
Wystąpienia Lecha Kaczyńskiego i jego brata, szefa Prawa i Sprawiedliwości, Jarosława, należy rozpatrywać łącznie. Dokładnie tak, jak działania jednego są z reguły funkcją pomysłów podrzucanych przez drugiego. Pomijając quasi patriotyczne wystąpienie prezydenta na Westerplatte, skierowane nie tyle do Europy i Świata (ponieważ nikt go poważnie nie traktuje i nie przykłada wagi do jego opinii), widać wyraźnie, że kampania do wyborów prezydenckich została rozpoczęta.
Lech Kaczyński swoje przemówienia 1. września, poranne i popołudniowe kierował nie tyle do Władimira Putina, Rosji, lecz do swojego elektoratu. Jarosław Kaczyński zadając natomiast następnego dnia pytanie o motywy i zasadność zaproszenia rosyjskiego premiera, pokazał irytację tym, że to nie jego brat, pomimo usilnych starań nie był bohaterem 70. rocznicy II Wojny Światowej.
Dyplomacja, a obchody były nie tylko dniem pamięci, ale również momentem, kiedy się uprawia politykę wizerunkową państwa, wymaga umiejętności niuansowania wypowiedzi. Na agresywną i w dużym stopniu prostacką propagandę rosyjską z przed 1. września godziło się odpowiedzieć w sposób adekwatny, za pomocą instytucji do tego uprawnionych i predestynowanych. Dobrze zrobił Donald Tusk, wykorzystując doświadczenie i materiały Instytutu Pamięci Narodowej, który wydał dobre, ostre oświadczenie.
Jarosław Kaczyński w swoim krótkim, acz treściwym wystąpieniu na konferencji prasowej 2. września zanegował podstawy polskiej polityki zagranicznej. Dla niego zaproszenie Putina (i jak sądzę, również Angeli Merkel) było wyrazem słabości. Nie zauważa, że przyjazd szefów rządów Niemiec i Rosji podniosło rangę nie tylko uroczystości, ale również Polski na arenie międzynarodowej, a lekcja historii została zauważona.
Oczywiście, wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego skierowane było do elektoratu jego partii i miało na celu podniesienie temperatury debaty politycznej. Tak jak zwykle, zagadnienia polityki zagranicznej (i polityki historycznej) są dla szefa PiS jedynie funkcją spraw krajowych. Dając tak ostre sformułowania, Kaczyński, jak zwykle, nie przyciąga do siebie, swojej partii – i oczywiście, swojego brata – nowych wyborców, lecz ich odrzuca. W ten sposób PiS nie tylko nie zyskuje nowych wyborców, ale również traci tych, dla których jego partia mogłaby stać się alternatywą, jeżeli z Platformą Obywatelską stałoby się coś dramatycznego. Podobnie sprawa się ma z samych Lechem Kaczyński, co pokazuje ostatni sondaż prezydencki. Donald Tusk otrzymał w nim 48%, Kaczyński 14%, a niezdeklarowany jeszcze Andrzej Olechowski – 8%… Jeżeli przypomnimy jeszcze, że negatywny elektorat Lecha Kaczyńskiego wynosi 70%, i jest to praktycznie wartość constans, widać że PiS kandydata na fotel prezydenta nie ma. Nie może nim być także Zbigniew Ziobro. Jeszcze pamiętamy, jak w roku 2005 duet Brochwicz-Miodowicz, działając w intencji Donalda Tuska, za pomocą pani Jaruckiej i jednej kartki zniszczył Włodzimierza Cimoszewicza. Co można by zrobić teraz, wobec Ziobry?
Niewątpliwie najważniejszym celem politycznym Jarosława Kaczyńskiego na najbliższy sezon polityczny jest wprowadzenie swojego brata na ścieżkę do reelekcji. Jednak, jak widać, metody, jakimi się chce posługiwać, są stare i będą nieskuteczne. Próba mobilizacji woków polityki historycznej i gra na kryzys ekonomiczny skończą się spektakularną porażką. Także w wyborach samorządowych.
Azrael







Najnowsze komentarze