
Kiedy Donald Tusk z rozbrajającą szczerością urwisa-wagarowicza przyznał się, że pomylił się co do swoich słów na temat odwołania ze stanowiska ministra skarbu, Aleksandra Grada, u mnie pojawił się na ustach równie szczery, jak u premiera uśmiech… szyderstwa. O tym, że Grad zostanie, przekonany byłem w 90% – pozostałe 10% stawiałem na rosnącego w sondażach wewnętrznych Platormy Obywatelskiej Grzegorza Dolniaka (tylko cicho sza, żeby się wicepremier Grzegorz Schetyna nie dowiedział…).
Czy to była wpadka Donalda Tuska? Skąd, jego takie rzeczy się nie imają, ponieważ są doskonale rozgrywane w warstwie medialnej i sposobu narracji. Deklaracja, że jeśli do końca sierpnia Grad nie załatwi pozytywnie sprzedaży stoczni gdyńskiej i szczecińskiej, to zostanie odwołany – była przecież tylko tak naprawdę lekkim klapsem dla ministra. On się starał, ale czynniki obiektywne, subiektywne, kryzys, plamy na Słońcu i cień na Księżycu, nie pozwoliły na wywiązanie się z jasnego przekazu. I jest to prawda – w sprawie stoczni, od czasu decyzji komisarz UE Neelie Kroes, zrobić już nic nie można było… a powiedzieć tego otwarcie było po prostu niepolitycznie…
Aleksander Grad musiał zostać na stanowisku; Po pierwsze – lepszego polityka (a jest to stanowisko polityczne, nie tylko urzędowe), nie ma w PO. Przykład Andrzeja Czumy musiał Tuska nauczyć, że wierny – to w wielu przypadkach także – mierny. Być może też okazało by się, że nominując kogoś (Dolniaka?), mógł się narazić komuś zupełnie innemu (patrz wyżej…).
Po drugie – ponoć minister skarbu trzyma w ręce klamkę do pokoju, gdzie ma być podpisane porozumienie w sprawie PZU, z Eureko. Mające wymierną wartość, liczoną dla skarbu państwa w liczbach jedenastocyfrowych, bo tylko Polska by musiała zapłacić odszkodowania Holendrom – odszkodowania, na które wyroki wykonawcze negocjatorzy drugiej strony mają już w teczkach.
No i po trzecie – Grad ma własny, autorski, ambitny, ale ponoć realistyczny program prywatyzacyjny, który ma pozwolić na to, aby deficyt budżetu nie przekroczył kwoty 52 mld złotych, a przede wszystkim, aby poziom zadłużenia państwa wobec PKB nie przekroczył ustawowej wartości 55%. Czy to się uda? Szczerze mówiąc – nie wierzę, że program prywatyzacji się uda domknąć do końca 2010 roku i wykonać zadania budżetowe. Tego rodzaju działania pod presją rzadko kiedy się udają. Należy pamiętać, że zakłady Skarbu Państwa mają silne związki zawodowe, które (z przyczyn politycznych, a jakże…) będą robiły wszystko, żeby zablokować procesy prywatyzacyjne, a „niezależni” doradcy z PiS i SLD będą im pomagać.





Najnowsze komentarze