Posts Tagged ‘etyka dziennikarska’

Zapiski zza Atlantyku – 16. lipca

Mad Mel

Wściekły, prawdopodobnie pijany i dyszący Mel Gibson, aka Brave Heart, krzyczy przez słuchawkę do matki swojego najmłodszego dziecka “Zgwałcą cię czarni i będzie to twoja wina bo ubierasz się jak …..; kim ty jesteś, skończysz w ziemi, potrafię to zaaranżować”. Trzy taśmy z pogróżkami oraz wyzwiskami nie tylko w stosunku to Oksany Grigorievnej obiegły media i Gibson, który od kilku lat miał przydomek rasisty oraz antysemity, stał eis ulubionym tematem Ameryki. Mel Gibson, przez wiele lat, przykładny ojciec oraz mąż nagle znalazł sobie nowy obiekt miłosny, porzucił żonę, dzieci i zamieszkał z rosyjską piosenkarką i wkrótce na świat przyszło ich pierwsze dziecko. Sielanka nie trwała długo, na początku roku, Grigorievna podała, że Gibson uderzył ją w twarz powodując złamanie zęba. Para rozeszła się, a Gibson musiał wypłacić całkiem sporą sumę pieniężną na dziecko z Rosjanka. Pełna kultura. Ostatni film 54-letniego aktora zrobił klapę, powodem może być powtarzanie tej samej roli. Kiedy pierwsza taśma dostała się do opinii publicznej, prawdę mówiąc, nikogo to nie zdziwiło, że Gibson uważa Meksykanów za mniej niż ludzi, że jest rasista oraz antysemitą. Ostre słowa, ale słowa potwierdzone przez jego wypowiedzi.

Były ulubieniec milionów okazał się maniakalnym typem, pijakiem, który wypowiada słowa i obraza się na tych, którzy mają problem z jego wypowiedziami. Gibson, tak jak i sportowcy czy politycy, to osoba publiczna i za to ma płacone spore sumy pieniężne. Ze sławą jednak wiąże się pewien koszt, koszt braku prywatności oraz, ciągłej inwigilacji ze strony mediów oraz fanów, którzy nie zawsze są zbyt mili.

Read More

Fenomenologia Janusza Palikota

Słychać głosy, że posła PO z Biłgoraja, Janusza Palikota należy raz, ostatecznie i bezwarunkowo „zgłuszyć”. Odwołać z funkcji w klubie parlamentarnym, zabronić mu występów publicznych. I dodatkowo jeszcze przeprosić za to, co mówi i czyni, bo to jest ponoć poniżej poziomu debaty publicznej w Polsce. Nawet jak na warunki polskiej polityki i obłudy w niej panującej, dawno takiej głupoty nie słyszałem.

Janusz Palikot ma prawo do wypowiadanie się na każdy temat, jako poseł posiadający mandat społeczny, i jako polityk posiadający ku temu stosowne doświadczenie, poparte wykształceniem filozoficznym. To właśnie jego wiedza i wykształcenie pozwala mu na dyskusję i skuteczną polemikę z każdym. On się nie boi sprowadzać spraw do prostych prawd i reagować na obłudę. Tak swego czasu dyskutował z Jarosławem Gowinem w sprawie metody in vitro, tak w trakcie kampanii reagował na politykę miłości odmienionego Jarosława Kaczyńskiego, tak również odpowiedział na słowa o męczeńskiej śmierci Lecha Kaczyńskiego w katastrofie smoleńskiej. I jeżeli krytycy Palikota uznają jego słowa o „krwi na rękach” Lecha Kaczyńskiego, to równie gwałtownie powinni zareagować na wypowiedź Kaczyńskiego w wieczór wyborczy. Nie słyszałem jednak protestów, a przecież waga tych słów była nieporównywalna ze stwierdzeniem Palikota. Palikot naruszył tabu nie mówienia źle o zmarłych, które to tabu łamane jest nagminnie. Mało jednak osób zauważyło, że pamięć Lecha Kaczyńskiego została uwikłana w kontekst polityczny w słynnym „dokumencie” spółki Stankiewicz/Pospieszalski, „Solidarni 2010″, kiedy to „niezależny” komentator/aktor unurzał dłonie Donalda Tuska we krwi ofiar katastrofy smoleńskiej…

Read More

Przegrana Donalda Tuska

Wyniki po pierwszej rundzie wyborów prezydenckich są znane. I są zaskoczeniem, in minus, dla Platformy Obywatelskiej. Nie zakładano, jak sądzę, poważnie w sztabie Bronisława Komorowskiego, że zdobędzie on prezydenturę w pierwszej rundzie, ale liczono, że przewaga będzie na tyle duża, że druga runda będzie tylko przyjemną dogrywką, coś w rodzaju objazdu nowego prezydenta po kraju. Stało się jednak inaczej – druga runda zostanie poprzedzona ciężką, dwutygodniową walką, bez gwarancji wygranej. Szanse obu kandydatów należy ocenić, na dziś, mniej więcej równo…

Wynik Bronisława Komorowskiego można tłumaczyć słabą strategią i pracą jego sztabu wyborczego i dobra pracą sztabu Grzegorza Napieralskiego, który prowadząc kampanię w stylu pop trafił do dużej części młodszego elektoratu, zabierając go kandydatowi Platformy Obywatelskiej. Ale jest to tylko cześć prawdy, dobry wynik Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Napieralskiego ma też inne przyczyny.

Kandydat Prawa i Sprawiedliwości osiągnął dobry wynik, ponieważ za nim stała postać jego tragicznie zmarłego brata. Jarosław Kaczyński nie musiał przywoływać swojego brata wprost, ale jednak jego postać był obecna na jego wiecach i spotkaniach. Z drugiej strony Kaczyński nadmiernie nie eksploatował wątku śledztwa po katastrofie smoleńskiej, czego się obawiano, nie przywoływał teorii spiskowych, wskazywał na tylko na sprawą dbałości o polski interes przy prowadzeniu tego dochodzenia.

Łączny wynik obu głównych kandydatów, Komorowskiego i Kaczyńskiego, obaj otrzymali łącznie ok. 78% głosów, wskazuję, że wybory miały wymiar partyjny. Polaryzacja sceny politycznej przez dwie partie lokujące się na prawicy zdominowała te wybory prezydenckie. Z drugiej strony doskonały wynik Napieralskiego, 13 – 14%, wskazuje, że tak oczekiwany przez Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego system dwupartyjny nie jest akceptowany przez dużą część społeczeństwa. Słaby wynik Janusza Korwin-Mikkego (bo ok. 2,5% głosów trudno uznać w skali całej sceny politycznej za wynik dobry) i jeszcze gorszy Andrzeja Olechowskiego, wskazują, że w Polsce myśl liberalna jest w głębokim odwrocie. To sygnał, że polska warstwa średnia i inteligencja nie jest przygotowana jeszcze mentalnie i intelektualnie do uczestnictwa w życiu politycznym w sposób podobny, jak w starych krajach Unii Europejskiej.

Wynik Bronisława Komorowskiego jest przegraną Donalda Tuska. Kiedy kilka miesięcy temu szef Platformy Obywatelskiej zdecydował, że nie będzie kandydował do urzędu Prezydenta RP, było jasne, że popchnęła go do tego nie tylko chęć zachowania stanowiska premiera do następnych wyborów parlamentarnych. Tusk zdając sobie sprawę z władzy i jej możliwości, jakie daję stanowisko premiera. Jego perspektywa polityczna sięga jednak dalej, niż do wyborów w 2011 roku. Delegowanie innego kandydata, niż on sam, miało na celu zbudowanie solidnej podstawy politycznej pod zmianę Konstytucji RP i zmianę struktur władzy w Polsce. Słaby wynik Komorowskiego, a być może jego przegrana w drugiej rundzie z Jarosławem Kaczyńskim może jego plany zniweczyć, a wręcz doprowadzić do jego klęski i oddania władzy na jesieni przyszłego roku.

Read More

Krzywe zwierciadło Ewy Stankiewicz

Posted 30 maj 2010 — by Azrael
Category Etyka, Media, Państwo, Polityka, Polska, Społeczeństwo, etyka dziennikarska, wybory

Spojrzenie na rzeczywistość przez oko kamery jest ZAWSZE pewną kreacją, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z fabułą, czy z dokumentem. Chyba, że kamera zostanie włączona, postawiona nieruchomo i materiał nią nagrany pokazany bez skrótów i montażu. Ale już nawet miejsce ustawienia statywu kamery jest obarczone wolą kogoś, kto chce otrzymać konkretny obraz.

Film „Solidarni 2010″ Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego jest oczywiście dokumentem sensu stricto, jako rejestracja pewnej rzeczywistości, jaka rozgrywała się na Krakowskim Przedmieściu w dniach i nocach kwietniowych. To były rzeczywiste kadry, zdjęcia, wypowiedzi, poddane rejestracji i podane widzom bez zbytniego komentarza. I nie można zarzucić (nie mamy na to żadnych materialnych dowodów), że za samymi zdjęciami stoi manipulacja.
Ale już sami twórcy przyznali, że dokonali wyboru materiału. I w tym momencie materiał przestaje mówić czystą formą rejestracji i zaczyna do przemawiać jako lustro poglądów autorów. Jako zdeformowane pojęcie rzeczywistości post katastrofy smoleńskiej. Idąc dalej – sposób i metoda prezentacji tego filmu, w uzależnionej od politycznego wpływu telewizji, w konkretnym terminie i w konkretnym kontekście wyborczym, deformuje nam zapis filmy jeszcze dalej. Zaciemnia wyraźnie zapis, pokazując, że filmem można manipulować i grać do woli. Czym innym jest pokazanie materiału na przeglądzie filmowym, czym innym osadzenie go w politycznym kontekście.

Wróćmy do samego zapisu. Twórcy filmu stwierdzają, że oddali w nim nową, budzącą się świadomość Polaków, ich przebudzenie, odzyskanie poczucie jedności społecznej. Zresztą ocen jest wiele, film i jego interpretacje były zapewne również implikacją do powstania Ruchu 10 Kwietnia, czegoś w rodzaju patriotycznego „wzruszenia” społecznego. Przedstawiano to początkowo jako ruch społeczny, oddolny, ale jednak okazało się, że jest to inicjatywa określonych sił politycznych, think tanków prawicowych, konkretnych ludzi, także dziennikarzy, mocno osadzonych w polityce. Ruch społeczny wystartował, ale już traci powoli impet, ponieważ u źródła jego powstania leżało to, że katastrofa smoleńska i skupienie się na śmierci Lecha Kaczyńskiego z małżonką, może doprowadzić do przewartościowania społecznego i wyzwolenia nowego impulsu. Dowodem miały być m. in. właśnie kadry filmu Ewy Stankiewicz.

Read More

Salonowy Lis

Posted 25 maj 2010 — by Azrael
Category Media, Polityka, Polska, Społeczeństwo, etyka dziennikarska

Wielu obserwatorów zastanawiało się, dlaczego Platforma Mediowa Point Group SA, po przejęciu z rąk rodziny Królów tygodnika „Wprost” i całej grupy AWR „Wprost” nie dokonuje zmian w redakcji tygodnika, poza odwołaniem jego naczelnego, Stanisława Janeckiego. Zmiany, w managemencie wydawnictwa zostały dokonane, ale w samej redakcji już tylko kosmetyczne, jak pojawienie się Sylwestra Latkowskiego. Tak naprawdę wszyscy się zastanawiali, w jakim kierunku pójdzie tygodnik, od kilku lat postrzegany jako mocno zaangażowane pismo. Zaangażowane politycznie po stronie Prawa i Sprawiedliwości, choć jego łamy były otwarte i dla publicystów innych orientacji politycznych. I już wiemy – dziś stery rządów objął Tomasz Lis, znany dziennikarz telewizyjny, publicysta, także wydawca wielu książek. Ostatnio związany (kontraktowo) z TVP.

Ściągnięcie Lisa do „Wprost” to ruch ciekawy i niespodziewany. Motywy były zapewne różnorakie.

„Wprost” po odejście Janeckiego (p.o. naczelnym została jego zastępczyni, Katarzyna Kozłowska) dryfował na rynku wydawniczym, co miało odbicie w wynikach sprzedaży. Nie było bardzo wiadomo, do jakiego czytelnika będzie adresowany tygodnik. Czy do prawicowego, do czego przyzwyczaił Janecki (a wcześniej Piotr Gabryel), czy może jednak do liberalnego? Przyjście Lisa jednoznacznie identyfikuje pismo jako tygodnik opinii środowisk liberalnych. Wbrew pozorom jednak nie lewicowych, nie tych, do których jest adresowana „Polityka”, ale raczej bliżej mu będzie do „Newsweeka”.

Read More

Krwawe karty rzucone

Posted 06 maj 2010 — by Azrael
Category Etyka, Jarosław Kaczyński, PiS, Polityka, Polska, demokracja, wybory

Nie dalej jak dwa dni temu w komentarzu o scenariuszach kampanii wyborczej napisałem, że może się zdarzyć, że jej osnową będzie sprawa wyjaśnienia okoliczności i kulis katastrofy smoleńskiej. W skrytości ducha liczyłem, że jednak tak się nie stanie. A jednak…

Pierwszym sygnałem był film Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego, „Solidarni 2010″, w którym „jeden z wielu Polaków”, jak się potem okazało aktor, zasugerował, że Donald Tusk może mieć „krew na rękach”. Od samego początku w polskim internecie królują teorie spiskowe o domniemanym zamachu rosyjskich służb specjalnych, pracujących zapewne na rzecz polskiego rządu. Przoduje w tych insynuacjach Salon24.pl, którego współwłaścicielem jest dziennikarza „Rzeczpospolitej”, Igor Janke. Ton tym teoriom nadają blogerzy nie ukrywający swojej sympatii dla Prawa i Sprawiedliwości, z pierwszą damą polskiego blogerstwa politycznego, Kataryną, oraz ściśle afiliowani przy „Gazecie Polskiej” Tomasza Sakiewicza „niezależni publicyści”. A „GaPol” jak wiemy, również nie ukrywa tego, że działa na rzecz PiS – i jej szefa, obecnego kandydata tej partii do urzędu Prezydenta RP. Ostatnim sygnałem był wczorajszy program publicystyczny Anity Gargas, „Misja specjalna”, nadany w TVP 1, który już dość niedwuznacznie oskarża rząd Donalda Tuska o zaniechania i zaniedbania przy wyjaśnieniu kulis katastrofy.

Read More

Dziennikarstwo totalne Pospieszalskiego

Posted 29 kwi 2010 — by Azrael
Category Etyka, Media, Państwo, Polityka, Polska, Popaprańcy, Telewizja, etyka dziennikarska

Film Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego „Solidarni 2010″ tylko formalnie można uznać za dokument. Jego rolą nie było przedstawienie zapisu faktów, ale pokazanie przefiltrowanej podwójnie atmosfery z Krakowskiego Przedmieścia i okolic Wawelu z czasów żałoby. Podwójna filtracja kamerą i poglądami głównych scenarzystów.

W przestrzeni medialnej i politycznej zaczyna się wojna. Wojna o pamięć i jej sposób interpretacji. To nie tylko sprawa tworzenia mitu o Lechu Kaczyńskim i jego „męczeńskiej śmierci” w imię ideałów, ale również próba zdefiniowania na nowo, w oczyszczonej formie pojęć Patriotyzm, Naród, Pamięć. Należy ją oczyścić i stworzyć nową formację, która ma zostać depozytariuszem, jedynym, niepodważalnym, tych pojęć. To formacja, która już nosi nawet nazwę – to Prawdziwi Polacy, w innej formule – Prawi Polacy.

Film spółki Pospieszalski/Stankiewicz jest publicystyką. Nie zapisem świadomości i odczuć Polaków – bo wtedy trzeba by pokazać kilka stron i wielość opinii ludzi, którzy pojawili się w kolejce do Pałacu Namiestnikowskiego i na krakowskich Błoniach, ale publicystyką ordynarną, propagandową. Nie ma na ekranie ani głosów, ani twarzy autorów, co ma świadczyć o bezstronności, ale to wbrew pozorom nie działa na ich korzyść, ponieważ pokazuje dobitniej skalę manipulacji. Tym bardziej, że to oni później dobierali i selekcjonowali materiał. Nie ma pytań na ekranie, ale są za to im, autorom, odpowiadające wypowiedzi, oświadczenia, a czasem wręcz insynuacje. Nie ma pytań i nie ma sprostowań. Po co? Nie są potrzebne, ponieważ tu chodzi o przedstawienie konkretnego planu.

Ten plan to pokazanie na ekranie budzącego się Narodu, Patriotycznego Narodu, tak jak go widzi Pospieszalski i przeciwstawienie go Elitom – Establishmentowi. Jego przedstawicielem ma być Donald Tusk, który „ma krew na rękach”, którą zresztą przelał z Rosją. I stąd właśnie bierze się całkowicie „spontaniczny” sprzeciw i głos protestu Narodu. Stankiewicz i Pospieszalski tylko znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie i włączyli kamerę… tak mamy sądzić. Ale przedobrzyli, bo okazało się, że prawie 1/3 filmu zajmuje wypowiedź aktora, tak autentycznego, że aż trzeba mu było podrzucać kwestię zza kadru… I jak to się stało, że wśród 180.000 osób, które w kolejce stało, dominował ten aktor i jego, grana na jednej nucie przez 20 minut, rozpacz.

Pospieszalskiemu chodziło w tym filmie, poza doraźnym celem politycznym, czyli wsparciem kampanii prezydenckiej Jarosława Kaczyńskie o coś jeszcze innego. On pokazał, jakie idee i wartości są bliskie zwolennikom Prawa i Sprawiedliwości i w jakim zamkniętym świecie żyją. I to właśnie ma być świat i społeczeństwo, ten na nowo sformatowany Naród, jaki chcieliby zaprogramować zwolennicy IV RP. To MY, Naród, Prawi Polacy, oraz ONI, ci z krwią na rękach.

Pomimo formalnych zabiegów, niedoróbek, chropawości, które miały świadczyć o „autentyczności”, film jest totalną porażką. Oczywiście, trafi do „przekonanych” zwolenników Prawa i Sprawiedliwości i zwolenników teorii spiskowych, ale zostanie odrzucony przez tych, których miał nawrócić, na patriotyzm, takim, jak go widzi Pospieszalski.
Wszystko dlatego, że dziennikarstwo totalne Jana Pospieszalskiego jest równie prymitywne i nachalne, jak anty imperialistyczna propaganda z czasów PRL.

Azrael

——————————

Felieton opublikowany na portalu Wprost.pl

My i Oni, czyli obcy

Kampania prezydencka nie tylko nie doprowadzi Polaków do jedności narodowej, lecz pogłębi podziały. Już w kilka dni po katastrofie, kiedy minął szok, wyraźnie widać, że prosta, a jednak społecznie skomplikowana dychotomia, podział na grupy MY i ONI, wraca z wielką siłą. To nie tylko kontynuacja wojny pomiędzy zwolennikami Prawa i Sprawiedliwości i Platformy Obywatelskiej, to również wojna o obraz Polski.

Przebieg kampanii będzie brutalny. Już jest brutalny i manipulatorski, agresywny i dzielący na dobrych i złych. Profesor Zdzisław Krasnodębski, jeden z głównych ideologów PiS-u wyraźnie zaznaczył – „Grubej kreski tym razem nie będzie”. A stosunek do przeciwników podkreślił słowami o pogardzie do przeciwników. Publicyści „Rzeczpospolitej, Robert Mazurek, Rafał Ziemkiewicz, Bronisław Wildstein, codziennie wylewają swoje żale i pretensje – i robią wszystko, aby rów społeczny pogłębiać.

Żałoba po śmierci Lecha Kaczyńskiego zaburzyła pojęcie wspólnoty i tożsamości grupy związanej z ideą IV RP. Kiedy okazało się, że inni też opłakują zmarłych, bo straty rozłożyły się na całe społeczeństwo, wzbudziło to skrajne emocje i strach. Emocje, które zwolennicy Lecha Kaczyńskiego chcieli zachować tylko dla siebie i strach, że pojęcia patriotyzmu może być znów dobrem ogólnospołecznym. A tyle pracy zajęło, aby patriotyzm miał tylko jedno oblicze – Lecha Kaczyńskiego i PiS-u.

Dużo będzie zależało w tej kampanii od tego, jak zachowają się politycy. Widać w nich, praktycznie u wszystkich, wstrzemięźliwość w zachowaniu. I duży wpływ na oblicze kampanii będzie miało to, jak sprawa smoleńska zostanie wykorzystana. Czy tylko jako tło, gdzie Lech Kaczyński będzie tworzył jasną legendę Prawa i Sprawiedliwości, czy zostanie instrumentalnie użyty, jako narzędzie polityczne, ofiara spisków i nagonki Platformy Obywatelskiej. Publicyści „Rzeczpospolitej, co zauważyła w swoim felietonie w „Gazecie Wyborczej” Katarzyna Kolenda-Zaleska, nie mają skrupułów – dla nich spokojna, niekonfrontacyjna kampania to zapowiedź klęski. Oni wolą uderzyć słowami o pogardzie…

Film Jana Pospieszalskiego i Ewy Stankiewicz, „Solidarni 2010″, zaprezentowany przez TVP1 w prime time, w dniu kiedy Jarosław Kaczyński złożył oświadczenie o swoim kandydowaniu, pokazuje, do jakich metod i manipulacji są gotowi publicyści i dziennikarze zbliżeni do PiS. To nie tylko brak obiektywizmu, pokazanie jednostronne atmosfery na Krakowskim Przedmieściu i wykorzystanie swobodnych wypowiedzi do politycznej propagandy. To była też czystej wody manipulacja, kiedy okazało się, że kilkanaście minut zajmuje kwestię wypowiadane przez aktora. To przykład, jak może wyglądać czarna kampania, jeżeli zostawi się ją publicystom pro-pisowskim.

Tylko, że Polacy mają dość tego rodzaju retoryki, szczucia, nienawiści. Nie kupią tego. Ale jeżeli zajdzie taka potrzeba, to znajdą się tacy, co nie będą mieli oporów, aby odpowiedzieć równie ostro.

Azrael

Kościelny PR

Kościół katolicki nie ma dobrej prasy, mówiąc językiem współczesnym, nie ma dobrego public relations. Już nie tylko media liberalne, czy jak to konserwatyści piszą – media wspierający cywilizację śmierci – piszą o aferach i zaniechaniach w instytucjach Kościoła katolickiego, ale również zwolennicy katolicyzmu, jako dominującego światopoglądu nie chowają głowy w piasek, tylko otwarcie krytykują instytucje kościelne.

Nawet gorący obrońca doktryny katolickiej, dr Tomasz Terlikowski niedwuznacznie daje do zrozumienia („W polskim Kościele cisza przed burzą”, gazeta „DGP”, 2010.03.22), że choć o zjawisku pedofilii polska prasa nie pisze, to jednak nie jest tak, że tej obrzydliwej przypadłości u polskich księży nie ma. Wynika to według niego tylko z autocenzury prasy i mediów elektronicznych, które dowiadując się o przewinach księży (nie tylko seksualnych) wolą sprawę przemilczeć albo załatwić po cichu, aby nie została im przypięta łatka „wroga Kościoła”. Terlikowski wie co mówi, ponieważ sam jest na cenzurowanym u wielu biskupów za mówienie o zaniechaniu lustracji i ujawnianiu tajnych współpracowników SB wśród hierarchów kościelnych, a także innych przestępstw. Myliłby się jednak ten, kto uważa, że Tomasz Terlikowski, bogobojny filozof katolicki kieruje się interesem społecznym, pomyślanym jako dobro jednostek. Jemu chodzi o to, że nie ujawnione, a następnie nagłośnione przez media przestępstwa seksualne księży mogą doprowadzić do laicyzacji państwa… Tak jest właśnie wygląda oczyma prezesa Wydawnictwa „Frondy” dbałość o etykę i moralność katolicką…

Read More

Wyważyć otwarte drzwi

Posted 14 mar 2010 — by Azrael
Category Etyka, Polityka, Polska, Popaprańcy, etyka dziennikarska

A zapowiadało się tak doskonale; TVN i TVN24 podgrzewały atmosferę od kilkunastu dni, miało być ostro, bezkompromisowo, odważnie i demaskatorsko. A było, jak to czasem bywa – tabloidowo, czasem manipulacyjnie, dziecięco naiwnie…

Film spółki autorskiej Grzegorz Madej/Tomasz Sekielski, „Władcy marionetek”, nadany w prestiżowym dla TVN24 paśmie wczesnych godzin popołudniowych, rozczarował, i to na wielu frontach. Założeniem Tomasza Sekielskiego było to, co powtórzył sam w dyskusji po filmie, że chciał pokazać, że politycy nie biorą odpowiedzialności za swoje słowa, obietnice, wręcz kłamią. Tylko, że my wszyscy, wyborcy, o tym doskonale wiemy, o czym zresztą sam Sekielski potwierdził na końcu filmu, robiąc krótkie mini wywiady z obywatelami idącymi do urn wyborczych.

Sekielski chce rozliczyć polityków z wyborczych obietnic i ewidentnych kłamstw. Robi to dość zręcznie, ale stosując podobne metody działań, to znaczy „podprowadzając” polityków i manipulując wypowiedziami w zderzeniu z obrazem, czasem z ukrytej kamery, czy doprowadzając do kontrowersyjnych konfrontacji. Próbuje nam pokazać politykę zza kotary (słynne i znane słowa, że wyborcy nie powinni wiedzieć tego, jak jest robiona kiełbasa… i polityka), sugerując, że za słowami i obietnicami nic nie stoi.

Autorzy wrzucają do jednego worka sprawy ważne, społecznie i politycznie, jak choćby zatrzymanie asystenta posła Gruszki i całą operację związaną z jego oskarżeniem i być może działaniami służb specjalnych w tej sprawie, a jednocześnie porusza mało znaczący problem wyszynku w Sejmie i picia w hotelu sejmowym. Ilość wątków poruszona w filmie powoduje, że nie wiele spraw, problemów, zostaje potraktowana poważnie i ma jednakowy ciężar gatunkowy. Mnie od sprawy posła Gruszki i jego asystenta bardzie interesują problemy bezradności obywateli państwa i obojętności polityków wobec takich przypadków, jak pokazana w filmie przymusowa eksmisja, czy problemy karno-skarbowe piekarza, rozdającego chleb potrzebującym. Niestety, Sekielski prześlizguje się nad wszystkimi sprawami, materiał jest powierzchowny, a informacje od dawna znane.

Są w tym filmie rzeczy fałszywe. Z jednej strony Sekielski, poprzez rozmowę z Adamem Łaszynem, doradcą medialnym m. in. Donalda Tuska i Mariana Krzaklewskiego, pokazuje kulisy manipulacji i kuchnię działań politycznych, z drugiej strony natomiast kompletnie pomija rolę mediów, dziennikarzy w kreowaniu wizerunków politycznych i przekazu fałszywego obrazu politycznego. Na plus można natomiast zaliczyć to, że film nie oszczędza nikogo, Madej i Sekielski traktują wszystkich polityków na równi.

W projekcie widać powinowactwo do Michaela Moore’a, autora m. in. „Zabaw z bronią” i „Fahrenheit 9.11″, świetnych filmów demaskatorskich o korporacjach, lobbystach, także politykach. Jednak filmowi Sekielskiego daleko do sprawności i jakości produkcji Amerykanina, jest on dość banalny. Niestety, nie tylko nic nie wyjaśnia, ale również nie daje żadnych odpowiedzi i wskazówek, co z tym zrobić.

To, że politycy kłamią, to wiemy a poza tym „polityka to w krysztale pomyje”, jak napisał niezapomniany Jacek Kaczmarski.

Azrael

PS. Film zostanie powtórzony w poniedziałek, w TVN, godzina 22.35

„Takich przyjaciół nie życzę…”

Posted 04 mar 2010 — by Azrael
Category Kultura, Literatura, Polityka, Polska, Popaprańcy, Społeczeństwo

Zamieszanie wokół biografii Ryszarda Kapuścińskiego, „Kapuściński non-fiction”, autorstwa Artura Domosławskiego trwa od wielu dni i przynosi wymierny efekt; pierwszy nakład książki, w ilości 45 tyś. egzemplarzy został wykupiony praktycznie na pniu. I o to być może w tym wszystkim chodziło, aby rozgłos, a właściwie skandal wokół książki, jej autora przyniósł wymierne efekty.

Po biografii Lecha Wałęsy, napisanej przez Pawła Zyzaka to następna publikacja książkowa, która wywołała takie emocje. O ile jednak tamta książka była dziełkiem natury czysto demaskatorskiej, napisana została pod tezę i w celu udowodnienia, że Lech Wałęsa pomnikową i nieskazitelną postacią nie był już od czasów młodości, to publikacja Domosławskiego, też demaskatorska, jest jednak pewnym materiałem do dyskusji o wielu sprawach i na wielu płaszczyznach. Jednak nie jest to pozycja traktując o całości zagadnienia pod tytułem „Ryszard Kapuściński – życie i twórczość”. I jak widzimy, jakie emocje ona wyzwala wśród czytających (a nawet tych, którzy jej nie dotknęli, ale wiedzą…), warto było ją wydać. Czy jednak jest ona warta rozgłosu ze względu na wartość merytoryczną – jest to inna sprawa. Niestety, Domosławski bardzo pobieżnie dotyka zagadnienia fenomenu twórczości Kapuścińskiego i jej znaczenia w wielu zakątkach świata. Skupiając się tylko na wątpliwościach i nieścisłościach nie dotyka magii książek Kapuścińskiego.

Read More

Czytanki (nie)oszołomów – Stefan Bratkowski

Posted 24 lut 2010 — by Azrael
Category Kultura, Literatura, Polityka, Polska, Popaprańcy, Samoobrona

Wczoraj zaprezentowałem materiał Piotra Bratkowskiego o książce Artura Domosławskiego o wielkim polskim reportażyście i pisarzu, Ryszardzie Kapuścińskim. Dziś opinia inna, a raczej wspomnienie, autorstwa bliskiego i długoletniego przyjaciela, nestora polskiego dziennikarstwa, Stefana Bratkowskiego. I tak jak poprzedni tekst, pozostawię to bez komentarza…

Azrael

————————————–

Stefan Bratkowski: Zdemaskować reportera


Wielkość w ogóle trudno się znosi, nie tylko w Polsce, choć u nas ponoć najciężej. Trzeba zrozumieć demaskatora. Zaprzyjaźnia się z wielkim człowiekiem, wchodzi do niego do domu, ale odkrywa, że to po prostu normalny człowiek, a w takiej sytuacji nie da się strawić jego wielkości. Dlatego nie można wymagać, by najpierw przybliżył nam po śmierci Kapuścińskiego jego twórczość. Cudza wielkość rani, kole, uwiera, nie można się dziwić, gdy ból ambicji własnej każe ją zdemistyfikować, odrzeć ze światowego na dobitek uznania i sławy. To naturalne. Pochwały dla „biografistyki” demaskatora świadczą, że to uczucia bardzo częste, prawie powszechne.

Jak odebrać chwałę reporterowi? To proste: trzeba mu odebrać wiarygodność, zaufanie czytelników i wydawców. Ukazać, że Kapuściński koloryzował, mitologizował, upiększał, słowem, zmieniał opisywaną rzeczywistość. Nawet w szczegółach się mijał z prawdą, jak z tym sikającym pieskiem w „Cesarzu”. Nie ważne, że to w ogóle nie reportaż, a wielka metaforyczna proza, wymierzona nie w cesarza Etiopii, lecz w nasz własny, a tym bardziej radziecki, ówczesny ustrój – na etiopskiej kanwie. Piesek się liczy. Z „Szach-in-szacha” usunął Kapuściński CIA, na pewno ze strachu, że CIA w rewanżu zdemaskuje go jako agenta wywiadu PRL; nie ważne, że i to dzieło nie dotyczyło wcale samego tylko Iranu. Jeśli ma się zdołować Kapuścińskiego, wolno nie rozumieć, czego dotyczyła ta proza.

Słyszę, że demaskator nie chciał demaskować… Ale sam tytuł książki – „Kapuściński non-fiction” – odsłania zamiar. Zamiar dużego formatu. Robić twórcę własnego mitu z człowieka bezpośredniego, bezpretensjonalnego, prostego w sposobie bycia – to swoisty wyczyn, dowód wielkich ambicji, na miarę Kapuścińskiego, żeby się na nim podwieźć do sukcesu.

Tak, trzeba demaskatora zrozumieć. Podziwiam, jak zręcznie i do końca potrafił omijać mój numer telefonu, telefonu człowieka, który przyjaźnił się z Ryśkiem 50 lat, czy telefonu Sławomira Popowskiego, u którego w Moskwie Kapuściński mieszkał przez dwa lata, zbierając materiał do „Imperium”. Omijał demaskator owe telefony, bo mógłby dowiedzieć się czegoś psującego słuszną perspektywę – a ileż pracy włożył w zebranie tylu chętnych, słusznych wypowiedzi, nawet takich przyjaciół, co to znali Ryśka przed 60 laty rok, dwa, w szkole! Znali słusznie. Na tyle, by wspólną dziecinność mianować „cynizmem”.

Dowiedzieliśmy się o „współpracy” Ryśka z wywiadem PRL. Nie pierwszy raz, Newsweek już chyba ze dwa lata temu objawiał wiedzę o „teczkach”, w których, jak się okazało, nic nie było. Dlaczego nie było? W roku 1959, po moim reportażu o Polskiej Agencji Prasowej, zaprosił mnie, jednego z rozbitków „Po prostu”, na rozmowę naczelny PAPu, Hoffman. Spytał mnie jako operującego językiem angielskim, czy bym nie miał ochoty na pracę korespondenta zagranicznego. Nie miałem, interesował mnie Kraj, ale nim odpowiedziałem, Hoffman dorzucił, że przy wyjeździe korespondent musi podpisać taki, wiecie, no, papier. Kiedy zobaczył, jak mnie to spłoszyło, pomachał ręką:

- Nie, nie, mylicie się… Kiedy kogoś wysyłam, odbywam z nim rozmowę i wbijam mu w głowę, żeby dobrze zapamiętał, że nasz korespondent nie może podejmować żadnej współpracy z wywiadem, bo w razie jej wykrycia stracimy placówkę i nikt już więcej tam nie dostanie akredytacji. Ten podpis to tylko formalność. Możecie zapytać swoich kolegów, którzy u nas pracują…

Pytałem. Tak było, jak mówił Hoffman, a dziś wiemy, że wywiad PRL po paru bezpłodnych latach skreślał korespondentów PAP ze swego inwentarza. Jeden z moich przyjaciół wysyłał do centrali PAP ze świata informacje nie wywiadowcze – o swych miejscowych znajomych, których można by zainteresować kontaktami handlowymi z Polską, przekazywał telefony, adresy, tematykę możliwych interesów, po czym, wróciwszy do kraju, znalazł wszystko, co przysyłał, w najniższej szufladzie biurka szefa redakcji zagranicznej… Wiadomości od korespondentów, które nie mogły ukazać się w prasie PRL, publikowano w „Biuletynie Specjalnym” PAP. Nigdy, o ile wiem, nie ukazały się drukiem korespondencje Ryśka z Kenii, gdzie zaprzyjaźnił się z młodym, chyba radykalnym, czarnoskórym przywódcą; nazwisko pamiętam do dzisiaj, po 50 latach – Tom M’Boya, po jakichś latach zginął bodaj w zamachu. I nie słyszałem, by ktoś spróbował przejrzeć te BSy.[...]

—————————–

Całość materiału na Studio Opinii

Aferalne media, polityczni dziennikarze

Dwie sprawy o charakterze personalnym rozgrywające się w mediach publicznych, skutecznie przykrywają skandaliczną sytuację, jaka jest pokłosiem politycznych rozgrywek wokół TVP i Polskiego Radia. Te dwie sprawy to odwołanie ze stanowiska szefa publicystyki programu pierwszego TVP Anity Gargas, druga to powierzenie najważniejszych programów politycznych w PR III Polskiego Radia wyrazistemu dziennikarzowi gazety „Polska The Times”, Michałowi Karnowskiemu.

Obie te sprawy to dwie strony tego samego medalu, czyli efekt zawłaszczenia mediów publicznych przez układ polityczny. Nie przez polityków i partie polityczne, ale układ polityczny ściśle ze sobą powiązanych polityków i dziennikarzy. Jest niewątpliwe dla każdego, że już od wielu lat nominacje na stanowiska zarządcze w telewizji i radiu publicznych mają podstawy polityczne, a wręcz partyjne. Jest to praktyka stała, dotycząca wszystkich formacji politycznych, mających swoich przedstawicieli na szczeblu centralnym. W mediach było i jest miejsce dla PO, PiS, PSL, SLD, Samoobrony, LPR i odprysków innych formacji (także w stacjach i rozgłośniach regionalnych).

I jest naturalną rzeczą, że ci szefowie polityczni mediów publicznych dobierają sobie takich współpracowników, którzy będą realizowali nie program merytoryczny – lecz program „zlecony” politycznie.

Read More

Czas medialnych politruków

Media publiczne są publiczne już tylko z nazwy. Panuje w nich polityczna hucpa i kolesiostwo, z misją i zadaniami publicznymi nie ma to nic wspólnego. Takie łajdactwo, jak czyszczenie stacji i programów z ludzi niewygodnych jest na porządku dziennym. Pozwalają na to również często związki zawodowe, które też są w tym układzie korporacji dziennikarskich, jak i Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które jest już tylko fasadą bez znaczenia. Korporacja dziennikarska działa sobie dokładnie tak, jak korporacje w innych branżach, ale różni ją od innych to, że pozbywa się ona zasad etycznych, staję się powoli gildią w obronie swoich członków.

Jacek Sobala, który został nominowany na stanowisko dyrektora Programu III Polskiego Radia jest politycznym namiestnikiem. Namiestnikiem koalicji politycznej PiS-u i części środowisk lewicowych, związanych ze stowarzyszeniem Ordynacka. To nie technokrata medialny, ani nie dziennikarski intelektualista, za jakiego chciałby uchodzić, ale po prostu polityczny desygnat, mający za zadanie realizowanie konkretnych wytycznych partyjnych. To człowiek, który jest rzucany przez PiS na front medialny do wykonywania konkretnych zadań. Kiedy w 2006, przy wydatnej pomocy szefowej KRRiT, Elżbiety Kruk, partia ta przejęła władzę w Polskim Radiu, Jacek Sobala został szefem Radia BIS. Jego “reforma” stacji polegała na wyrzuceniu kilku osobowości radiowych, spłaszczeniu oferty muzycznej i w efekcie odejściu od głośników młodych słuchaczy. Po wykonaniu tego zadania Sobala przerzucony został na front Programu I PR, gdzie obok innego nominanta PiS, Marcina Wolskiego, na zlecenie Prezesa PR, Krzysztofa Czabańskiego czyścił radio “ze złogów”, doprowadzając tę stację do najgorszych wyników słuchalności w historii. Jak więc widzimy – jest to towarzysz oddany i zdolny…

Sobala w grudniu ubiegłego roku zastąpił Magdę Jethon, długoletnią dziennikarkę PR III, osobę też nie neutralną światopoglądowo, ale za to nie emitującą na antenie swoich sygnałów politycznych. Jethon została zastąpiona Sobalą momencie, kiedy Trójka osiągnęła słuchalność na poziomie 8,1 proc. w grupie słuchaczy między 25 a 45 rokiem życia, a samo odwołanie odbyło się telefonicznie, bez podania przyczyn.

Read More

Kapuściński, czyli podziękujmy SB

Posted 16 lut 2010 — by Azrael
Category Etyka, Kultura, Polityka, Polska, Popaprańcy, Społeczeństwo, etyka dziennikarska

Bardzo często, praktycznie każdego dnia dziękuję Panu B., a przede wszystkim jednak sobie, że udało mi się w życiu nie ulec pokusom chodzenia w stadzie i z prądem dziejowym. Uchroniłem się przed nagabywaniem pezetpeerowskich naganiaczy, z daleka trzymałem się od „S”, a pracę społeczną w organizacjach studenckich wypełniałem sumiennie, dla… własnych korzyści. Wygodnictwo, koniunkturalizm? Oczywiście, ale przede wszystkim zawsze zdrowy dystans. Nawet pani oficer SB stwierdziła, że woli kawę ze mną bez zobowiązań, niż z przymusu służbowego…

Ten dystans wielokrotnie pozwolił nad przechodzeniem do porządku dziennego nad sprawami, co do których moraliści MUSZĄ mieć, z racji doświadczeń, a jeszcze częściej doktryny moralnej, wątpliwości.

Ryszard Kapuściński jest moim ulubionym dziennikarzem, reportażystą – dlatego, że to co pisał, jest nie tylko zapisem widoku i sytuacji, jakie się przed jego oczyma rozgrywały, ale jest on również dogłębnym obserwatorem zjawisk społecznych, politycznych i kreacjonistą świadomości. Nie cenię go tylko za to, co widział, ale jak widział, jak opisywał i jak potrafił to filtrować. Jego kunszt został doceniony na całym Świecie, w Polsce, jak zwykle to u nas bywa – najmniej.

Read More

Przecieki, naciski i etyka

Dziennikarstwo śledcze to ponoć elita i kwintesencja zawodu. Samotni bohaterowie, którzy w boju, znoju, strachu i obawie przed ujawnieniem drążą trudne i niebezpieczne tematy, aby je następnie opracować, obrobić, czasem nawet zweryfikować (a jakże! są tacy profesjonaliści!), a potem tryumfalnie opublikować drukiem w gazecie, czy obrazem w telewizorze… Znojna praca, ku chwale państwa, służebność obywatelska, funkcje kontrolne – jednym słowem – MISJA… Znamy tych bohaterów – Kasprów, Gorzeliński, Łęcki, Najsztub, Kittel, Marszałek, no, wreszcie Sumliński, kiedyś wielki Jachowicz… No, właśnie – kiedyś. A co dziś?

W sobotę „Rzeczpospolita”, dziennik idei i wartości prawicy z PiS (jakby śmiesznie nie zabrzmiało słowo „prawica” wobec partii Jarosława Kaczyńskiego…) opublikował POZYSKANE fragmenty zeznań Ryszarda Sobiesiaka, złożonych 6. styczna w prokuraturze. Okazało się, że jego zeznania nie do końca konweniują z zeznaniami polityków Platformy Obywatelskiej, złożonymi przed sejmową komisją śledczą, tą hazardową. Materiały z przesłuchania zostały już udostępnione komisji, w dniu 27 stycznia, i panowie posłowie, oraz ich asystenci mieli okazję się z nimi zapoznać. Pod rygorem tajności, w kancelarii tajnej Sejmu, bez notatek, ksero, zdjęć… A jednak – wyciekło – i to nie opinia o materiałach, lecz same stenogramy.

Oczywiście, wszyscy „zainteresowani” postawili oczy w słup – i nikt nie wie, kto i kiedy przekazał materiały prasie. Prokuratura z warszawskiej Pragi głosem swojej rzeczniczki, p. Renaty Mazur twierdzi, że to nie oni – i chyba ma rację, bo i czas nie ten, i motywu nie ma – więc raczej podejrzenie spada na „wybrańców narodu”, lub ich przybocznych. Będzie śledztwo w tej sprawie, z wniosku prokuratora krajowego, prowadzone przez jedną z prokuratur okręgowych.

Sedno sprawy leży gdzie indziej – w tym, czy gazeta idei Pawła Lisickiego mogła opublikować materiały „pozyskane”. Brać dziennikarska, jak zwykle zakrzyknie – „mogła, mogła, to jej obowiązek obywatelski, prawo, no i nakaz moralny!”. Tak głośno krzyczy między innymi także red. Piotr Śmiłowicz, z tygodnika „Newsweek”, twierdząc, cytuję;

Przeciek był uzasadniony, bo publikacja odegrała ważną społecznie funkcje – pokazała, że świadkowie przed komisją nie mówili pełnej prawdy.

Read More

Łajdactwo uprawnione

Nie od dziś wiadomo, że nasze dziennikarstwo stoi korporacją. Polscy żurnaliści tworzą klakę, lobbing. Lojalność zawodowa i środowiskowa to rzecz ważna i cenna. Korporacja dziennikarska jest jednak dość specyficznym środowiskiem. W sprawach natury światopoglądowej dziennikarze różnią się od siebie diametralnie. I nie ukrywają swoich poglądów specjalnie, niejednokrotnie w swoich publikacjach czy programach w mediach elektronicznych dają temu wyraz. Ale ta lojalność i te wsparcie bywa bardzo wybiórcze.
Wczoraj media poinformowały, że w ramach „odzyskiwania” radia publicznego przez koalicję PiS/SLD ( a właściwie nie tyle SLD, co Stowarzyszenie „Ordynacka”) szefowa programu III Polskiego Radia, Magda Jethon została zastąpiona przez Jacka Sobalę. Stało się to w momencie, kiedy Trójka osiągnęła słuchalność na poziomie 8,1 proc. w grupie słuchaczy między 25 a 45 rokiem życia, a samo odwołanie odbyło się telefonicznie, bez podania przyczyn. Przyczyny oczywiście są – to podział tortu medialnego przez polityczne grupy wpływów.

Sobala to nie jest ktoś przypadkowy, ani osoba nieznana. To człowiek, który jest rzucany przez PiS na front medialny do wykonywania zadań. Kiedy w 2006, przy wydatnej pomocy szefowej KRRiT, Elżbiety Kruk, oczywiście nominantki PiS, partia ta przejęła władzę w Polskim Radiu, Sobala został szefem Radia BIS. Jego „reforma” polegała na wyrzuceniu z tej stacji kilku osobowości radiowych, spłaszczeniu oferty muzycznej i w efekcie odejściu od stacji młodych słuchaczy. Po wykonaniu tego zadania Sobala przerzucony został na front Programu I PR, gdzie obok innego nominanta PiS, Marcina Wolskiego, na zlecenie Prezesa PR, Krzysztofa Czabańskiego (zgadnijcie, z kim związanego…?) czyścił radio „ze złogów”, doprowadzając tę stację do najgorszych wyników słuchalności w historii. Jak widzimy – towarzysz oddany i zdolny…

Read More

Ja, bezgrzeszny, kamieniem nie rzucę

Posted 16 gru 2009 — by Azrael
Category Etyka, Media, Państwo, Polityka, Polska, Popaprańcy, etyka dziennikarska

Im dalej brniemy w sprawę senatora PO, Krzysztofa Pisiewicza, tym więcej wątków dyskusji nam się otwiera. A to sprawa odpowiedzialności polityka, obranego przez wyborców przed nimi, na ile media mogą wchodzić w prywatne życie ludzi polityki, pytania o legalność używania narkotyków i odpowiedzialność z tego tytułu…. No i na końcu pytanie ćwiczone już przy dalej trwającej sprawie Romana Polańskiego, czyli, czy celebrytom i ludziom sztuki wolno więcej, czy mniej, i o ile.

Dyskusje są oczywiście prowadzone doktrynalnie i z poziomu piedestału, z jakiego komentator przemawia, co prowadzi do groteski. Bo jeżeli naczelny Superaka, który ujawnił sprawę i filmy pisze i mówi o misji niesienia informacji o politykach wyborcom, to mój rechot z tego odbija się od ścian. Pan redaktor ma misje, ale polegają one, z jednej strony, na tym, aby zarabiać pieniądze dla wydawcy, w dowolny sposób, z drugiej strony dostarczać czytelnikom, sprofilowanym na tego rodzaju gazety skandalu, krwi, plotek, gołych d* – również w dowolny sposób, za wszelką cenę.

Jak słyszę, że „autorytet moralny gazety „Fakt” (tak, tak!) redaktor Warzecha, swoim napuszonym i z lekka stentorowym głosem obwieszcza, że senator Piesiewicz jest sam sobie winny, a nie winni są szantażyści, którzy zrealizowali prowokację w jego domu – to już wiem, że takie wartości, jak etyka, nie tylko dziennikarska, prawo do prywatności, czy ważenie wartości człowieka nie tylko na podstawie nagrań z ukrycia, są dla niego pojęciami abstrakcyjnymi. Pan Warzecha zauważył wczoraj w programie telewizyjnym, że polityk zawarł z wyborcami umowę społeczną, w związku z tym im wolno wchodzić w jego życie prywatne, a on musi je pokazywać. Na szczęście drugi obecny w programie dziennikarz, Paweł Wroński zauważył, że tenże Warzecha, jak autorytet i dostawca kontentu informacyjnego poddany jest również takim samym procedurom, ponieważ jest uważany za osobę zaufania publicznego (na szczęście tylko dla czytelników ‘Faktu”…).

Prawo do prywatności jest prawem obywatelskim, jeszcze ważniejszym, niż prawo własności. Do czasu, kiedy posiadacz tego prawa nie łamie prawa innych ludzi. Osobistych i ustalonych przez społeczeństwo. Być może Piesiewicz to prawo złamał, namawiając do kokainy. I o tym fakcie wyborca powinny być poinformowany, ale powinny to zrobić organy państwa – a nie tabloid, w formie wyjątkowo brutalnej. Tu zresztą rodzi się dalsze pytanie – na ile wyborca powinien być świadomy, jak jego wybraniec postępuje w życiu prywatnym? Pisze się ostatnio o dwóch modelach mediów; we Francji przestrzega się prywatności polityków i uznaje się ich wizerunek za dobro publiczne – koronnym przykładem jest nieślubne dziecko francuskiego prezydenta Françoisa Mitterranda, który przez ponad 20 lat ukrywał to, że ma nieślubną córkę, a media mu w tym pomagały – aż do jego śmierci. Drugim, skrajnym przykładem jest Wielka Brytania, gdzie każdy, najmniejszy skandal jest podawany społeczeństwu na tacy. Nawet rodzina królewska jest poza ochroną.

Oczywiście, państwo ma również inklinacje do tego, aby wiedzieć o społeczeństwie i obywatelach jak najwięcej, o czym świadczą zapędy kontrolowania obywateli, pod pozorem zapewnienia bezpieczeństwa. Przykładem jest tego projekt MSWiA powołania rejestru zakazanych stron, w ramach noweli do ustawy hazardowej, co zmusiłoby operatorów internetu do zbierania informacji o internautach (a jest to już ponad 50% obywateli) – a także do ich udostępniania na niezbyt jasnych zasadach.

Wracając do sprawy senatora Piesiewicza; Jako liberał i libertyn uważam, że dopóki senatorowi nie zostanie udowodnione przestępstwo, dopóty może on pełnić dalej swój mandat parlamentarny. A ponieważ sam wyznaję zasadę, za Ernesto Sabato, że „moralność jest sumą moich przyzwyczajeń”, tego samego oczekuję od Krzysztofa Piesiewicza i liczę, że również tak jak ja, pozostanie on wolnym człowiekiem, który lubi łamać konwenanse. A zdrową moralnością i etyką katolicką publiką „Super Expressu” nie powinien się przejmować.

Azrael

Podwójne życie senatora

Posted 12 gru 2009 — by Azrael
Category Etyka, Media, Polityka, Polska, Popaprańcy, etyka dziennikarska

Trudno jest komentować sprawę senatora Krzysztofa Piesiewicza, ponieważ właściwie nie bardzo wiadomo, do jakiej kategorii ją zaliczyć. Nie jest do końca jasne, czy jest to skandal obyczajowy, na miarę afer Profumo, czy Berlusconiego, czy czysta sprawa afery kryminalnej, szantażu, celem wymuszenia okupu, czy afera medialna, czy może jednak polityczna? Wydaje się, że wszystkiego mamy to po trochu, a całość jeszcze nie jest przed nami odkryta.

Patrzymy na senatora jako na postać wieloznaczną. Jest to wybitny prawnik, obrońca w wielu sprawach działaczy „S”, zaangażowany w sprawę wyjaśnienia śmierci księdza Popiełuszki. Jest to również artysta, a właściwie humanista, ponieważ to jego scenariusze nadawały głębi filmom Krzysztofa Kieślowskiego i nie były to proste interpretacje Dekalogu, czy innych przesłań płynących z wiary. No i na końcu również polityk, i choć bez specjalnego znaczenia formalnego, to jednak jego wypowiedzi, opinie miały wagę znaczną, jak choćby te na tematy lustracyjne.

Nie wiem, czy jednak ta publiczna postać jest do końca znana i czy wiemy o nim wszystko. Jednak próba jego oceny tylko poprzez ujawnione filmy mogłaby być najgorszą metodą.

Czy jest to skandal obyczajowy? W pewnym sensie tak, jest to upadek senatora, ale to co zastało ujawnione stało się w pewnym sensie poza nim. Dokonano na nim manipulacji poza jego świadomością i zrobiono to w jego domu, miejscu, gdzie prywatność jest rzeczą świętą, jeżeli nie krzywdzi się innych. Piesiewicz nie zapraszał „Super-Expressu” do siebie, nie nagrywał się sam telefonem komórkowym, nie wysyłał do mediów nagrań i nie był motywatorem tabloidów, jak to czynił swego czasu Kazimierze Marcinkiewicz. Wina tu nie leży po jego stronie. Chyba, że zostanie udowodnione, że substancja, jaką zażywał, była kokainą i że to on był inicjatorem zdarzeń. To jednak będzie trudne do udowodnienia, bo w żadnej mierze za wiarygodne nie można uznać zeznań szantażującej go grupy, a nawet opublikowanych filmów.

Read More

Grand Tomasz Lis

Posted 11 gru 2009 — by Azrael
Category Media, Państwo, Polityka, Polska, Popaprańcy, Społeczeństwo, etyka dziennikarska

Coroczne nagrody Grand Press i Dziennikarza Roku miesięcznika branżowego „Press” budzą duże emocje i szeroki oddźwięk w środowisku. Bo to właśnie środowisko, redakcje radiowe, telewizyjne, prasowe, a także internetowe, zgłaszają kandydatów i wybierają nagrodzone programy i ich twórców. Jest to więc konkurs społeczności dziennikarskiej, tej oficjalnej, ponieważ publicyści i autorzy niezależni od mainstreamu medialnego w dalszym ciągu są niezauważani. Przynajmniej oficjalnie, bo już nieoficjalnie dziennikarze obywatelscy i blogerzy są i czytani, i stanowią inspirację, do czego dziennikarz z „cenzusem”, ale za to z wątpliwą czasem etyką, rzadko się przyznają.
Dziennikarstwo jest w impasie, wynika to nie tylko z konieczności konkurencyjności i poddania się presji rynku, braku standardów zawodowych i etycznych, ale również z bezpardonowej walki pomiędzy redakcjami, wydawcami, czy nawet całymi grupami medialnymi, jak to jest w przypadku „Agory” i „PressPubliki”.

Wielu dziennikarzy (a nawet całe redakcje), zdolnych, o znakomitych piórach i takich samych horyzontach daje się „wpuścić w kanał” bieżącej nawalanki politycznej i wykorzystać do obszczekiwania. Albo przeciwników politycznych redakcji albo redakcji konkurencyjnych gazet. I każda redakcja ma takich szczekających. Obszczekiwanie się to zresztą ulubiona zabawa polskich dziennikarzy. Szczególnie lubią to robić ci, którzy chcieliby uchodzić za “niezależnych”.

Dobry dziennikarz, a właściwie dobry publicysta, który chce być opiniotwórczy, musi mieć własne zdanie i własne poglądy, które może poddać krytyce i przedyskutować. Muszą one jednak być przemyślane, logiczne i spójne. Bo to, że ktoś ma „oryginalne” poglądy, nie oznacza jeszcze tego, że są one rozsądne i warte uwagi. Świadczy o tym postać o najbardziej rozdętym ego w polskim dziennikarstwie – Łukasza Warzechy.

Read More