Integracja, erozja, czy rozpad?

No i stało się, jak przewidywałem kilka tygodni temu, Zbigniew Ziobro doprowadził do rozłamu. Na razie jest to rozłam w klubie parlamentarnym, nie partii, o czym należy pamiętać. Klub pod nazwą „Solidarna Polska”, składający się z 16 posłów i jednego senatora PiS (dalej formalnie członków partii) oficjalnie kontestuje sposób prowadzenia partii przez Jarosława Kaczyńskiego i wzywa do przyjęcia z powrotem Zbigniewa Ziobro, Jacka Kurskiego i Tadeusza Cymańskiego. Powołanie klubu jeszcze przed pierwszym posiedzeniem Sejmu nowej kadencji to dobry ruch, ale rozłam klubu PiS-u nie oznacza wcale, że szybko powstanie nowa partia. To nie ten czas, nie ta sytuacja, która zmusiła Janusza Palikota do ciężkiej harówki i zrobienia po kraju dziesiątków tysięcy kilometrów, dla budowy zrębów nowej formacji.

Tak, Jacek Kurski i Zbigniew Ziobro przygotowywali się do tej sytuacji. Doskonale wiedzieli, że po wyborach, przegranych wyborach, będą marginalizowani w partii przez Jarosława Kaczyńskiego i środowisko starych „wujów” z Porozumienia Centrum. Dlatego też w kampanii wyborczej popierali wybranych, swoich, kandydatów do Sejmu i Senatu, jednocześnie umacniając kontakty z dużą częścią terenowego aktywu partyjnego i elektoratu. Bo w przeciwieństwie do grupy Joanny Kluzik-Rostkowskiej i Pawła Poncyliusza, grupa Ziobry była osadzona w partii, a także wśród wyborców. Ziobro, Kempa… mogą pociągnąć za sobą dużą część elektoratu. Ale nie zrobią tego od razu – najpierw będą robić wszystko, aby erozja Prawa i Sprawiedliwości postępowała. Może nawet do momentu, kiedy Jarosław Kaczyński sam zrezygnuje, a na gruzach jego panowania dojdzie do unifikacji środowisk, które wcześniej PiS opuściły. To jest jednak scenariusz mało prawdopodobny, raczej neo-PiS-u nie należy się spodziewać.

Ziobro nie musi jednak już teraz zakładać partii. Nie jest ona mu w tej chwili potrzebna, ma wehikuł polityczny, czyli klub parlamentarny, a także otwarty dostęp do mediów nieprzychylnych PiS-owi. Takie szybkie powołanie partii politycznej byłoby zaprzeczeniem tezy, że jego działania są motywowane dobrem PiS-u i, szerzej, prawicy. Dziś, biorąc pod uwagę przeszłość Ziobry, poparcie mediów Tadeusza Rydzyka, jego formacja naturalnie byłaby odbierana jako partia stojąca na prawo od PiS. Przecież To właśnie były minister sprawiedliwości w rządzie Jarosława Kaczyńskiego był ostoją projektu tak zwanej IV RP. Kierunek, w jakim musiałaby pójść nowa formacja, czyli narodowy katolicyzm, automatycznie by ją ulokował w niszy politycznej. Lepszym rozwiązaniem jest próba budowy szerszej, nowej platformy prawicowej, w oparciu o współpracę z PJN. Próba dokooptowania środowisk Marka Jurka, czy Janusza Korwin-Mikkego to droga prowadząca w ślepy zaułek.

Dziś właściwie nie wiadomo, jaki pomysł mają Ziobro i Kurski. Dziś ich pomysł na działanie jest podobny do tego, jaki miał z początku PJN – kontestowanie Jarosława Kaczyńskiego. To pomysł na tygodnie, nie na miesiące i lata. Jeżeli nowa grupa nie przedstawi szybko programu, idei, marszruty politycznej – to pozostanie tylko grupą „dietetyków” Sejmu i Parlamentu Europejskiego. Jeżeli Jarosław Kaczyński obroni jedność partii, szczególnie chodzi w tym przypadku o struktury terenowe, to grupa Ziobry będzie musiała powołać nową formację. Tylko, czy będzie to droga ku integracji prawicy, czy wręcz przeciwnie, dalszej jej atomizacji?

 

Azrael

​​

To musiało się tak skończyć…

Logika Jarosława Kaczyńskiego nie pozwoliła mu inaczej zakończyć sprawy trzech europosłów, Zbigniewa Ziobry, Jacka Kurskiego i Tadeusza Cymańskiego. Ubierając swoją decyzję w szafarz demokratycznych procedur, które istnieją tylko dla mediów, wyrzucił ich ze swojej partii. Bo przecież Prawo i Sprawiedliwość nie jest partią demokratyczną, lecz, jak to trafnie określił Marian Piłka, formacją polityczną w stylu oenerowskim, gdzie nie tylko władzą, ale i właścicielem jest przywódca. PiS nie jest partią demokratyczną, tak jak nie jest demokratą Jarosław Kaczyński, choć musi się poddawać od czasu do czasu procedurom państwa demokracji parlamentarnej. Ten niedemokratyzm PiS jest zapisany w jej statucie, gdzie jedyną władzą stoją ponad przewodniczącym partii jest jej kongres, z tym, że największy wpływ na kształtowanie władz wszystkich szczebli partii, a co za tym idzie na wybór delegatów na walny jej zjazd ma … prezes partii. Kółeczko zamknięte, do czasu, kiedy Jarosław Kaczyński nie odejdzie z polityki.

Nie sądzę, aby Zbigniew Ziobro i stojący za nim działacze poważnie myśleli o przebudowie partii, jeżeli tak, to wykazali się poważną naiwnością. W tej formacji nie ma miejsca na wewnętrzną dyskusję, na zmianę profilu, na budowę oddolną programu i struktur. Wszystko to po prostu zależy od Jarosława Kaczyńskiego. Podobnie jest także w Platformie Obywatelskiej, ale jej przewodniczący swoją pozycję opiera na sile swoich zwycięstw. On dzieli, rządzi, powołuje i odwołuje swoich współpracowników po zwycięstwach wyborczych. Jest hegemonem z racji sukcesu, jeżeli poniesie porażkę – prawdopodobnie odejdzie. Jarosław Kaczyński zbudował swego czasu swoją pozycję również w oparciu o sukces i nośny program. Dziś ten program jest zwietrzały, czas jest inny, a swoją przewagę z lat przeszłych Kaczyński obudował formalizmem niedemokratycznego statutu.

Continue Reading →

Koniec końca

Lista osób, które zostały z Prawa i Sprawiedliwości usunięte, wypchnięte, jest długa i bogata. Można by z niej stworzyć kilka formacji – i tak się zresztą stało. Poczynając od Marka Jurka i jego ekipy, poprzez Pawła Zalewskiego i Ludwika Dorna, Janusza Kaczmarka, na Pawle Kowalu, Pawle Poncyliuszu i Joannie Kluzik-Rostkowskiej kończąc. Teraz w kolejce jest Zbigniew Ziobro i jego ekipa, na ile liczna, to się okaże. Bo szans na jego pozostanie w PiS już nie ma…

Prawo i Sprawiedliwość nie jest organizacją demokratyczną, to przedsięwzięcie rodzinne braci Kaczyńskich, teraz we władaniu Jarosława. PiS nie jest klasyczną, demokratyczną partią w stylu zachodnim, lecz prywatnym projektem Jarosława Kaczyńskiego, który miał mu utorować drogę do władzy i zapewnić panowanie. Częściowo nawet udało się zrealizować program zdobycia władzy, ale już od 2007 roku cały projekt chyli się ku upadkowi. Nie upada, ponieważ jest na niego potrzeba „społeczna” i polityczna, co doskonale widzi Platforma Obywatelska. PiS trwa na scenie politycznej również dlatego, ponieważ polska prawica potrafi tylko jedno – dzielić się, a nie łączyć. I dopóki nie powstanie prawdziwa konserwatywna partia chadecka, dopóty PiS i jej szef będą „robić” za prawicę. Może Ziobro ma szansę na taką partię?

Continue Reading →

Prokurator jako urzędnik państwowy


Marszałek odchodzącego Sejmu, Grzegorz Schetyna, zdecydował o wygaśnięciu mandatów poselskich Bogdana Święczkowskiego i Dariusza Barskiego. Barski i Święczkowski są prokuratorami w stanie spoczynku, zgodnie z ustawą o prokuraturze. Ta ustawa jednak pozwala na kandydowanie do Sejmu, bez konieczności zrzeczenia się stanu spoczynku (odejścia z korpusu prokuratorów). Kancelaria Sejmu jednak zażądała od nich, na podstawie art. 103 ust 2. Konstytucji RP zrzeczenia się stanu spoczynku, lub mandatu poselskiego. Prokuratorzy odmówili.

Grzegorz Schetyna powołuje się na opinię Ministerstwa Sprawiedliwości i Krajowej Rady Prokuratury, że pomimo zapisów ustawy o prokuraturze, ustawa zasadnicza reguluje to inaczej. A jak mówi artykułu 8. tejże ” 1. Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej. 2. Przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej.”. I dochodzimy do sytuacji, gdzie obaj prokuratorzy opierają się o ustawę niezgodną z Konstytucją RP.

Mandaty zostały wygaszone, Barskiemu i Święczkowskiemu pozostaje odwołanie się do Sądu Najwyższego, co zapewne uczynią. Ten ma obowiązek rozpatrzyć ich skargę w ciągu 7 dni – czyli już po zaprzysiężeniu nowego Sejmu. Ale opinia Sądu Najwyższego nie dotyczy samej decyzji Grzegorza Schetyny, lecz tego, czy ustawa o prokuraturze jest zgodna z Konstytucją RP. Ponieważ jednak obaj prokuratorzy są dalej w korpusie, przy uznaniu jej niezgodności, tracą mandat.

Continue Reading →

Nadzieja w rozpadzie PiS

 

Na początek pozwolę sobie na refleksję czysto osobistą; Po dwóch tygodniach od wyborów parlamentarnych doszedłem do wniosku, że to co się dzieje po stronie Prawa i Sprawiedliwości i jego zwolenników praktycznie nie ma znaczenia dla Polski i jej przyszłości. Partia, która zdobyła 30% głosów, nie ma w nowym parlamencie praktycznie nic do powiedzenia. Jarosław Kaczyński, przegrywając szóste kolejne wybory, zepchnął swoją partię na pozycję bez wyjścia, a dodatkowo ograniczył prawo głosu i wpływu na swój los tym, którzy na niego głosowali. Donald Tusk stał się hegemonem politycznym, jakiego w Polsce po roku 1989 nie było, dzięki swoim zdolnościom, ale solidnie na to również zapracował szef PiS. I dodatkowo zniszczył prawicę konserwatywną w Polsce. Bo prawdziwa prawica centrowa i liberalna jest teraz w PO. Zresztą lewica również…

Ale Kaczyński w dalszym ciągu ma monopol po stronie prawicy konserwatywnej, narodowej, katolickiej. To w jego sejfie leżą klucze do jej przyszłości. Klucze, które kilka lat temu, budując z bratem i Ludwikiem Dornem PiS, ukradł prawicy. Dopóki ktoś ich Kaczyńskiemu nie zabierze, nie zostanie po tej stronie stworzona realna siła polityczna. Słuchając opowieści, że możliwe jest zbudowanie konserwatywnej reprezentacji w oparciu o współpracę PJN, Janusza Korwin-Mikkego i Prawicy Rzeczpospolitej Marka Jurka, można wpaść w dygot pustego śmiechu. Wystarczy prześledzić metryczki polityczne tych dwóch ostatnich postaci, aby wiedzieć, że to droga donikąd. I wystarczy również cofnąć się do czasów AWS, przypomnieć sobie całą tamtą zbieraninę, aby dojść do wniosku, że łączenie jakichkolwiek formacji i współpraca polityków od lat działających na scenie politycznej żadnych skutków realnych nie może przynieść. Prawicę można zbudować tylko w jeden sposób – na gruzach PiS. Jeżeli nie doprowadzi się do anihilacji PiS i usunięcia Jarosława Kaczyńskiego z życia politycznego, prawica konserwatywna nie będzie w polskiej polityce odgrywała jakiejkolwiek roli.

Continue Reading →

Demokracja od tyłu

Od momentu, kiedy państwa Zachodu postanowiły uporządkować na nowo relacje z Północną Afryką, czyli także dostęp do źródeł surowców, los Muammara Kaddafiego był przesądzony. Od dnia, kiedy NATO i Amerykanie postanowili przetestować nowy system i rozpoznania i dowodzenia w powietrzu średniego szczebla – los przywódcy Libii był przypieczętowany. Od kiedy „wypróbowani” przyjaciele, Nicolas Sarkozy i Silvio Berlusconi odwrócili się od niego – wiadomo było, że śmierć jego jest nieunikniona. A los satrapów we własnej ojczyźnie często jest podobny, że przywołam tylko Saddama Husseina i Nicolae Ceausescu.

Tak, po operetkowym, ale równocześnie krwawym Kaddafim nikt nie płacze. Ani jego naród, ani dawni i nowi sprzymierzeńcy. Warto jedna pamiętać, że przywódca Libijskiej Arabskiej Dżamahirji był swego czasu przyjacielem Związku Radzieckiego i państw (także arabskich) z nim powiązanych. Potem stał się wrogiem Zachodu, pierwszym terrorystą świata. Kiedy jednak okazało się, że istnieje inny terroryzm, Al Kaida, Kaddafi stał się znów przyjacielem. Tym bardziej, że zasobnym ropą. Pułkownik przez ponad 40 lat swoich rządów kłócił i godził się ze wszystkimi na około, aspirował do przywództwa arabskiego, był ścigany amerykańskimi bombami, a następnie witany z honorami. Wewnątrz kraju rządził żelazną ręką, trzymającą wieloplemienne państwo w całości, pieniędzmi i przywilejami z ropy, a korupcja była ograniczona do jego klanu. To on i jego rodzina byli władzą, beneficjentami i instytucjami państwa.

Tylko naiwni mogą sądzić, że Kaddafiego obalił lud libijski. Dokonali tego jego byli współpracownicy, którzy w odpowiednim momencie poczuli wiatr wiosennej rewolucji tunezyjskiej i idący za nią płomień w Egipcie, Syrii, Jemenie. Tunezja przeprowadza pierwsze wolne wybory, które będą miernikiem tego, czy standardy demokratyczne, te zachodnie, zostaną zaszczepione w pierwszym kraju arabskim. Czy rząd zostanie powołany, czy będzie realna opozycja, czy będą wolne media i czy za jakiś czas znów jakiś major lub pułkownik nie postanowi przerwać chaosu i korupcji. Ale Tunezja to państwo dość jednolite, do tego mające doświadczenia i wsparcie Francji. Libia, państwo wielu plemion i klanów, zamieszkałe przez Arabów i Berberów, może nie przetrwać do wyborów, zapowiadanych przez władze tymczasowe za 8 miesięcy.

Zabójstwo Kaddafiego to klasyczna śmierć XXI wieku. Przed kamerą telefonu komórkowego, bez sądu, z wyjącym uzbrojonym tłumem. Bez sądu, bez osądzenia win. Mogłoby się okazać przecież, że nie uda się Kaddafiego zakneblować, a miałby on chyba dużo więcej do powiedzenia przed trybunałem, niż Saddam. Będą protesty, ale szybko o nich zapomnimy, a na twarzach zachodnich przywódców zagości błogi spokój. A miejsce Kaddafiego zajmie inny przywódca, o którym za kilka lat w zaciszu gabinetów Brukseli, Rzymu, Waszyngtonu będzie się spokojnie mówiło, że „może to i sukinsyn, ale nasz…”. Tylko na ulicach Benghazi i Trypolisu wszystko pozostanie po staremu…

 

Azrael

Dalej w demokratycznym państwie

Okazuje się, że zbiorowa mądrość społeczeństwa wygrała. To ono wygrało, czy jak kto woli – wygrała Polska. A patrząc na przekrój głosów według miejsca zamieszkania i wykształcenia – wygrali ci, dzięki którym Polska może się rozwijać i którzy są i będą jej motorem napędowym.

Polska, pomimo kryzysu światowego, kryzysu UE, strefy euro i zagrożeń finansów wewnętrznych, przeżywa najlepszy okres w swojej historii. Już po 22 latach od Okrągłego Stołu zbudowano stabilną demokrację, której nie jest wstanie przewrócić nawet tak trudny kryzys instytucjonalny, jak śmierć głowy państwa. Polska ma stabilną sytuację wewnętrzną, dobre relacje zagraniczne, w tym te najważniejsze – z sąsiadami, notuje wzrost gospodarczy. To przeważyło opinię, że III RP to jest ta Polska, jakiej większość społeczeństwa oczekuje. PO osiągnęło tak doskonały wynik również dlatego, że prawica nie potrafiła pokazać alternatywy, (i nie chodzi wcale tu i PiS), a lewica jest w trakcie reorganizacji, za przyczyną Ruchu Palikota.

Wyniki z ponad 90% okręgów wskazują, że zwycięzcą jest Platforma Obywatelska, a właściwie Donald Tusk, bo tak personalistycznie jest skonstruowana polska polityka. To pierwsze zwycięstwo partii rządzącej w demokratycznej Polsce, dające powtórzenie koalicji z PSL. PSL wziął „swoje”, choć nie poszerzył swojego elektoratu. Ale ten układ zapewnia stabilność. I nie należy brać pod uwagę rojeń zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, że pogłębiający kryzys odda władzę w ręce Jarosława Kaczyńskiego. Polacy przećwiczyli populistów z Samoobrony i PiS, wiedzą, czym to pachnie. Nie dadzą się nabrać ponownie. Niemrawa dość kampania PO została w ostatnich tygodniach zdynamizowana „Tuskobusem”. I to premier może sobie samemu podziękować za wygraną…

Continue Reading →

Jarosław Kaczyński na żywo

Kiedy prezes PiS-u, Jarosław Kaczyński przyjął zaproszenie do programu „Tomasz Lis na żywo” w TVP, było jasne, że nie będzie to zwykły wywiad. Większość komentatorów, dziennikarzy, ale także polityków, potraktowało to jako zastępczą debatę Jarosława Kaczyńskiego z premierem Donaldem Tuskiem, a Tomasz Lis miał być kimś w rodzaju silnego sparingpartnera. Donald Tusk był kilka tygodni temu w programie Tomasza Lisa i rozmowa była ostra, ale merytoryczna. Bo Tusk myśli o Polsce, a Kaczyński o odzyskaniu władzy, dla zniszczenia oblicza III RP i politycznych przeciwników. Lis wyzwanie zrozumiał, przygotował się do programu, choć mógł zrobić to lepiej. Nie ustrzegł się błędów i nie stłumił do końca emocji, choć jako publicysta miał do tego prawo. Postawił sobie z jednej strony cel przypomnienie wszystkich niedorzeczności, konfabulacji, kłamstw i manipulacji Jarosława Kaczyńskiego i pokazanie, że nowa/stara maska umiarkowanego polityka, jaką znów nosi Kaczyński, jest oszustwem. I choć trwało to dość długo, od połowy programu Kaczyński już był obnażony. Ten stary dobry Kaczyński od „porażających” spraw, „dyfamacji” i innych znanych bzdur.

Publicysta TVP posługując się cytatami, materiałami źródłowymi, przykładami, od pierwszych minut „grillował” szefa PiS. To nie była rozmowa i wywiad z szefem opozycji, ale zamierzone odzieranie Kaczyńskiego ze skorupy kłamstw. Doskonale wykorzystywał błędy Kaczyńskiego, jak choćby ten z dość śmieszną i kuriozalną sprawę straszenia Donalda Tuska pistoletem w windzie. To Kaczyński wywołał temat, a Lis tylko odwrócił lufę tego pistoleciku w stronę prezesa. Nie wszystkie sztychy Lisa w stronę Kaczyńskiego były czyste i perfekcyjne, ale tym bardziej widoczny był brak argumentów i ripost na wykazywane niekonsekwencje, konfabulacje, czy pomówienia. Najwyraźniej chyba zostało to zaznaczone w momencie, kiedy Tomasz Lis poruszył sprawę opinii Kaczyńskiego, zawartą w jego ostatniej książce, że obecna kanclerz Niemiec, Angela Merkel, została szefem rządu w wyniku niejasnych układów. Podtekstem tego jest to, że jako urodzona w NRD musiała być pod wpływem Stasi…Podobnie było z tematem kiboli, gdzie Kaczyński odżegnując się od koalicji z nimi, jednocześnie bronił bandyty Staruchowicza, vel „Staruch”.

Continue Reading →

Medialny cyrk

Andrzej Ż., były pracownik Centralnego Biura Śledczego, prawnik, emeryt mundurowy, krótko pracownik jednego z warszawskich urzędów skarbowych, oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił w Alejach Ujazdowskich, na przeciwko KPRM. Pozostawił list do premiera Donalda Tuska, w którym stwierdza na podstawie „uzasadnionych podejrzeń popełnienia wielu przestępstw”, przez pracowników i kierownictwo US i że to jest motywem jego samopodpalenia. Wzmiankuje też o problemach ze znalezieniem pracy, jakoby z powodu szykan po ujawnieniu nieprawidłowości w US na warszawskiej Pradze. Andrzej Ż. na wielu prawicowych portalach i wielu gazetach jest bohaterem o sprawiedliwość i ofiarą „systemu”. Wina Tuska…

Andrzej Ż., były pracownik CBŚ, emeryt mundurowy z emeryturą w kwocie prawie 3000 zł miesięcznie, krótko pracownik jednego z warszawskich urzędów skarbowych, zwolniony po okresie trwania rocznej umowy, oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił w Alejach Ujazdowskich, na przeciwko KPRM. Pozostawił list do premiera Donalda Tuska, w którym stwierdza na podstawie : „uzasadnionych podejrzeń popełnienia wielu przestępstw”, przez pracowników i kierownictwo US i żet o jest motywem jego samopodpalenia. Tylko ogólnikowo pisze o przestępstwach w US, nie wspomina, że zadłużenie, do jakiego doprowadziła jego rodzina, kredytowe, na kartach płatniczych, jest zawinione przez niego. Tak, ponieważ kwota 3000 złotych jest dla wielu marzeniem, a nieumiejętność przeżycia za nią jest drwiną dla wielu z tych, którzy pozbawieni są nawet zasiłku… Pan Andrzej Ż. nie radzi sobie, nie jest to wina państwa, a już na pewno premiera Donalda Tuska…

Obie narracje są upowszechnione w mediach, internecie. W zależności od tego, jaka jest pozycja piszących i jakie są potrzeby, przeważa jedna, lub druga. Są to jednak głównie domysły i spekulacje, a dziennikarze i publicyści już próbują zakwalifikować sprawę politycznie, sugerują, komu ona zaszkodzi. I robią wszystko, jak bezcenny, nieoceniony dla Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Sakiewicz i jego tabloid, aby nadać temu tragicznemu wydarzeniu wymiar polityczny i ogólnospołeczny. Już porównuje się czyn sprzed KPRM do samospalenia Ryszarda Siwca z roku 1968, czy równie tragicznej śmierci Jana Palacha w czeskiej Pradze. Rozpoczęła się gra polityczna, zgodna z interesem Prawa i Sprawiedliwości. Nie ważne jest to, że Andrzej Ż. zwolniony został z pracy w roku 2008, a aktu desperackiego dokonał 3 lata później. Ważne jest to, że można to wykorzystać. Rzadko pojawia się gdzieniegdzie głos rozsądku, że może rzeczywiście coś jest na rzeczy ze sprawą funkcjonowania państwa, że warto przyjrzeć się prawu, procedurom, może powtórzyć kontrolę w tym urzędzie (które po pismach Andrzeja Ż. przeprowadzono, ale nie wykazały one nieprawidłowości), ale nie w atmosferze nagonki politycznej, kampanii wyborczej i tragedii człowieka i jego rodziny.

Na dziś wygląda to na to, że samopodpalenie Andrzeja Ż. to raczej sprawa dla biegłych lekarzy, psychiatrów. Może jest on tylko człowiekiem niedojrzałym emocjonalnie, może coś więcej. Ale akt, którego dokonał, mając pod opieką czwórkę potrzebujących go osób, należy najpierw rozpatrywać w kategoriach medycznych, później społecznych, na końcu politycznych. Tego wymaga odpowiedzialność, dziennikarzy, komentatorów, polityków. Andrzej Ż. to nie jest sprawa typu mordercy z łódzkiego biura PiS, Ryszarda C., a tak już zaczyna być medialnie traktowana.

Azrael

​​

Kaczyński ogłupia

Joanna Kluzik-Rostkowska, kiedyś członkini Prawa i Sprawiedliwości, teraz, po przygodzie z PJN, kandydatka PO do Sejmu, napisała do Tomasza Poręby, szefa sztabu wyborczego PiS list otwarty. Ostrzega w nim polityków bliskich Jarosławowi Kaczyńskiemu, że obserwując kampanię wizerunkową szefa PiS, jaka jest prowadzona od pewnego czasu, widzi w niej dokładnie to samo, czego była świadkiem (i współtwórcą, jako szefowa sztabu wyborczego) w roku 2010, w czasie kampanii prezydenckiej. Widzi zakłamanie, puste deklaracje i obietnice, które dzień po wyborach zostaną zanegowane i wyrzucone na śmietnik. Kluzik-Rostkowska zawraca uwagę, że tego rodzaju „trik wizerunkowy” może udać się tylko raz, a wiarygodność straci nie Kaczyński, ale osoby, które mu pomagają. I przytacza na dowód własną osobę, jako tę naiwną, która podczas poprzedniej kampanii „miała głębokie poczucie, że mówi Polakom prawdę”, i uważała, że „Jarosław Kaczyński chce poważnej dyskusji o polskich sprawach, o miejscu Polski w Europie, że ma politycznych przeciwników, a nie wrogów.” W ciepły lipcowy wieczór wyborczy okazało się, jak bardzo się myli…

Niektórzy oskarżają Joannę Kluzik-Rostkowską, że jest całkowicie niewiarygodna (taką opinię wygłosił dziennikarz „Rzeczpospolitej”, Piotr Zaremba w niedzielnym programie „Loża prasowa” w TVN24). Tylko, że kto inny, jakie nie były szef sztabu kandydata na prezydenta może wiedzieć, jakie zdolności manipulacji tkwią w Kaczyńskim i jak potrafi oszukać on nie tylko wyborców, pardon, wyznawców, lecz również swoje otoczenie. Nie tylko ona, ale również inni Michał Kamiński, Paweł Poncyliusz, Jan Ołdakowski, czy Marek Migalski płacą teraz cenę za zaufanie, jakim obdarzyli Kaczyńskiego. Ta cena to prawdopodobnie ich brak w polskiej polityce…

Kaczyński nie musi przekonywać swojego twardego elektoratu. On jest już kupiony, obezwładniony i zmanipulowany. To ci, którzy święcie wierzą w spisek smoleński, w to, że żyjemy pod rządami Donalda Tusk w kondominium rosyjsko-niemieckim, że polski katolicyzm jest zagrożony przez wpływy szatana, którego emisariuszem stała się muzyk rockowy, Adam Darski – Nergal. Czeka nas katastrofa państwa, społeczeństwa, a jedyną nadzieją jest „pisowski lud”, który na kolejną miesięcznicę wręczy Kaczyńskiemu złote klucze do władzy. Jarosław Kaczyński nie buduje państwa alternatywnego – on już je zbudował w świadomości dużej części społeczeństwa. I to jest problem, z którym trzeba się będzie zmierzyć – dłużej, niż przez jedno pokolenie…

Continue Reading →

Sondaże z kapelusza

Na początek wyniki sondaży badania opinii publicznej z ostatnich dni, pokazujące poparcie dla dwóch największych partii politycznych;

Homo Homini: PO: 31%, PiS 29%

OBOP: PO 46%, PiS 29%

MillwardBrown SMG/KRC: PO: 35%, PiS: 29%

Jak widzimy, różnica waha się od 2% do aż 17%. I czy można na tej podstawie wysnuć jakieś wnioski? Można. Takie, że znów, podobnie jak w przypadku wyborów prezydenckich w roku 2010 i parlamentarnych z roku 2007, niektóre sondażownie czeka kompromitacja. A drugim wnioskiem jest taki, że sondaże, niezależnie od tego kto je zrobił i jakich metod użył, mogą być przydatne marketingowo, do mobilizacji elektoratu. Nie przybliżają nas jednak do odpowiedzi na pytanie, która partia i z jaką przewagą wygra październikowe wybory do Sejmu. A prognozowanie wyników do Senatu w tym roku, z racji zmiany ordynacji, jest zupełnym wróżeniem z fusów.

Warto pamiętać, że badania ośrodków opinii publicznej nie dotyczą tego, kto i z jakim wynikiem wygra wybory, ale tak naprawdę są to badania preferencji politycznych wyborców. To, czy przełożą się one na faktyczne wyniki, zależy od tego, jak dokładnie zostanie przeprowadzony sondaż, czy będzie on telefoniczny, czy ankieterski, jak duża grupa zostanie poddana badaniom, a także jak zostanie przeprowadzona estymacja wyników badania na całą populację wyborców, uprawnionych do głosowania. Chyba najważniejszym problemem jest to, jak zostanie zaliczona (policzona) grupa wyborców niezdecydowanych, nie tylko na jaką partię oddać głos, ale także tych niezdecydowanych, czy do wyborów w ogóle pójdą. Bo wyniki głosowania twardego elektoratu poszczególnych partii mogą zmienić swoją siłę w zależności od tego, czy frekwencja wyborcza będzie wynosiła 40, 50 czy może 60% wszystkich uprawnionych do głosowania.

Continue Reading →

Nergal, ten Zły

Adam Darski, muzyk, frontman znakomitej kapeli metalowej Behemoth, grającej ciężkiego, mrocznego rocka (nie znam się na stylach muzycznych, więc nie bardzo potrafię określić co to jest…), okraszonych doskonałymi klipami video, stał się bohaterem rozgrywki medialno-politycznej. Oto niektórym katolickim dziennikarzom nie spodobało się to, że Darski, noszący pseudonim Nergal, został jurorem muzycznego programu w telewizji publicznej. Nie podoba się to dziennikarzom, a za nimi także hierarchom kościelnym, z arcybiskupem Michalikiem na czele. Jeden z biskupów, ordynariusz włocławski, Wiesław Mering, wezwał nawet w liście pasterskim do nieposłuszeństwa obywatelskiego, mającego objawiać się niepłaceniem abonamentu radiowo-telewizyjnego. W ramach obrony wartości katolickich wezwał do łamania prawa…

Nergal ma być satanistą, czego dowodem miałoby być porwanie Biblii i nazwanie jej kłamliwą książką. Odbyło się to kilka lat temu, na prywatnym, zamkniętym koncercie, a doniesienie do prokuratury i sprawa sądowa zakończyły się uniewinnieniem muzyka. Okazało się jednak, że po trzech latach od wydarzenia kilku posłów Prawa i Sprawiedliwości poczuło się „religijnie obrażonych” i sprawa wróciła na wokandę. Zapewne wyrok będzie podobny, bo jeżeli nie, to okaże się, że wolność słowa i swoboda wypowiedzi artystycznej zostaną zanegowane. Bo tu nie ma mowy o żadnym publicznym znieważaniu symboli religijnych, wszystko to wydarzyło się w przestrzeni prywatnej, od której wara.

Continue Reading →

Pod białą flagą

Tegoroczna kampania wyprana jest z treści jak żadna inna do tej pory. Tak do końca nie wiadomo, czy jest to wina partii politycznych i sztabów wyborczych, czy może jednak jakości przekazu mediów. Bo media, szczególnie te elektroniczne, są już bardziej tabloidami, niż ośrodkami opinii i kontroli działalności polityków. Króluje narracja, marketing, przekaz wizualny, a nie słowo, dyskusja, program. Choć jest jedno słowo, które w tym roku, przed październikowymi wyborami robi furorę. To słowo debata.

Wszyscy dyskutują o tym, kto, kiedy i z kim będzie debatował. Jak na drugi miesiąc oficjalnej kampanii wyborczej, odbyła się do tej pory jedna poważna debata telewizyjna, dotycząca spraw ochrony zdrowia. Szefowie najpoważniejszych partii politycznych tokują samodzielnie przed kamerami, jak zrobił to Jarosław Kaczyński w Polsat News i TVP Info i Donald Tusk w programie Tomasza Lisa w telewizji publicznej. Innych szefów partii trudno zobaczyć w klasycznych debatach przedwyborczych, raczej są to relacje z „terenu”, ze spotkania z wyborcami. Ale trudno z tych spotkań wyciągnąć jakiekolwiek wnioski co do programów, planów, zamierzeń partii politycznych po wygranych wyborach, lub w opozycji. Wprawdzie wszyscy wszystkim zarzucają brak programu i pomysłów na Polskę, ale jednocześnie twardo trzymają przy piersi swój własny program. I istnieje takie podejrzenie, że tego programu nie mają. Tu w najlepszej sytuacji jest Platforma Obywatelska, która po prostu może zaproponować kontynuację swojego programu i rządzenia, co jak pokazują sondaże, w dłuższym okresie, wyborców zadowala.

Continue Reading →

Otrzeźwiająca debata

Jarosław Kaczyński godząc się na spotkanie z dziennikarzami TVP Info i Polsat News, Andrzejem Godlewskim i Dorotą Gawryluk wiedział doskonale, czego można oczekiwać.

Spotkanie, szumnie nazwane debatą, miało określone cele. Pierwszym z nich było pokazanie, że szef Prawa i Sprawiedliwości jest najpoważniejszym partnerem politycznym rządzącego Donalda Tuska i że należy się z nim liczyć. Utwierdził go w tym zaraz na początku spotkania redaktor Godlewski, pytając czy prawdą jest to, że wewnętrzne sondaże pokazują, że PiS wygra. Kaczyński ochoczo na to przystał, sugerując, że zwycięstwo będzie tak wyraźne, że jego formacja będzie rządzić samodzielnie.

Po drugie, otrzymał bezpłatny czas reklamowy, całe 50 minut, gdzie mógł do woli sobie pohasać, poopowiadać różne rzeczy, a dziennikarze niespecjalnie mu przeszkadzali. Nawet kiedy zadawali pytania trudniejsze, czynili to w sposób i z miną taką, jakby się tego wstydzili. Po trzecie, Kaczyński swoim występem włożył kij w szprychy konkurencyjnej, prawdziwej debacie na temat służby zdrowia, odciągając dość skutecznie widzów od tamtego, profesjonalnego i dobrego spotkania.

Co do warstwy merytorycznej spotkania, nie dowiedzieliśmy się wiele nowego, a właściwie potwierdziła się znana już prawda, że lider największej partii opozycyjnej nie jest wstanie przedstawić programu i planu rządzenia państwem, jeżeli doszedłby do władzy. Więcej, poza teorią silnej, scentralizowanej władzy, Jarosław Kaczyński nie ma pomysłu na państwo. Wszystkie jego poprzednie pomysły, łącznie ze zmianami w Konstytucji, zostały już dawno sprane. Dlatego też głównym motywem spotkania były odniesienia do rządów Donalda Tuska w każdym prawie momencie, czego symbolem miała być biała flaga powiewająca nad Kancelarią Premiera Rady Ministrów, oznaczająca brak samodzielności Donalda Tuska w polityce wewnętrznej i zagranicznej.

Continue Reading →

Pożegnanie z senatorem

Krzysztof Piesiewicz nie będzie senatorem. Zrezygnował z kandydowania w dniu kiedy mijał termin składania kart z podpisami o poparciu jego kandydatury i w dniu, kiedy skazano grupę jego szantażystów. Rezygnację motywował tym, że w internecie znów pojawiły się materiały pokazującego jego „dokonania” z kokainą i oryginalny ubiór domowy…

Przykro to powiedzieć o człowieku zasłużonym dla polskiej polityki, palestry i kultury, ale Pan Piesiewicz nie rozumie prawideł demokracji, a również tego, że stał się osobą niewiarygodną. Człowiek, który swego czasu nie tylko wykazał się odwagą cywilną, zdolnością walki o standardy demokratyczne i jednocześnie, razem z Krzysztofem Kieślowskim, „nauczał” o moralności, prawdzie, winie, kłamstwie – nie potrafi zachować obiektywizmu wobec siebie, jako człowieka, a przede wszystkim jako służebnego wobec społeczeństwa. Nikt nigdy nie wymagał od senatora ekspiacji, ale tylko uczciwej oceny swojego postępowania i przyznania się do błędów. Piesiewicz nigdy tego jasno, publicznie, jak na postać zaufania społecznego przystało, nie uczynił.

Kiedy afera wybuchła, trudno było ją komentować, bardzo było wiadomo, do jakiej kategorii ją zaliczyć – do skandali obyczajowych, takich na miarę afer „bunga-bunga” Berlusconiego, czy do afer kryminalnych, z szantażem, okupem i narkotykami w tle, czy może do afer medialnych, rozpętanych dla celów politycznych. Dziś wiadomo, że jest to kryzys wartości wybitnego człowieka.

Warto przypomnieć, że najistotniejszym problemem, z jakim mamy do czynienia w przypadku Pisiewicza, nie są wcale nagrania video, jakie opublikował „Super Express”, lecz to, że senator RP, prawnik, poddał się szantażowi, co zostało potwierdzone wyrokiem sądu. I to jest dla niego dyskwalifikujące, jako prawnika, jako polityka. Piesiewicz, jako senator, miał zobowiązanie do pełnienia swojej funkcji, otrzymanej z mandatu społecznego, w sposób całkowicie odpowiedzialny i moralnie czysty. Szantaż, wiarygodne podejrzenia nie tylko zażywania narkotyków, kokainy, ale również ich udostępniania, to sprawy dyskwalifikujące. W demokracjach stabilnych, funkcjonowanie takiego polityka kończy się w ciągu maksymalnie kilku dni od daty ujawnienia kompromitujących go szczegółów.

Z chwilą wygaśnięcia mandatu senatora, Piesiewiczowi zostaną postawione zarzuty dotyczące zażywania, ale również rozpowszechniania narkotyków. Prokuratura twierdzi, że ma twarde dowody dotyczące tych czynów. To będzie chwila prawdy dla niego. I chciałyby zobaczyć jeszcze Krzysztofa Piesiewicza w todze z zielonym żabotem na sali sądowej, lub obejrzeć film według jego scenariusza, a nawet wysłuchać jego głębokich i trafnych opinii, ale istnieje większe prawdopodobieństwo, że już nigdy nie zaistnieje on na scenie życia publicznego. I sam sobie ten los zgotował…

 

Azrael

Lżenie

Trzy obrazy, trzy różne sytuacje, ale jednak podobne do siebie, opisujące kondycję polskiego katolicyzmu…

Styczeń 2007 roku, ingres do warszawskiej Archikatedry biskupa Stanisława Wielgusa. Ten jednak nie ubiera infuły ordynariusza warszawskiego, rezygnuje pod brzemieniem oskarżeń o współpracę z SB. Przemawia sam, po tym w kościele rozlegają się głosy protestu, wybucha karczemna awantura, okrzyki i złorzeczenia trwają długie minuty. Katolicka świątynia zostaje spostponowana…

Sierpień 2010 roku, Krakowskie Przedmieście w Warszawie. Przed Pałacem Namiestnikowskim stoi krzyż, postawiony w spontanicznym odruchu pamięci po tragicznie zmarłych w katastrofie smoleńskiej 10. kwietnia 2010 roku. Ma zostać przeniesiony z pod pałacu do kościoła Św. Anny, ustawiony w specjalnej nawie. Kościół katolicki zawarł konsensus z instytucją państwa i stroną społeczną (harcerze) – krzyż ma zostać przesunięty w miejsce godne dla niego. Tu gdzie stoi, jest od dłuższego czasu obiektem manipulacji, gry politycznej, totemem w walce. Z kościoła po krzyż idzie procesja księży i diakonów, aby godnie zająć się tym krzyżem. Ale księża, działając w imieniu instytucji, ale również wspólnoty religijnej nie mogli dokonać przeniesienia krzyża w procesji, ponieważ zostali zmuszeni przez tak zwanych „obrońców” do wycofania się. Zostali obrzuceni epitetami, porównani do komunistów, znów majestat Kościoła został sprofanowany. Fanatycy quasi religijni pokonali i państwo i Kościół katolicki. Kościół i państwo okazało się za słabe wobec terroru tysiąca sekciarzy religijnych.

I znów Warszawa, 1. sierpnia, 67. rocznica Powstania Warszawskiego. Powązki Wojskowe, pomnik Gloria Victis, delegacje składają kwiaty i wieńce, powinien być to moment zadumy i modlitwy, przecież cmentarz katolicki to miejsce święte, gdzie katolik powinien zachowywać się godnie. Każdy człowiek powinien zachowywać się godnie. Ale nie – uroczystość staje się wiecem politycznym, słychać oklaski i, co gorsze, również gwizdy, krzyki, buczenie. Znów lżenie… To „patrioci”, tacy dość świeżej daty, bo przecież nie warszawscy powstańcy.

Polscy katolicy wielokrotnie podnoszą raban, że są obrażani, że ich uczucia i symbole religijne są ośmieszane, postponowane, niszczone. Nie mają ponoć prawa manifestować swojej wiary, są oburzeni, kiedy inni, powołując się na zapisy polskiej Konstytucji chcą usunąć religijne symbole z przestrzeni publicznej. Ale kiedy tradycja, obyczaje, prawdziwy patriotyzm, kultura, a często również prawo kanoniczne nakazują umiar i szacunek – nie potrafią go okazać. Dziwnym trafem ci „prawdziwi katolicy” są również „prawdziwymi Polakami”. Polskość i patriotyzm gości na ich ustach – często na przemian z obelgami i obelżywymi okrzykami. I to nie ci negujący miejsce i rolę Kościoła katolickiego w przestrzeni publicznej zachowują się niegodnie – to najczęściej sami katolicy zachowują się haniebnie…

 

Azrael

Zapiski zza Atlantyku – 7. sierpnia

Alternatywna terapia

 

Wkrótce Republikanie oraz Tea Party wybiorą swojego kandydata, który będzie startował przeciwko prezydentowi Obamie w wyborach w 2012 roku. Republikanie oraz członkowie Tea Party nalezą do konserwatystów, którzy są przeciwko Muzułmanom, gejom, aborcji, środowisku naturalnemu oraz ateistom. Michele Bachman startuje na kandydata swojej partii na prezydenta USA. Jej mąż, Marcus Bachmann jako terapeuta prowadzi klinikę, w której stosuje się terapie konwersyjne polegające na nawróceniu homoseksualisty na heteroseksualizm. Michele Bachmann jest osobą głęboko wierząca. A Michele Bachman robi to co mówi jej mąż. Według niej właśnie tak zachowuje się osoba wierząca, gdyż kobieta powinna słuchać męża. To mąż powiedział jej aby została prawnikiem od podatków i to mąż powiedział jej aby startowała na urząd prezydenta USA. Marcus Bachman miałby wpływ na życie wielu ludzi jeżeli Michele Bachman zostałaby wybraną na prezydenta. Patrząc na Marcusa Bachmana, na jego sposób zachowania, poruszania, mówienia, ubierania oraz manieryzmów, nasuwa się przypuszczenie, że on sam jest gejem, ale ze względu na wiarę, która nie akceptuje homoseksualizmu postanowił zostać heteroseksualistą. Tak jak i kilku innych terapeutów stosuje terapie konwersji, która ma pomoc wierzącym gejom aby zostali heteroseksualnymi mężczyznami. Według APA, Zrzeszenia Amerykańskich Psychologów, ta terapia nie daje rezultatów, wręcz przeciwnie, szkodzi. Ale to nie przeszkadza dużej grupie religijnych ekstremistów w stosowaniu owej terapii. W telewizji pokazano program gdzie obie strony mogły przedstawić argumenty za i przeciw terapii konwersji. Rich Wyler, należał do grupy mężczyzn, którym terapia pomogła stać się heteroseksualistą. Wyler powiedział, że terapia zmieniła jego nastawienie do mężczyzn i już ich nie postrzega jako obiektów pożądania. Wyler wychowywał się w domu zdominowanym przez matkę. Według terapeuty właśnie to było przyczyną, że stał się gejem. Dodatkowo, Wyler był głęboko wierząca osobą, bycie gejem izolowało go od wszystkiego co kochał gdyż jako gej nie był akceptowany. Peterson Toscano reprezentował grupę przeciwko terapi konwersji. Toscano spędził siedemnaście lat uczestnicząc w terapii, która według niego wyrządziła mu ogromną krzywdę, gdyż nie mógł zaakceptować kim był i zrozumieć, że bycie gejem to nic złego. Terapia polega na tłumaczeniu „chorym” , że ich postępowanie było niezgodne z wiarą chrześcijańską. Pacjenci musieli pisać raporty dotyczące ilu mieli kochanków oraz swoje doświadczenia.

Psychologowie oraz lekarze uważają, że tendencje seksualne są zdeterminowane wcześnie w życiu każdego z nas i próba zmiany owych orientacji jest niewskazana. Jeden z lekarzy powiedział, że to tak jakby z mężczyzny hetero próbowano zrobić homoseksualistę. Na Florydzie, metody terapii konwersyjnej są bardzo popularne. Uczestniczący czytaja Sports Illustrated przedstawiający roznegliżowane modelki, mają spotkania z kobietami aby nauczyć się z nimi rozmawiać jako mężczyzna heteroseksualny, muszą czytać obowiązkowe lektury typu „Siedem nawyków bardzo homoseksualnych mężczyzn” oraz „To co robiłem w przeszłości”. Jednym z głównych faktorów aby stać się hetero jest wiara w Boga. Według terapeutów wiara pomaga i jest w stanie uleczyć gejów. Wyler powiedział , że to właśnie wiara w Boga pomogła mu stać się hetero. Jako młody mężczyzna o orientacji homoseksualnej przeprowadził się do Las Vegas, opuścił rodzinę, kościół, przyjaciół ponieważ bycie gejem nie bylo akceptowane. Wyler miał wiel przypadkowych romansów, ale po jakimś czasie stwierdził, że jest samotny, że brakuje mu miejsca oraz ludzi z którymi się wychował. To pragnienie spowodowało, że postanowił spróbować terapie konwersji. Wyler twierdzi, że jest całkowicie wyleczony i obecnie jest wyłącznie zainteresowany kobietami. Według danych z jednej z klinik, 29 z 111 mężczyzn twierdziło, że po kursie nie miało żadnych zainteresowań seksualnych w stosunku do mężczyzn. Ich obiektem pożądania była Rachel z „Przyjaciół” grana przez Jennifer Aniston oraz tenisistka Anna Kurnikowa. Sześciu pacjentów popełniło samobójstwo. Większość terapeutów prowadzących owe terapie to byli homoseksualiści lub „niezadeklarowani geje”. Propagatorzy owej terapii twierdza, że kobiety są zainteresowane byłymi gejami gdyż dobrze się ubierają, lubią oglądać filmy z Cary Grantam, dobrze zarabiają, są zawsze emocjonalnie dostępni w porównaniu do mężczyzn heteroseksualnych. Terapia uszczęśliwia duży procent kobiet…

Mąż Michele Bachmann, Marcus kupuje swojej żonie ubrania i to on decyduje w co Michele Bachmann ma się ubrać. Bachmann twierdzi, że nie stosuje terapii konwersji w swojej klinice, ale stowarzyszenie ludzi walczących z religijnymi ekstremistami odnalazło pacjentów Bachmanna. Jeden z pacjentów udostępnił nagrania z terapii, które zostały przekazane gazecie, The Times.
Radio chrześcijańskie w USA wzywa rodziców aby nie pozwalali zachowań homoseksualnych u swoich dzieci, gdyż te zachowania są ” barbarzyńskie”. Młodzi ludzie, nawet ci, którzy mają tendencje homo powinni się modlić aby nie stać się gejem i czytać Biblię. Modlitwa sprawi, że Bóg pomoże zmieni niezdrowe zachowania…

 

Pozdrowienia z Chicago

Wigg

 

Śmierć Andrzeja Leppera

O Andrzeju Lepperze usłyszałem po raz pierwszy w roku 1991, w siedzibie małej firmy na ulicy Podwale w Warszawie. Dwóch miłych starszych już panów dyskutowało o tym, że ten objawiony właśnie trybun ludu wiejskiego ma duży potencjał, ale należy go uformować. I nastąpiło jego formowanie, aż do momentu, kiedy po marszałkowaniu w Sejmie, w roku 2005 jego formacja polityczna, Samoobrona, budowana na podkładzie związku zawodowego, weszła do koalicji rządowej z Prawem i Sprawiedliwością i Ligą Polskich Rodzin.

Samoobrona była silna osobowością swojego lidera, naturszczyka politycznego. Ale to był naturszczyk, który został szybko zaadaptowany i poddany procedurze obrabiania przez ludzi, którzy widzieli w tym interes i dla których był kapitałem, mogącym im dać zwrot inwestycji. To ludzie bez poglądów politycznych, dlatego łączenie Leppera z lewicą, prawicą, nie ma sensu. On, kiedy zrozumiał swoim chłopskim sprytem, że może wiele dla siebie i innych załatwić – to to realizował, nie oglądając się na to skąd idzie jego partner. Samoobrona mając doskonałe wpływy na biednej wsi doskonale ich reprezentowała, w zamian za co Andrzej Lepper budował swoją pozycję polityczną. I Samoobrona to był Lepper, bez niego ta formacja nie istnieje.

Lepper urwał się swoim opiekunom dość szybko. Stał się politykiem samodzielnym, umiał słuchać i korzystać z rad, umiał również manipulować, grać i wykorzystywać szanse. Popełniał jednak błędy, nie miał odpowiedniej „ochrony kontrwywiadowczej”, która by uchroniła go przed katastrofą. I kiedy poparł w II rundzie wyborów Lecha Kaczyńskiego, a następnie wszedł w koalicję Z Jarosławem Kaczyńskim – jego polityczny los został dopełniony. Wystarczyło tylko uplasować w jego pobliżu odpowiednich ludzi (oficer UOP, Andrzej Kryszyński, afera gruntowa), wykorzystać słabość i naiwność innych (Piotr Ryba), lub odpowiednio wykorzystać słabości samego Leppera i jego otoczenia (Aneta Krawczyk i seksafera) – i można było zrzucić go z polskiego politycznego Olimpu. A Andrzej Czuma, szef komisji „naciskowej”, który przeczytawszy „setki tomów akt” nie zauważył żadnych nacisków i manipulacji służb specjalnych na sprawy polityczne, powinien zabrać teczkę i zniknąć z życia publicznego…

Andrzej Lepper targnął się na swoje życie w warszawskiej siedzibie swoje umierającej partii. Motywacje tego czynu formalnie pozostają nieznane, przynajmniej dziś (nie pozostawił żadnego listu). Kumulacja złych spraw wokół niego (także osobistych – choroba syna), a przede wszystkim świadomość klęski, politycznej i osobistej, popchnęła go do tego czynu. Niektórzy z którymi spotykał się i rozmawiał w ostatnich dniach twierdzą, że zdradzał oznaki depresji. Do samobójstwa mogła go w takim przypadku popchnąć nawet błahostka, dla innego niezrozumiała, może rodzinna scysja… Ale droga, która do tego doprowadziła, jest pełna zagadek i niejednoznaczności.

Śmierć człowieka jest tragedią – śmierć takiego polityka, jak Andrzej Lepper – dla wielu jest ulgą.

 

Azrael

Czytanki (nie)oszołomów – 3. sierpnia 2011 r.

 

Piotr Chmielarz: „Świat się śmieje albo sen prezesa wyjątek z raportu funkcjonariusza CBŚ”

Świat się śmieje, śmieje się Andreas Behring Breiviki który zabił 76 młodych ludzi na obozie norweskiej partii pracy dał przykład prawicowcom jak z wszelkimi maści lewicowcami i muzułmanami należy postępować. Śmieją się przedstawiciele kompleksu wojskowo przemysłowego w USA w końcu każdy kitii można wcisnąć Amerykanom i innym a potem to już inna historia. A nawet jeżeli pokaże się jakiś odważny typu Assangeiii i ośmieli się ujawnić jakieś nasze ciemne sprawki jakiż problem ma się swoich „dobrych” ludzi ci zaś oskarżą go o przestępstwo kryminalne rząd innego państwa wniesie oskarżenie o ekstradycje do innego państwa- oni dobrze wiedzą, że Assange zagraża także im- przywiezie się go tam w obrączkach a stamtąd cóż weźmie się go do jakiś tajnych więzień w Szymanach lub w Mogadiszuiv. Tam już współcześni Mordimerowie Mareddinowie nauczą go jak wielkie błędy popełnił „tak że idąc na stos będzie śpiewał ku chwale Pana” a przy okazji będzie wiadomo jakiż to zbrodniarz w USA ośmielił się przesłać mu te wszystkie raporty z konsulatów i ambasad które on przekazał gazetom do publikacji.

Continue Reading →

Zapiski zza Atlantyku – 30. lipca

Szczęśliwi razem

 

Od kilku tygodni w USA szaleją burze, ludzie są pozbawieni prądu na kilka dni. Brak prądu to brak klimatyzacji. W temperaturach dochodzących do 50 stopni C., oraz dużego procentu wilgotności, ludzie często zachowują się w irracjonalny sposób. Może właśnie to pogoda jest przyczyną ślepego i dziecinnego zachowania polityków w USA, gdyż nie ma innego logicznego usprawiedliwienia na to co robią. W zeszły piątek około godziny 5:00 ogłoszono, że prezydent Obama przemówi do narodu na temat deficytu po tym jak speaker Izby Reprezentantów, John Boehner, odszedł w środku rozmów od negocjacji. Około 6:20, prezydent Obama, który nigdy nie przejawia oburzenia czy zdenerwowania, w ostry sposób powiedział, że Republikanie aby zadowolić 1% najbogatszych Amerykanów są w stanie zrujnować kraj pod względem ekonomicznym. Dodał, że lider Republikanów, Boehner nie jest w stanie kontrolować swojej partii, której częścią są również politycy Tea Party. Godzinę później, John Boehner odpowiedział na zarzuty, odwracając fakty, twierdząc, że to prezydent Obama odszedł od negocjacji domagając się podatków dla Amerykanów (nie powiedział jednak, dla których Amerykanów). Jeden ze strategów politycznych obserwując zmagania Boehnera stwierdził, że u Republikanów nastąpiła zmiana jeśli chodzi o to kto dyktuje warunki gry. „Wybrańcy” „partii herbaty” narzucają swoje ekstremalne warunki ostrzegając Boehnera, że to dzięki nim ma on stanowisko speakera. „Partia herbaty” nie reprezentuje większości Amerykanów. Ale dlatego, że to dzięki „narybkowi” z Tea Party, Republikanie mają przewagę w Kongresie i właśnie ta grupa nowych terroryzuje i stawia warunki. Według ich myślenia, albo będzie tak jak oni chcą, albo nic nie zostanie zatwierdzone.

Tea Party, aka „partia patriotów” jest przeciwko podniesieniu podatków i za tym, aby doprowadzić do cięć w programach socjalnych typu Social Security, Medicare i Medicaid. Ale kiedy politycy „partii herbaty” oraz Republikanów przemawiają do narodu mówiąc o odpowiedzialności fiskalnej nie wspominają słowem, że właśnie to ich cięcia spowodują niewypłacanie rent, zapomóg oraz pomocy dla szkół. To prezydent Obama chce zrobić, nie oni. Republikanie nie są w stanie zrobić nic bez Tea Party. Republikanie przeliczyli się myśląc, że będą w stanie kontrolować „nowych” z Tea Party. Rzeczywistość jest inna. Tea Party nie składa się z rozsądnie myślących konserwatystów, to ekstremalni maniacy, których wiedza na temat ekonomi, polityki czy polityki zagranicznej jest bardzo mała, a umiejętność negocjacji jeszcze mniejsza.

Continue Reading →

  • Facebook