Posts Tagged ‘wybory’

Świat alternatywny

Najważniejszym wydarzeniem wczorajszego dnia była uroczystość złożenie przysięgi przez nowego Prezydenta RP, przed Zgromadzeniem Narodowym, Bronisława Komorowskiego i związane z tym uroczystości. Jarosław Kaczyński, szef największego ugrupowania opozycyjnego, nie pojawił się na żadnej z uroczystości. Nie było go w Sejmie, w Archikatedrze Warszawskiej, gdzie mszę koncelebrował arcybiskup Kazimierz Nycz, także na Zamku Królewskim. A w każdej z tych uroczystości można było znaleźć pierwiastek pamięci i hołdu dla jego zmarłego brata…

Manifestacja Kaczyńskiego ma kilka wymiarów. Jest to oczywiście czytelny komunikat polityczny, potwierdzony zresztą jego wypowiedziami na konferencji prasowej w niedzielę i wywiadem dla partyjnego portalu, że nie zamierza honorować nowego prezydenta i nie zamierza z nim podjąć współpracy. Nie zamierza również godzić się z wyrokami demokratycznego wyboru, które dały mu taką pozycję na scenie politycznej. Bo według niego wybór Komorowskiego był przypadkowy…

Jarosław Kaczyński na plakatach i materiałach wyborczych miał wypisanie, że dla niego to Polska jest najważniejsza. Biorąc udział w wyścigu wyborczym, akceptował prawa demokracji i powierzył swój los szerokiej rzeszy wyborców – prawie 8 milionom. Teraz, odwracając się od państwa pokazuje jednocześnie, jakie dla niego znaczenie mają takie deklaracje. I obraża jednocześnie swoich wyborców. Pusty fotel sejmowy kontrkandydata w wyborach, na zaprzysiężeniu nowego prezydenta, to negowanie wszystkich wartości państwa demokratycznego i społeczeństwa alternatywnego.

Kaczyński nie zamierza prowadzić polityki opozycyjnej. Będzie prowadził politykę moralnego relatywizmu, napędzając atmosferę zemsty i rewanżu za śmierć swojego brata. Użyje wszelkich metod, narzędzi i symboli, aby wystąpić nie tylko przeciwko domniemanym sprawcom katastrofy, czyli rządzącym, ale również przeciwko państwu. To polityka, która idzie w kierunku nie tylko podzielenie społeczeństwa, ale również rozłamu państwa.
Jeżeli w Prawie i Sprawiedliwości są jeszcze politycy, którzy chcą i potrafią się przeciwstawić tej linii Kaczyńskiego – powinni to otwarcie zrobić. Jeżeli nie mogą – powinni odejść. Jeżeli rzeczywiście dla nich Polska jest najważniejsza…

Azrael

Ekspiacja na życzenie

Uff… Można spokojnie odetchnąć. Nie, to jeszcze nie koniec upałów. To tylko koniec przedstawienia pod roboczą nazwą „Wszystkie przemiany Jarosława Kaczyńskiego”.

Szef Prawa i i Sprawiedliwości udzielił wywiadu redaktorowi Michałowi Szułdrzyńskiemu z „Rzeczpospolitej”, którego z racji jego kultury osobistej i wykształcenia filozoficznego, trudno uznać za drapieżnego dziennikarza. Zawartość i efekt tego wywiadu najlepiej został określony przez anonimową, oczywiście, opinię jednego z polityków PiS, przytoczoną na portalu społecznościowym Twitter przez innego dziennikarza;

„Dwa miesiące ciężkiej pracy poszły w piach”

Tak, właśnie dwa miesiące budowania nowego oblicza i nowego wizerunku Kaczyńskiego i jego formacji, po raz kolejny zostały zniweczone jednym niezbyt długi wywiadem. Kaczyński wrócił do swojej starej retoryki, swojej metody wyrażania swojego zdania, która zakłada, że to tylko on ma rację, on określa standardy, jakie powinny panować w polityce, i tylko on jest punktem odniesienia.

Specjaliści od kreowania wizerunku i jego sztabowcy robili wszystko, aby spektrum zwolenników Kaczyńskiego i jego partii powiększyło się. Przybrało to po I rundzie wyborów formę groteski politycznej, kiedy Kaczyński na trybunie wiecowej zaczął stawiać obok siebie obraz lewicowego polityka Oleksego, a potem samego Edwarda Gierka – patriotę w trudnych czasach.

Kaczyński nie byłby sobą, gdyby nie zostawiony sam sobie, dając wywiad do sprzyjającego mu wyraźnie medium, nie pokazał swojej naturalnej twarzy. W tydzień po wyborach wziął w swoje ręce na nowo zadanie kreacji polityki własnej partii. Zresztą nie tylko on, ponieważ również pozwolono na nowo pojawić się w mediach Zbigniewowi Ziobro, carte blanche na wypowiedzi otrzymali Marek Migalski, Beata Kempa, Ryszard Czarnecki, czy Karol Karski. To za ich przyczyną do politycznej rozgrywki włączono krzyż z przed Pałacu Namiestnikowskiego, to oni również kierują dyskusję w stronę sprawy smoleńskiej. Ale rys ideologiczny określa Jarosław Kaczyński, a tą nową ideologią będzie właśnie katastrofa pod Smoleńskiem. To właśnie mit „męczeńsko” zmarłego brata ma nieść jego i jego formację przez najbliższe lata.

Po drugiej stronie (i tym razem nie jest to miejsce, gdzie kiedyś stało ZOMO…) są ci, którzy mają inne poglądy, niż on sam, przede wszystkim krytycy jego brata. Mają oni teraz niepowtarzalną okazję dokonania głębokiej ekspiacji, przeproszenia Jarosław Kaczyńskiego, generalnie za wszytko, a wtedy on zniży się do rozmów i współpracy. Nie muszę chyba dodawać, że na jego warunkach…

To, że Jarosław Kaczyński długo nie wytrzyma w gorsecie poprawności, było wiadome wszystkim przytomnym obserwatorom sceny politycznej. Nie wiadomo było tylko, jak długo to potrwa. Jak się okazało, bez wojny (polsko-polskiej) Kaczyński oddychać, żyć i działać nie może. Wszystkie scenariusze biorą w łeb, kiedy Kaczyński mówi z „serca”.

Ta kolejna wolta Kaczyńskiego to dobra informacja dla Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej. Tak przewidywalna i trywialnie jednoznaczna opozycja to coś, co można sobie wymarzyć. Teraz tylko już wystarczy postraszyć i lewicę i samych wyborców „wilkiem w skórze owcy”, a oni sami przejdą przez płot do jego zagrody. Taki lider opozycji, jakim jest Jarosław Kaczyński, to olbrzymi skarb dla rządzących…

Azrael

Na sukces trzeba zapracować

Bronisław Komorowski jest kolejnym, 4. już prezydentem wybranym w wolnych, powszechnych wyborach. Mam nadzieję, że będzie również ostatnim prezydentem wybranym w ten sposób, liczę, że formuła rządów, gdzie główna władza wykonawcza, jaką jest rząd, ma konkurencję w postaci Kancelarii Prezydenta, zostanie zmieniona. Szczególnie ostatnie trzy lata pokazały, jak dewastujący dla polityki może być ośrodek prezydencki, kiedy realizuje on głównie zadania partii opozycyjnej. I liczę, że projekt zmian w Konstytucji stanie się jednym z głównych programów Platformy Obywatelskiej.

Komorowski nie musiał zostać prezydentem. Jako kandydat zastępczy, za Donalda Tuska, który wybrał realną władzę premiera, miał dużo szczęścia. Gdyby kampania trwała tydzień, dwa tygodnie dłużej, to trend wzrostu poparcia dla Jarosława Kaczyńskiego mógłby przekroczyć barierę 50%. Gdyby nie ośmieszające Kaczyńskiego i jego sztab odwołanie do Edwarda Gierka i zaangażowanie się w ostatnim tygodniu premiera Donalda Tuska – to szef PiS mógłby odbierać gratulacje. Wszystkie badania pokazują, że istnieje ogromna liczba wyborców, którzy decyzję podejmują w ostatnim momencie, w ciągu ostatnich kilku dni. Ci wyborcy, to był tak zwany elektorat negatywny Jarosława Kaczyńskiego, który już zmiękczony jego wizerunkową przemianą był gotowy oddać na niego głos, ale ostatni kilka dnia znów ustawiły go na odpowiednich torach. Tym razem na wynik wyborczy nie miały wpływu kluczowego debaty telewizyjne, które zresztą wypadły na remis.

Teraz jest czas zmian i nowych wyzwań. Nie dla Bronisława Komorowskiego, ale dla Donalda Tuska i dla rządu. Platforma Obywatelska nie otrzymała 500 dni monopolu władzy (do następnych wyborów parlamentarnych), jak to głosi opozycja z Prawa i Sprawiedliwości, ale prawie półtora roku szansy na pokazanie, że jest formacją gotową do reform, do ryzyka. Ten czas należy wykorzystać na reformę finansów publicznych, z położeniem nacisku na system emerytalny i ubezpieczeniowy (nie tylko chodzi o KRUS, nie tylko o służby mundurowe), reformę ochrony zdrowia i szkolnictwa, zrobienie porządku z mediami publicznymi, uporządkowanie relacji w polityce zagranicznej, przygotowanie wyjścia polskiego kontyngentu z Afganistanu. Donald Tusk stoi przed ogromnym zadaniem – może wybrać drogę reform, grożącą porażką, albo przyjąć metodę trwania i zarządzania państwem, co może (ale nie musi…) zabezpieczyć mu kolejny sukces wyborczy jesienią 2011 roku. Premier Donald Tusk musi podjąć decyzję – czy zarządza Polską, czy nią rządzi… Nie da się zaniechań wytłumaczyć kohabitacją, wetem prezydenckim, blokowaniem przez urząd prezydencki inicjatyw.

Read More

Komentarze powyborcze – 4. lipca

Dwa komentarze video, tak na gorąco, pierwszy z godziny 19.00 – przed wynikami, drugi o godzinie 21.00.

i drugi…

Dodam, że ok. godziny 13.00 Jarosław Kaczyński według badań exit poll OBOP prowadził ponoć 8. punktami…

Azrael

Fałszywe tony w ciszy

Posted 03 lip 2010 — by Azrael
Category Etyka, Jarosław Kaczyński, Państwo, Polska, Popaprańcy, demokracja, wybory

W ciszy lepiej słychać fałszywe tony. Muzyka wymaga ciszy, braku szumów, zniekształceń, dlatego audiofile tak szukają najlepszego sprzętu, głośników, wzmacniaczy, specjalnych kabli i łączówek.

W polityce cisza przedwyborcza ma dać ponoć czas na wyciszenie się i zastanowienie się, którego kandydata wybrać. Tego na prawo od nas, czy może tego na lewo? Nic nam nie broni zastanawiać się głośno, analizując przekazy od naszych kandydatów, które już zostały wypowiedziane.

Jarosław Kaczyński już w kilka chwil po ogłoszeniu wstępnych wyników po I rundzie zaczął kokietować lewicowych wyborców, tych, którzy oddali głos na Grzegorza Napieralskiego. Potem „wymazał” z historii słowo postkomunizm, a polityków lewicy zaczął nazywać… lewicowymi. Okazało się, że funkcjonariuszami PZPR można już rozmawiać. Więcej, on sam poczuł się lewicą, wprawdzie tylko troszkę, ale zawsze coś. W między czasie zrezygnował z lansowania idei IV RP, co twórcy założeń tego projektu, Paweł Śpiewak i Rafał Matyja zapewne przyjęli z niejaką ulgą…

I tak polityk, który zbudował formację partyjną i swoją drogę polityczną, w oparciu o kontestację idei III RP, który na sztandarach niósł hasła dekomunizacji, dezubekizacji, lustracji i rozliczeń, a za zło wszelakie uważał szarą sieć służb postpeerelowskich u wszechwładny układ, zbliżył się do czasów PRL.

I na jednym z ostatnich spotkań z wyborcami, w Sosnowcu, Jarosław Kaczyński przekroczył Rubikon czerwca 1989 roku, tę grubą kreskę Tadeusza Mazowieckiego i cofnął się do czasów PRL. Edward Gierek jest dla niego synonimem trudnego patriotyzmu, a jego polityka doprowadzenie Polski do roli mocarstwa jest godna szacunku. Tak, silne, socjalistyczne państwo i silna socjalistyczna gospodarka, ład i porządek, przy minimalnych kosztach jakimś tam opozycjonistów w więzieniach… tak, to trzeba włączyć do własnego programu.

Ktoś powiedziałby – wyborcza retoryka, koszty pozyskania elektoratu lewicowego. A nawet umiejętność spojrzenia ponad podziałami, oczami „szarego obywatela” na czas trudny, ale przecież wzniosły, bo Towarzysz Edward chciał tylko „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”.

A tak naprawdę pustka ideowa Jarosława Kaczyńskiego, człowieka mentalnie osadzonego w czasach PRL, może być wypełniona wszystkim, co mu w danej chwili pasuje. Raz mogą być to odniesienia do Piłsudskiego, innym razem zauroczenie gaullizmem, może coś z Dmowskiego, a jak się nam spodoba Gierek, to i z niego zaczerpniemy.
Przecież hasło „Idzie o wielką sprawę – o to, aby w obrębie życia jednego pokolenia zbudować drugą Polskę” można też przez wymianę na „Idzie o wielką sprawę – o to, aby w obrębie życia jednego pokolenia zbudować IV RP” doskonale zaadaptować…IV RP z ludzką twarzą dobrego sekretarza.

Zgrzytem tylko będzie śmierć warchoła Pyjasa, księdza Kotlarza, Jana Łabęckiego, wieloletnie więzienia innych opozycjonistów. A braci Kowalczyków należałoby w ogóle potępić…

Kampanie wyborcza jest grą pozorów i obrazów, słowa często się dewaluują. Ale czasem warto przypomnieć sobie prawdziwe ich znaczenie i proste prawdy, co było złe, a co dobre.

Azrael

Wybór bez alternatywy

Dla wielu, którzy pójdą do urn upalnego 4. lipca, wybór jakiego dokonają, będzie jednym z najtrudniejszych. Szczególnie dla tych, którzy podchodzą do demokratycznej procedury wyborów w sposób ideowy, traktują pryncypia demokratyczne poważnie, a Polska jest dla nich wartością, a nie tylko miejscem przeżycia.

U mety wyścigu mamy dwóch polityków, którzy są znani od lat, znamy ich działalność opozycyjną, karierę polityczną, wiemy, co robili lat 30, 20, 10 temu – i w ciągu ostatnich pięciu lat. Wiemy również, że są to działacze państwowi. Tylko, czy jest to aby prawdą? Paweł Śpiewak w swoim ostatnim artykule dla tygodnika „Polityka” („Pięć lat Po Czwartej”, 29 czerwca 2010) przypomina, dlaczego wymyślił projekt IV RP i co się z nim stało. I bardzo trafnie przypomina, że w Polsce roku 2010 rządzi nie procedura demokratyczna, ale partiokracja, czyli dominacja partii nad instytucjami i prawami państwa. I tu należy przypomnieć, że obaj kandydaci brali udział w przygotowaniu IV RP, pięć lat temu, a także to, że obaj od 20 lat nie działają w polityce u podstaw, w społeczeństwie, lecz zajmują się grą stricte polityczną – sejmową, gabinetową…

Tą kampanią wyjątkowo rządził polityczny PR i marketing, choć retorycznie była ona łagodniejsza, niż można się było tego spodziewać. Katastrofa smoleńska i wielka powódź zrobiły swoje. Ale warto jednak wiedzieć, że nie wybieramy ani obrazu marketingowego polityka, a tym bardziej nie wybieramy wersji katastrofy smoleńskiej. Mamy do wyboru jednak dwa modele Polski, jej przyszłości – ale również interpretacji przeszłości. Z jednej strony mamy polityka, który uznaje III Rzeczpospolitą za kraj niedoskonały, ale jednak za wartość, którą należy chronić, poprawiać, szanować. Z drugiej strony natomiast stoi polityk, który nie negując prawideł demokracji, chciał ten ustrój przyciąć do swojego obrazu rzeczywistości. Hasło „Polska jest najważniejsza” nie jest dla niego tożsame z tym, że najważniejsi są Polacy, wszyscy bez wyjątku. I choć można krytycznie odnosić się do deklaracji o prezydencie wszystkich Polaków, to jednak wiemy, że Bronisław Komorowski będzie bliżej tej idei. Polska Komorowskiego to inny kraj, niż Polska Kaczyńskiego. To kraj ludzi skierowanych w przyszłość, zadowolonych, ufnych w państwo, akceptujących Unię Europejską. Polska Kaczyńskiego jest narodowo-katolicka, ksenofobiczna, nieufna wobec sąsiadów, a także wobec własnych obywateli. Read More

Na finiszu

Ostatnia debata, ostatnie emocje. W ciągi dwóch ostatnich dni kampanii prezydenckiej nie stanie się nic, co by miało mocniejszy wydźwięk, niż ostatnie starcie w debacie zorganizowanej przez TVP.

Z przekazu telewizyjnego można było odczytać różne sprawy, każdy zwracał uwagę na inne zagadnienia. Jedni zauważyli, że Jarosław Kaczyński odrobił lekcję z niedzieli i był dużo lepiej przygotowany, zarówno wizerunkowo, jak i merytorycznie. Bardziej wyrazisty, ostry, dynamiczniejszy, „stary dobry Jaro”. Widać było rękę Jacka Kurskiego, który znów został dopuszczony do Kaczyńskiego. Inni zwracali uwagę na gesty Bronisława Komorowskiego, na akcentowaną przez niego wolę porozumienia – podanie ręki na początku spotkania, na zgodę, bo „zgoda buduje”, i drugi raz, na zakończenie debaty, kiedy wyciągnął zza pazuchy egzemplarz Konstytucji RP i zaproponował Kaczyńskiemu złożenie podpisu pod wspólną deklaracją, będącą zbitką haseł obu kandydatów – „Zgoda buduje, bo Polska jest najważniejsza”. Spiął w ten sposób spotkanie, budując atmosferę pojednania społecznego. Sztuczną jednak atmosferę, która nie ma się nijak do spolaryzowanej sceny politycznej w Polsce. Ale środek środowego starcia należał do szefa Prawa i Sprawiedliwości, który lepiej odpowiadał na pytania dziennikarzy, które jednak niewiele miały wspólnego z określeniem zadań Prezydenta RP.

Debaty w takiej formule, jakie zaprezentowała telewizja, nie miały wielkiego sensu. Jest w tym wszystkim i wina sztabów wyborczych, które skupiały się głównie na tym, aby ich podopieczni nie wyszli gorzej, niż przeciwnicy. Potwierdza to tezę, że robienie debat przez telewizję, która dyktuje medialny przekaz, zabija istotę dyskusji. Wyłączenie możliwości interakcji, zadawania wzajemnych pytań, dyskusji, poddanie się rygorowi kamer, spowodowało to, że w dalszym ciągu nie wiemy, jakim prezydentem będzie jeden, bądź drugi kandydat. I to jest nieuczciwe wobec wyborców.

Read More

Rachunki Bronisława Komorowskiego

Posted 30 cze 2010 — by Azrael
Category Bronisław Komorowski, Jarosław Kaczyński, Polityka, Polska, wybory

Mam dość poważny zgryz, jak ocenić wizytę kandydata Platformy Obywatelskiej w domu Barbary Blidy, w Siemianowicach Śląskich. Tym samym domu, w którym była posłanka lewicy zginęła w wyniku postrzału z pistoletu gazowego. Zginęła tragicznie, w obliczu funkcjonariuszy państwowych, a do dzisiejszego dnia nie jest do końca jasne, czy było to samobójstwo, czy zbieg okoliczności, które doprowadziły do niekontrolowanego strzału.

Sprawa wyjaśnienia śmierci Blidy ma pewne punkty styczne ze sprawą Krzysztofa Olewnika. W oby przypadkach mamy do czynienia z odpowiedzialnością organów państwa, które nie stanęły na wysokości zadania wyjaśnienia obu zdarzeń. Barbara Blida zginęła ponad 3 lata temu, w kwietniu 2007 roku, dochodzenie prokuratorskie w dalszym ciągu nie jest zamknięte, a komisja sejmowa powołana do wyjaśnienia wszystkich okoliczności nie zdołała nie tylko jeszcze dojść do jakichkolwiek konkluzji, ale przede wszystkim nie potrafiła poruszyć machiny państwa. Ta machina, blokada organizacyjna, prawna, urzędnicza powoduje to, że sedno sprawy, pokazanie mechanizmów, jakie doprowadziły do tego wypadku, nie zostało jeszcze ujawnione. I być może nie zostanie nigdy ujawnione.

Nie czas i miejsce na ukazanie całego zagadnienia od strony politycznej, odpowiedzialności poszczególnych grup politycznych za to, co się stało 25 kwietnia 2007 roku, w Siemianowicach Śląskich. Jest jednak faktem, że Bronisław Komorowski, który stoi na czele polskiego parlamentu od końca roku 2007, jest osobą współodpowiedzialną za to, że ta sprawa toczy się tak, że dziś nie jesteśmy dużo bliżej jej wyjaśnienia, niż wówczas, kiedy obejmował funkcję marszałka Sejmu RP. I stąd powinien czuć się w dwójnasób odpowiedzialność za wyjaśnienie sprawy do końca.

Read More

Gafy i błędy

Walka o wyborców każe kandydatom iść na kompromisy i szukać porozumienia ze środowiskami, do których im i ich formacjom bardzo daleko. Często wykracza to poza taktyczne porozumienia, jest to często łamanie sobie samemu kręgosłupa ideowego.

Obaj kandydaci, którzy pozostali w wyścigu wyborczym chcieliby by być zaliczeni do prawicy, i to raczej tej konserwatywnej. Dla obu wsparcie Kościoła katolickiego jest ważne, stąd spotkanie Bronisława Komorowskiego z metropolitą krakowskim, kardynałem Dziwiszem, stąd z drugiej strony otwarte popieranie przez Tadeusza Rydzyka i jego medialne hufce Jarosława Kaczyńskiego. Obaj jednak traktują i wsparcie Kościoła katolickiego i zasady wiary dość wybiórczo. Podobnie zresztą, jak interes społeczny.

W trakcie niedzielnej debaty Komorowski wyraźnie się opowiedział za sprawą dopuszczalności (i słuszności) stosowania metody zapłodnienia pozaustrojowego in vitro, co na pewno nie jest zgodne z linią Komisji Episkopatu Polski, z kolei Jarosław Kaczyński zdeklarował się jako twardy katolik, którego wiara nie pozwala na zajęcie w tej sprawie otwartego stanowiska. Szkoda, bo uchylanie się przed odpowiedzialnością w tej sprawie to polityczne tchórzostwo.

Jest i druga strona wypowiedzi Kaczyńskiego – jak jego stanowisko w sprawie in vitro i przywiązanie do katolicyzmu zamierza on połączyć z chęcią współpracy z lewicą laicką, a także z zapisami Konstytucji RP, szczególnie art. 31 i 32. To dość karkołomne.

Bronisław Komorowski popełnia (popełniał?) dużo gaf, przejęzyczeń, trochę śmiesznych, trochę strasznych. Ale nie traktuje wyborców (swoich i tych, których chce pozyskać) jak idiotów. A Jarosława Kaczyński niestety tak, choć jego polityczny zakon wyznawców zdaje się tego nie zauważać.

Read More

Nieprzekonani pozostali przy swoim

O tym, czy debata kandydatów do urzędu prezydenckiego przyniosła sukces, pokażą… badania telemetryczne. W czasie, kiedy trwała, w programie TVP2 rozpoczął się mecz Argentyna – Meksyk. To, ilu telewidzów przełączyło kanały, rezygnując z oglądania polityków, na rzecz meczu piłkarskiego, może być miarodajną oceną debaty. Bo przecież nie opinie sztabowców obu kandydatów, dla których ich podopieczni osiągnęli oszałamiające zwycięstwa.

Debata to z definicji dyskusja, która ma przynieść konkluzję, wspólną dla debatujących, to wymiana poglądów. Tą konkluzją powinna być wizja prezydentury – dla Polski, w interesie społecznym. Takiego rezultatu nie otrzymaliśmy. Raczej coś w rodzaju protokołu rozbieżności kandydatów do urzędu Prezydenta RP. Winni za organizację i przebieg debaty są członkowie sztabów obu kandydatów. Bali się oni, że interlokutorzy sobie nie poradzą, posypią się przed kamerami, na oczach milionów widzów. Sławomir Nowak ma na świeżo w pamięci gafy marszałka Bronisława Komorowskiego, jakie popełniał seriami już w tej kampanii, zaplecze Jarosława Kaczyńskiego ma zapewne w tyle głów porażkę, jaką poniósł w roku 2007 ich kandydat w starciu z Donaldem Tuskiem. Obie strony wolały więc przywiązać kandydatów do sztywnej formuły, niż pozwolić im na inwencję i interakcję. Dlatego najlepiej wypadły dziennikarki trzech stacji telewizyjnych, prowadzące ten z multiplikowany wywiad.

Bronisław Komorowski górował nad Jarosławem Kaczyńskim przygotowaniem, werwą i… demagogią. Odwoływał się do szczegółów, co mogło wywołać wrażenie konkretności i przygotowania, ale nie dało żadnego obrazu wizji prezydentury. Ale był bardziej energiczny, Kaczyński bardziej wycofany, mówił wolniej, trudniej dobierał słowa, zdarzyły mu się językowe lapsusy. Wyciszenie Kaczyńskiego, które jest znakiem jego kampanii było jednak sztuczne, kiedy dyskutowano o sprawie dochodzenia smoleńskiego. Aż prosiło się o rys bardziej osobisty w tym momencie…

Obaj kandydaci dużo obiecywali, szczególnie w sprawach, w których niewiele mają do zaoferowania, ponieważ wykracza to poza ich konstytucyjnego prerogatywy. W części dotyczącej polityki zagranicznej za to nie sprawdziły się specjalnie zadające pytania dziennikarki, tak, że ważne tematy nie zostały poruszone.

Obu polityków dobrze znamy od lat i nie zostały przed nami odkryte żadne pokłady nowych wartości, które mogłyby wpłynąć na głosujących. Po debacie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego ani o tym, jak sobie Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński wyobrażają swoje prezydentury, ani jaki mają program a pięć lat swojego urzędowania. Oznacza to, że obaj nie zrealizowali głównego celu tej debaty, czyli nie pozyskali nowego elektoratu, w tym elektoratu lewicowego. Również młodzież, biznesmeni, czy ludzie nauki nie znaleźli w debacie nic, co mogłoby ich przekonać do jednego, bądź drugiego kandydata.

Werdykt, że telewizyjne spotkanie zakończyło się wynikiem zero do zera, ze wskazaniem na Komorowskiego, za lepsze przygotowanie kondycyjne i techniczne, jest chyba uprawniony. Ale rozczarowujący. Wygranymi byli ci widzowie, którzy poświęcili swój czas na oglądanie Messiego…

Azrael

Gra polityczna

Posted 25 cze 2010 — by Azrael
Category Jarosław Kaczyński, PiS, Polityka, Polska, Popaprańcy, demokracja, wybory

Niezależenie od tego, jaki wynik osiągnie Jarosław Kaczyński w drugiej rundzie, może czuć się już zwycięzcą. Przegrałby swoją pozycję i pozycję Prawa i Sprawiedliwości na scenie politycznej, jeżeli Bronisław Komorowski wygrałby w pierwszej rundzie.

Donald Tusk zrezygnował z kandydowania na fotel Prezydenta RP, ponieważ perspektywa jego politycznej wizji wykracza poza doraźną sprawę najbliższych wyborów i splendoru stanowiska. Podobnie jest z Jarosławem Kaczyńskim, który rozgrywa grę nie o prezydenturę, ponieważ ma ona dla niego wartość tylko w kategorii pamięci brata, ale o pozycję swojej partii w wyborach – jesiennych, samorządowych i przyszłorocznych, parlamentarnych. I z tej perspektywy należy spojrzeć na jego kokietowanie lewicy. Od polityka należy wymagać skuteczności i pragmatyki, ponieważ najbardziej szczytna idea może być realizowana w demokracji tylko wtedy, kiedy polityk ma realny wpływ na państwo i jego instytucje. Idealiści, tacy jak Marek Jurek, który w ostatnich wyborach osiągnął 1,06% poparcia tak naprawdę szkodzą swoim ideom i je kompromitują.

Kaczyński zwracając się do lewicy, starając się zakopać podział polityczny, nakazując swoim akolitom zaprzestanie używania słowa „postkomuniści”, tak naprawdę nie wierzy, że przysporzy mu to znacznej liczby nowych głosów w wyścigu prezydenckim. Klasyczny podział lewica – prawica zanika, a rozkład głosów elektoratu jest zależny bardziej od czynników demograficznych, niż od ideowych. Na Jarosława Kaczyńskiego i tak nie zagłosuje te prawie 1,5 mln wyborców z dużych i średnich miast, które oddało głos na Grzegorza Napieralskiego, nie ma on czasu, aby przekonać ich do siebie. W drugiej turze chodzi tak naprawdę o jeszcze większe zmobilizowanie swojego elektoratu.

Read More

Quo vadis, Grzegorzu?

Posted 23 cze 2010 — by Azrael
Category Polityka, Polska, SLD, demokracja, lewica

Dobry wynik kandydata Sojuszu Lewicy Demokratycznej w I. rundzie wyborów prezydenckich był dla wielu zaskoczeniem. Zakładano, że Grzegorz Napieralski nie pobije rezultatu SLD z ostatnich wyborów parlamentarnych i jego wynik będzie jednocyfrowy. Okazało się, że było dużo lepiej, prawie 14% należy uznać za sukces. Tylko, że 3. miejsce jest dobre, ale nie jest to zwycięstwo. Nie jest to niestety dla Napieralskiego również silny mandat do przywództwa na lewicy.

Kampania Napieralskiego była dobra. Dobra marketingowo i formalnie, świetnie wyprofilowana pod młodego wyborcę, tego wyborcę, którego tak zlekceważył, zaniedbał sztab Bronisława Komorowskiego. Kandydat SLD doskonale rozpoznał target swoich starań, czyli tę część elektoratu, która już zapomina o PRL, nie działa na nią słowo „postkomuniści”, a do tego jest znużona spotem pomiędzy dwoma partiami quasi prawicowymi, PO i PiS. Dyskusjom o tym, czy wróci IV RP, czy wojna polsko-polska trwa dalej, ze sprawą smoleńską w tle, przeciwstawił lekką, popową kampanię uśmiechu, gry i lekkiej muzyki, miejscami uderzając w sprawy poważniejsze ludzi pracy i problemy natury światopoglądowej. Odebrał głosy Komorowskiemu. I teraz jest pytanie, czy je mu z powrotem odda. Stawia twarde pytania i problemy (stosunek do in vitro i jego finansowania, parytety i wprowadzenie Karty Praw Podstawowych), od których uzależnia formalne poparcie. Choć logika polityczna mówi, że tego poparcia otwarcie nie udzieli. Wystarczy, że zrobi to jego zaplecze, ustami Millera, Kalisza, Olejniczaka…

Szef SLD w kampanii walczył dla siebie i dla partii. Dla siebie, nie dla zwycięstwa wyborczego, ponieważ był świadomy, że nie jest możliwe, ale dla obrony swojej pozycji w partii. Podporządkował się interesom partii, doskonale zdając sobie sprawę, że gdyby przegrał, osiągnął słaby wynik, to walki i animozje frakcyjne pierwsze by uderzyły w niego.

Read More

Dostosować się, to znaczy przeżyć

Posted 22 cze 2010 — by Azrael
Category Jarosław Kaczyński, Państwo, PiS, Polityka, Polska, Popaprańcy, demokracja, wybory

Hitem pierwszego dnia powyborczego dla mediów, oczywiście po oficjalnym ogłoszeniu wyników I rundy wyborów prezydenckich przez PKW, jest wypowiedź prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego o zakończeniu ery postkomunizmu w Polsce. Przytoczmy te słowa, wypowiedziane na wiecu w Szczecinie (gdzie Kaczyński osiągnął najsłabszy wynik, a skąd także pochodzi Grzegorz Napieralski), ponieważ są one ważne, aby zrozumieć grę Kaczyńskiego.

My się nie boimy żadnych zarzutów. Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi, może i trochę jesteśmy. Ja już będę od dziś używał tego słowa, nie będę używał słowa „postkomunizm”, którego używałem

Słowa Kaczyńskiego można potraktować jako greps wyborczy, wiecowy, ale mają one znaczenie głębsze.

Jak możemy te słowa odczytać. Wieloznacznie. Możemy uznać, że przemiana Jarosława Kaczyńskiego jest większa, niż do tej pory myśleliśmy, większa nawet, niż nam to chcieli wmówić jest spece od kreowania wizerunku. Okazuje się, że szef formacji budowanej na programie przeciwwagi do porządku demokratycznego III RP nie tylko rezygnuje z budowy IV RP. On w myśl idei zakończenia wojny polsko-polskiej, którą przecież nie on wywołał (sic!), nie tylko przestał się identyfikować z własnym programem, budowanym przez lata, ale również jest gotów przyznać się do swoich lewicowych proweniencji. Idzie nawet dalej – jest gotów uznać, że postkomunizm nie jest niczym złym, ponieważ to przecież lewica. A jak lewicą jest i on, i jego formacja, to już możemy, Panie Napieralski, razem współpracować…

Read More

Przegrana Donalda Tuska

Wyniki po pierwszej rundzie wyborów prezydenckich są znane. I są zaskoczeniem, in minus, dla Platformy Obywatelskiej. Nie zakładano, jak sądzę, poważnie w sztabie Bronisława Komorowskiego, że zdobędzie on prezydenturę w pierwszej rundzie, ale liczono, że przewaga będzie na tyle duża, że druga runda będzie tylko przyjemną dogrywką, coś w rodzaju objazdu nowego prezydenta po kraju. Stało się jednak inaczej – druga runda zostanie poprzedzona ciężką, dwutygodniową walką, bez gwarancji wygranej. Szanse obu kandydatów należy ocenić, na dziś, mniej więcej równo…

Wynik Bronisława Komorowskiego można tłumaczyć słabą strategią i pracą jego sztabu wyborczego i dobra pracą sztabu Grzegorza Napieralskiego, który prowadząc kampanię w stylu pop trafił do dużej części młodszego elektoratu, zabierając go kandydatowi Platformy Obywatelskiej. Ale jest to tylko cześć prawdy, dobry wynik Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Napieralskiego ma też inne przyczyny.

Kandydat Prawa i Sprawiedliwości osiągnął dobry wynik, ponieważ za nim stała postać jego tragicznie zmarłego brata. Jarosław Kaczyński nie musiał przywoływać swojego brata wprost, ale jednak jego postać był obecna na jego wiecach i spotkaniach. Z drugiej strony Kaczyński nadmiernie nie eksploatował wątku śledztwa po katastrofie smoleńskiej, czego się obawiano, nie przywoływał teorii spiskowych, wskazywał na tylko na sprawą dbałości o polski interes przy prowadzeniu tego dochodzenia.

Łączny wynik obu głównych kandydatów, Komorowskiego i Kaczyńskiego, obaj otrzymali łącznie ok. 78% głosów, wskazuję, że wybory miały wymiar partyjny. Polaryzacja sceny politycznej przez dwie partie lokujące się na prawicy zdominowała te wybory prezydenckie. Z drugiej strony doskonały wynik Napieralskiego, 13 – 14%, wskazuje, że tak oczekiwany przez Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego system dwupartyjny nie jest akceptowany przez dużą część społeczeństwa. Słaby wynik Janusza Korwin-Mikkego (bo ok. 2,5% głosów trudno uznać w skali całej sceny politycznej za wynik dobry) i jeszcze gorszy Andrzeja Olechowskiego, wskazują, że w Polsce myśl liberalna jest w głębokim odwrocie. To sygnał, że polska warstwa średnia i inteligencja nie jest przygotowana jeszcze mentalnie i intelektualnie do uczestnictwa w życiu politycznym w sposób podobny, jak w starych krajach Unii Europejskiej.

Wynik Bronisława Komorowskiego jest przegraną Donalda Tuska. Kiedy kilka miesięcy temu szef Platformy Obywatelskiej zdecydował, że nie będzie kandydował do urzędu Prezydenta RP, było jasne, że popchnęła go do tego nie tylko chęć zachowania stanowiska premiera do następnych wyborów parlamentarnych. Tusk zdając sobie sprawę z władzy i jej możliwości, jakie daję stanowisko premiera. Jego perspektywa polityczna sięga jednak dalej, niż do wyborów w 2011 roku. Delegowanie innego kandydata, niż on sam, miało na celu zbudowanie solidnej podstawy politycznej pod zmianę Konstytucji RP i zmianę struktur władzy w Polsce. Słaby wynik Komorowskiego, a być może jego przegrana w drugiej rundzie z Jarosławem Kaczyńskim może jego plany zniweczyć, a wręcz doprowadzić do jego klęski i oddania władzy na jesieni przyszłego roku.

Read More

Przed ciszą

Napisanie kilku zdań podsumowujących tegoroczną kampanię prezydencką (prawdopodobnie jej pierwszy etap) nie jest zadaniem wcale łatwym. Aż chciałoby się napisać strzelisty tekst o jej wyjątkowości, klasie, unikalności i przełomie. Szczególnie to ostanie słowo jest popularne…

Nie, kampania nie była ani przełomowa, ani specjalnie pasjonująca. Tak, była nietypowa, ponieważ toczyła się po tragedii narodowej, katastrofie pod Smoleńskiem, takiej prawdziwej żałobie państwowej, i w trakcie poważnej powodzi, która dewastowała dużą połać kraju i życie obywateli (ale nie aż tak, jak to nam media próbowały wmówić), ale nie wyjątkowa.

Niektórzy twierdzili, że są to najważniejsze wybory w Polsce po roku 1989. Uzasadnieniem tej opinii ma być to, że zginął urzędujący prezydent. Innych argumentów brak. Ja uważam za najważniejsze wybory w 1990 roku, ponieważ wtedy Lech Wałęsa (przy wydatnej pomocy braci Kaczyńskich…) rozbił jedność opozycji okrągłostołowej, i te następne, w których obywatele po raz pierwszy pokazali, że zasługi tak, ale demokracja ma swoje prawa – i wybrali postkomunistę, Aleksandra Kwaśniewskiego.

Na tegoroczną kampanię należy spojrzeć z takiej perspektywy, że do urn pójdziemy wybrać głowę państwa, ale tak naprawdę tytularną. Na dziś Polską rządzi premier Donald Tusk, nie tylko z racji swojego urzędu i zapisanych w Konstytucji prerogatyw, ale z racji umiejętności politycznych. Od 2007 roku Tuskowi się wszystko udaje, począwszy od wyborów parlamentarnych, na opanowaniu sytuacji kryzysowych, wynikających z afery hazardowej i załamania ekonomicznego, kończąc. I nie jest to tylko przypadek i szczęście, ale również umiejętność radzenia sobie w polityce. Donald Tusk rządzi, jego partia jest u władzy i prawdopodobnie zostanie przez kilka najbliższych lat, a wspomagać go w rządzeniu będzie „jego” prezydent.

Read More

Kaczyński może zakończyć wojnę

Posted 17 cze 2010 — by Azrael
Category PiS, Polityka, Polska, Społeczeństwo, demokracja, wybory

Jednym z najbardziej znanych haseł tej kampanii wyborczej jest to mówiące, że należy zakończyć wojnę polsko-polską. To hasło słychać prawie na każdym wiecu Jarosława Kaczyńskiego. Na pytanie, czy szef Prawa i Sprawiedliwości poczuwa się do odpowiedzialności za tę wojnę społeczną i głębokie podziały, każe on odwołać się do własnej inteligencji. No, więc czas to zrobić…

Przez 15 lat w polskiej polityce panował podział na obóz postsolidarnościowy, reprezentowany przez różne formacje prawicowe i quasi prawicowe i postkomunistyczny, którego osią było formacja stworzona przez Aleksandra Kwaśniewskiego, później prowadzona przez Leszka Millera. Schemat ten został rozbity po przegranych przez lewicę wyborach parlamentarnych w roku 2005. Zastąpił go podział inny, stworzony po tym, kiedy PO i PiS nie udało się stworzyć koalicji rządowej – podział na Polskę socjalną i na liberalną. Podział, którego autorem był głównie Jarosław Kaczyński, który w jakiś sposób musiał usprawiedliwić swoją koalicję z LPR i Samoobroną. Polska socjalna to ta, która na transformacji ustrojowej nie zyskała, potrzebowała wsparcia, reprezentacji i jest roszczeniowa. PiS jej przeciwstawił tę cześć Polski, która uzyskała sukces – nie tylko w wyniku własnej przedsiębiorczości, a ze względu na uczestnictwo w tak zwanym układzie. Jarosław Kaczyński zaadaptował dużą część elektoratu narodowo-ludowego, populistycznego i z partii konserwatywnej, inteligenckiej, PiS został partią małomiasteczkową, zamkniętą, anty-rozwojową. Naprzeciwko stanęła Platforma Obywatelska, partia inteligencji, zwana też pogardliwie przez zwolenników PiS partią establishmentu.

Drugą osia podziału jaką wywołał Kaczyński (przy znacznym udziale Donalda Tuska i PO) była próba dekompozycji społeczeństwa związana z zapędami lustracyjnymi. W założeniach lustracja i specjalnie powołany przez obie partie Instytut Pamięci Narodowej miały oczyścić atmosferę społeczną. Tak naprawdę zrobiły zupełnie coś przeciwnego – podzieliły społeczeństwo, doprowadziły do głębokich rozłamów wewnątrz środowisk, akademickich, naukowych, dziennikarskich. Dopiero wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który obalił ustawę lustracyjną (i tak naprawdę ją zamknął) zakończył ten podział.

Read More

Debata kampanijna – ostatni etap

Jeszcze jednak krótka debata w Onet.tv, tym razem poświęcona roli rodziny, głównie Jarosława Kaczyńskiego w kampanii wyborczej. Czy korowe tygodniki z Martą Kaczyńską pomogą jej stryjowi? Drugi temat – czy w kampanii zostały jeszcze choć ślady merytoryczności?

Debata do obejrzenie na stronie Onet.tv. Kliknij na zdjęcie.

Debatę prowadziłem z dr Bartłomiejem Biskupem, z UW.

Azrael

Lewica sama sobie winna

Posted 16 cze 2010 — by Azrael
Category Państwo, Polityka, Polska, lewica, wybory

Wczorajsza deklaracja poparcia Włodzimierza Cimoszewicza dla kandydatury Bronisława Komorowskiego i dzisiejsze jej echo, deklaracja byłego kandydata do urzędu prezydenckiego, profesora Tomasza Nałęcza, mogą budzić zdziwienie tylko u tych obserwatorów sceny politycznej, którzy uważają Sojusz Lewicy Demokratycznej za jedyną poważną siłę na lewicy, a Grzegorza Napieralskiego za niepodważalnego lidera.

Po lewej stronie sceny politycznej znaczących polityków jest całe zatrzęsienie, chyba nawet więcej, niż na prawicy. Jest „ojciec chrzestny”, emerytowany prezydent Aleksander Kwaśniewski, były premier Leszek Miller, drugi były premier Józef Oleksy, Marek Borowski, wspomniani Cimoszewicz i Nałęcz, Dariusza Rosati, oddelegowani do Brukseli Wojciech Olejniczak i Danuta Huebner, liczne grono pomniejszych „gwiazd”, z Ryszardem Kaliszem na czele, nowa gwiazda, Bartosz Arłukowicz, no i właśnie Grzegorz Napieralski. Obok są inni, nie establishmentowi politycy lewicy, bo i do tej formacji przyznaje się Bogusław Ziętek, nie mówiąc o środowisku Krytyki Politycznej Sławomira Sierakowskiego. I z tego bogactwa nie udaje się od lat zbudować silnej formacji lewicowej. Nie lewicowej populistycznej, ale lewicowej w stylu zachodniej socjaldemokracji.

SLD od lat szuka swojej tożsamości. Pod kierownictwem Leszka Millera partia zaczynała nabierać rysów lewicy liberalnej ekonomicznie i społecznie. Gdyby nie afera Rywina, za którą Miller nie jest odpowiedzialny w najmniejszym stopniu, lewica być może nie zachowałaby władzy, ale na pewno homogeniczność. Stało się jednak inaczej. Rozłamowcy, tacy jak Borowski i Nałęcz, doprowadzili przez podział na mniejsze formacje do osłabienia lewicy. Starzy działacze odeszli na boczny tor – na ich miejsce weszli Olejniczak i Napieralski. Ostatecznie rządy w SLD (ale nie rząd dusz…) objął Grzegorz Napieralski.

Napieralski po swoim zwycięstwie w wyborach partyjnych w czerwcu 2008 roku, stwierdził, że jego zadaniem głównym jest uczynienie z Sojuszu Lewicy Demokratycznej (lub formacji zjednoczonej lewicy) drugiej siły na scenie politycznej. Dlaczego tylko tak minimalistycznie podszedł do tej sprawy? Brak wiary, zdolności, pomysłu programowego, czy może realizm? Okazało się, że wszystko razem. I SLD nie tylko nie stał się drugą siłą, ale wszedł w stagnację. Potem były słabe wyniki wyborów do parlamentu europejskiego, a do tego brak perspektyw zjednoczenia lewicy. Napieralski jest pozbawiony nie tylko zdolności przywódczych, ale również zdolności stworzenia nowej formacji. I w tym, jak również w populizmie, podobny jest do Prawa i Sprawiedliwości.

Read More

Cierpiętnicze wybory

Ostatni tydzień przed wyborami, ostanie płotki, już w niedzielę meta. Albo tylko meta pierwszego etapu, potem etap drugi, być może dla kandydata Platformy Obywatelskiej trudniejszy, niż pierwszy.

Wybory w Polsce są wykładnią świadomości obywatelskiej, a nie jest ona najwyższa. W jednym z miast w ubiegłym tygodniu grupa studentów zrobiła happening polityczny, stawiają stolik wyborczy wirtualnego kandydata i zbierając podpisy pod jego kandydaturą. Zebrali ich ponad 100… duże miasto, media pełne informacji, tydzień przed terminem wyborów. Happening się udał, zgroza nad wiedzę obywatelską rodaków wzrosła.

Zmorą polskich wyborów jest mała świadomość celów wyborów, każdych, zarówno tych do polskiego parlamentu, jaki parlamentu europejskiego i oczywiście prezydenckich. Jestem święcie przekonany, że 9 na 10 badanych na ulicy nie będzie potrafiła świadomie powiedzieć o 3. prerogatywach konstytucyjnych prezydenta. Tak, oczywiście, wiemy, że prezydent jest głową państwa, ale już pytanie, czy oznacza to, że rządzi, spotka się zapewne z frasobliwą miną. A już pytanie o miejsce prezydenta w strukturze władzy państwowej zapewne spowoduje oddalenie się respondenta w popłochu…

Za nikłą wiedzą idzie słaba frekwencja wyborcza i brak zdecydowania, na kogo głosować. Badania pokazują, że oprócz tych twardych, zdeklarowanych wyborców, większość głosujących podejmuje decyzję na kogo głosować w ciągu ostatnich 72 godzin. Niemalże nad urną wyborczą. A ponieważ tych niezdecydowanych z roku na rok jest więcej, w związku z tym przewidywania i wróżby wyborcze (zwane w mediach sondażami…) są coraz mniej wiarygodne. Za to otwiera się pole do różnego rodzaju zabiegów „pijarowskich” i marketingowych, mających nam pokazać kandydata w jak najlepszym świetle. Nawoływania do debat merytorycznych, o problemach państwa i społeczeństwa, przy każdych następnych wyborach są coraz mniej słyszalne. Już nawet dziennikarze nie mówią, „ja chciałbym się dowiedzieć, co pan X, Y, Z sądzi o.. ), ponieważ wiedzą, że i tak dowie się tego, co dany kandydat będzie mu chciał powiedzieć.

Jako świadomy wyborca już wiem na kogo… nie zagłosuję. I jako świadomy obserwator wiem, na kogo powinienem zagłosować, aby mój interes, jako obywatela, został dobrze przez kandydata obroniony. Ale jako świadomy potrzeb państwa, wiem, na kogo finalnie będę musiał oddać głos.

Read More

Quasi debata

Posted 14 cze 2010 — by Azrael
Category Etyka, Państwo, Polityka, Polska, Popaprańcy, Społeczeństwo, demokracja, wybory

Wystarczy zajrzeć do Wikipedii, najlepszego, najbardziej kwalifikowanego źródła informacji dla jednego z kandydatów do fotela prezydenckiego, żeby się zorientować, że spektakl, który nam zafundowała telewizja publiczna w niedzielny wieczór nie wiele miał wspólnego z debatą. Debata to spór i dyskusja, z której powinny być wyciągane wnioski. I wnioski zapewne widzowie, czyli elektorat, wyciągną. Szczególnie ci, którzy pójdą głosować „przeciw”, a nie „za”, bo te wybory będą, jak większość, wyborami przeciw kandydatom, a nie za.

Nie warto specjalnie się skupiać na treści merytorycznej spotkania. Poruszano wprawdzie ważne sprawy dotyczące i wizji prezydentury i państwa, spraw polityki zagranicznej, bezpieczeństwa, ochrony zdrowia, szkolnictwa, etc., ale formuła spotkania wykluczała możliwość weryfikacji wypowiadanych przez gości TVP sądów. Nie było starć, polemik, wykazania błędów, czy nielogiczności, ponieważ nie było na to czasu i możliwości. Ścisła formuła zamykała możliwość starcia poglądów poszczególnych kandydatów. Zresztą nie tylko dla mnie jasne było, że kandydaci znali może nie szczegółowe pytania, ale zakres poruszanej problematyki.

Kto wygrał? Wszyscy, jeżeli poczytać opinie w internecie, na portalach, w gazetach. Zgodnie z regułą zaprzeczenia, że kontrkandydat naszego faworyta może mieć rację albo dobrze się zaprezentował, wygrywa zawsze ten, kto według nas powinien wygrać. Niezależnie od tego, jak słabo wypadł nasz kandydat.

Read More