
Przed wyborami parlamentarnymi roku 2007 wydawało się, że koalicja Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego i zjednoczonego obozu lewicowo – demokratycznego, działającego pod szyldem Lewicy i Demokratów, jest nieunikniona. Okazało się jednak, że nienawiść i obrzydzenie wobec Prawa i Sprawiedliwości kazało młodej inteligencji wyjść z domu i zagłosować na PO, Kwaśniewskiego dopadła filipińska przypadłość i LiD dostał o 50% głosów mniej niż się spodziewano, a peeselowska rodzina, jak zwykle, wykazała się wyjątkową mobilnością. I resztę już znamy – koalicja PO – PSL, rozpad LiD-u i dryf lewicy w stronę wodospadu, za którym jest już tylko otchłań. Z „wielkiej koalicji” ostała się koalicja mniejsza, która może wprawdzie rządzić i uchwalać ustawy, ale już nie może ich bronić w przypadku veta opozycyjnego prezydenta. I tak właśnie, dopóki rząd Donalda Tuska tkwił w błogim stanie oczekiwania, kiedy jego szef będzie mógł przystąpić do marszu ku Pałacowi Namiestnikowskiemu, na Krakowskim Przedmieściu,toczyło się życie polityczne. I nawet, w tym przypadku, kiedy szuflady „pełne ustaw” okazały się bardziej puste, niż u Puchatka, to zawsze można było można powiedzieć, że i tak, jakby były, to Lech Kaczyński by je zawetował.
Jednak zły nie śpi, tym razem pod postacią amerykańskich imperialistów – bankowców, którzy wywołali kryzys, najpierw finansów, w rezultacie całej, globalnej gospodarki i trzeba się z nim uporać. Po drodze są jeszcze mniejsze problemy, typu ustawy o szkolnictwa wyższego, publicznych mediach, czy reforma emerytur mundurowych, więc okazało się, że konieczne jest dogadanie się z lewicą, nie tylko na jedno, czy dwa głosowania, lecz może na dłużej. Bo publiczność, czyli wyborcy już nie tylko samą miłością do Platformy Obywatelskiej, Donalda Tuska i nienawiścią do kaczyzmu się żywią, ale pytają się, czego i dlaczego rząd nie czyni w dobie kryzysu.




Najnowsze komentarze