania z sytuacji na równych prawach. Wyborca będzie głosował raz, w wyborach tajnych i bezpośrednich. I siła jego głosu nie ulegnie zmianie.

Wybory rozpisane na dwa dni będą kosztować drożej (ok. 50 mln). Demokracja musi kosztować – taki jej urok. Nie przekonują mnie opinie, że dwudniowe wybory spowodują wzrost podejrzeń i skarg o fałszowanie wyników. Od czego są mężowie zaufania, sztaby wyborcze? Nie przespane noce kilku tysięcy osób są minimalną ceną za to, że poprawi się frekwencja wyborcza – co będzie oznaczało silniejszy mandat wyborczy nie tylko wygranych, ale całego parlamentu.

Azrael

Mity i kreacje

Polska stoi mitami. Od mitu „Chrystusa Narodów” zaczynając, na kiełkującym micie Lecha Kaczyńskiego kończąc. Bez mitu śmierci z rąk kata, lub skrytego zabójcy, nic się nie dzieje, nawet oddanie władzy przez komunistów w roku 1989 musiało być okraszone mitem męczeńskiej śmierci księży. Choć to akurat była chyba prawda…

Media podały informację, że wyniki badań po ekshumacji krakowskiego studenta, Stanisława Pyjasa, potwierdzają pierwotną wersję zgonu, czyli śmierć w wyniku upadku z wysokości. Ekshumacja, związana jest z kolejnym wznowieniem dochodzenia, tym razem na wniosek części rodziny Pyjasa, a jest ono prowadzone przez niezawodny w odkopywaniu trumien krakowski oddział IPN. Badań natomiast dokonali specjaliści z najwyższej półki, z kilku ośrodków badawczych. Stwierdzono, że obrażenia wskazują na to, że Pyjas zmarł w wyniku upadku z wysokości, ze schodów kamienicy przy ulicy Szewskiej, a dodatkowo potwierdzono alkohol w jego organizmie. Wyniki badań utajniono, ponieważ zaprzeczają one wersji o śmierci w wyniku pobicia, a jak niektórzy twierdzą, nawet postrzału.

Wyniki badań nie zamykają dyskusji, ani dochodzenia, nie podważają oczywiście tego, że środowisko w którym żył Pyjas, a do którego należeli m. in. również Bronisława Wildstein, czy małżeństwo Soników, było inwigilowane i wręcz prześladowane przez krakowską Służbę Bezpieczeństwa. Jednak okazuje się, że tak jak kiedyś za niewiarygodne, z przyczyn politycznych, uważano dochodzenie z końca lat 70, wskazujące, że śmierć była wynikiem nieszczęśliwego przypadku, tak teraz, również z powodów politycznych, usiłuje się zataić niewygodne dla wielu środowisk ustalenie potwierdzające tę wersję. W roku 1977 za pewnik przyjęto, że Pyjasa zamordowało SB, rękami wynajęto zbira, ex-boksera, co miał potwierdzić sam Bronisław Wildstein, wślizgując się do kostnicy, a następnie relacjonując, że widział ślady na twarzy zmarłego kolegi, świadczące o jego pobiciu. Od tego czasu Wildstein jest strażnikiem mitu męczeńskiej śmierci Pyjasa, a od czasu odkrycia działalności Lesława Maleszki, „Ketmana”, jest już jego arcypasterzem.

Continue Reading →

Kumoterstwo albo szara sieć

W Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej znajomości ze studiów są kapitałem na całe życie. Przynależność do konkretnej korporacji, bractwa studenckiego, może automatycznie otworzyć ścieżkę kariery. Studenci Oxfordu, Cambridge, czy francuskiej ENA (choć to trochę inna szkoła – uczelnia kształcąca korpus służby cywilnej) popierają się i ciągną po szczeblach kariery, niezależnie od przynależności partyjnej.

W czasach PRL taką rolę odgrywały organizacje studenckie, ZSP, SZSP, czy ZSMP (choć ona na uczelniach miała pozycję słabą). Uczestników tych formacji rzadko łączyła polityka, ideologia, częściej dobra zabawa, wyjazdy zagraniczne i interesy w spółdzielniach studenckich. I te znajomości i układy pozostały do dziś, wystarczy spojrzeć na Stowarzyszenie „Ordynacka”, odzyskujące dla siebie (i przy okazji lewicy) media publiczne. Czy w NZS też tak było? Oczywiście, że tak. Bo tak jest wszędzie i zawsze – jeżeli możesz komuś pomóc, a masz wybór – pomożesz najpierw „swojemu”. To jest kumoterstwo, które czasem przybiera formę nepotyzmu.

SLD wykryło i przedstawiło dziś na konferencji prasowej „układ” zależności, skupiający około 40 osób, powiązanych bliżej, lub dalej, z ministrem Cezarym Grabarczykiem i Hanną Zdanowską, obecną prezydent Łodzi, a pracujących w spółkach kolejowych i pocztowych. To znajomi i rodziny ministra, a także ich znajomi. Łączy ich głównie to, że są absolwentami łódzkich uczelni – i jakoś powiązani są z Platformą Obywatelską. Naganny proceder? Zapewne znajdą się na przedstawionej przez posła Wiesława Szczepańskiego liście takie osoby , które zostały członkami zarządów i rad nadzorczych spółek niezgodnie z uprawnieniami. Jeżeli Szczepański to wskaże – będzie miał rację i chwała mu. Gdyby nie to, że gdyby tak wrócić do złotych lat lewicy, 2001 – 2005, to tego rodzaju przykłady poszłyby nie w dziesiątki, ale w setki mniejszych i większych układów.

Continue Reading →